Bastion – Stephen King

bastionMnie też w sumie trochę dziwi fakt, że Król Stefan dopiero teraz wjeżdża swoją literacką karocą w skromne półki moich książkowych regałów. Nie to, żebym miał do Kinga jakiś uraz i gardził jego twórczością, bo już parę razy się zetknęliśmy – dawno temu, jeszcze przed erą powszechnego Internetu z nudów przeczytałem Grę Geralda, a będąc w wojsku podjąłem nieudaną próbę lektury Miasteczka Salem (nie dokończyłem, ale nie pamiętam dlaczego, pewnie wolałem pić tanie wina na przepustce). Później Kinga jakoś świadomie unikałem (co nie było łatwe ze względu na jego pisarską płodność), a powodów mógłbym zapewne znaleźć kilka, jednak nie było to nic osobistego, a wypracowanej przez dekady i w pełni zasłużonej pozycji literackiej nikt – tym bardziej taki bubek, jak ja – nie powinien mu odmawiać. Jak więc do tego doszło, że wreszcie przyszło mi czytać Kinga? Winy należy upatrywać w moim cyklicznie powracającym apetycie na powieść w klimatach post-apo i przeglądając już kolejne zestawienie gatunku nie mogłem przegapić Bastionu, choćbym bardzo chciał. Mający 1200 stron kloc musi się rzucić w oczy i wymaga przy tym uważnego obchodzenia się z nim, bo lepiej nie upuścić sobie takiej książki na stopę. Przez wiele lat ignorowałem Kinga, a teraz przyszło mi się zmierzyć z jego dziełem o gabarytach zdolnych pomieścić cztery inne powieści. Taki to chichot losu mnie spotkał. Podwijam rękawy i do (literackiego) dzieła.

Czytaj dalej „Bastion – Stephen King”

Płyń z tonącymi – Lars Mytting

plyn-z-tonacymiLars Mytting ubiega się o tytuł naczelnego drwala literatury, bo uwielbia dłubać w drewnie. Ja wiem, że każda tradycyjna książka to w jakimś sensie drewno, ale to autorowi Płyń z tonącymi najwyraźniej nie wystarcza. Jego poprzednie dzieło, które ukazało się także w polskim przekładzie nosi tytuł Porąb i spal: wszystko, co mężczyzna powinien wiedzieć o drewnie i jeśli wierzyć prasowym notkom, to jakiś rodzaj poradnika, w którym Mytting z gawędziarską swadą przytacza liczne historie związane z drewnem i nie da się w tym wszystkim ukryć, że autor drewno kocha, tak jak Gepetto kochał Pinokia. Natomiast Płyń z tonącymi dźwięczy już bardziej fikcyjną i oderwaną od rzeczywistości nutą, bo jest powieścią o naturze przygodowo-kryminalnej, choć nadal to właśnie drewno pozostaje w niej szalenie istotne, wręcz niezastąpione. Cóż, zawsze to jakiś charakterystyczny oraz rozpoznawalny element, bo chyba miło, gdy pisarz ma jakąś pasję poza spacerowaniem z notatnikiem i spisywaniem w nim inspiracji na kolejną książkę.
No dobrze, ustaliliśmy już, że nikt nie odbierze Myttingowi tytułu konesera drewna, ale jak u niego z wymyślaniem intryg, prowadzeniem historii, a przede wszystkim pisaniem w ogóle? Być może będzie to dla kogoś zaskoczeniem i niech mi się siekiera w dłoni omsknie jeśli się mylę, ale ten pisarz o naturze drwala wyjątkowo sprawnie sprostał wyzwaniu, które sam sobie postawił.

Czytaj dalej „Płyń z tonącymi – Lars Mytting”

Wojna i terpentyna – Stefan Hertmans

wojna-i-terpentynaTo pewnie wyłącznie moja złuda, ale mam wrażenie jakby od kilku lat świat zaczynał sobie przypominać, że kiedyś miało miejsce tak nieistotne wydarzenie jak I Wojna Światowa. Setna rocznica jej wybuchu była doskonałą okazją, by wreszcie się tym tematem zainteresować, bo wielu Polaków ma wyraźny problem z podaniem choćby przekroju lat, w których trwał konflikt. Na szkolnych lekcjach historii mówi się o nim niewiele, bo nasza ojczyzna była wtenczas rozebrana i w negliżu, więc nie wypadało patrzeć, a co dopiero rozmawiać. Oczywiście I WŚ była przez długi czas ze zrozumiałych przyczyn określana Wielką Wojną, bo nikt się nie spodziewał, że za około dwie dekady przyjdzie jej młodsza, równie okrutna siostra i trzeba będzie zacząć je numerować. Starsza siostra została wyraźnie przyćmiona, choć zupełnie niesłusznie. Ale coś się zmienia, bo o tour de force nazistów powiedziano już najwyraźniej wszystko, aż do znudzenia, tymczasem nieco zapomniana Wielka Wojna może w sobie kryć niewykorzystany potencjał. Wreszcie wychodzą gry dotykające tej tematyki i nie są to wyłącznie strzelanki. I powieści jakby więcej, częściej, lepiej wyróżnionych w katalogach. Tak jak pisałem: to być może moje błędne poczucie, choć zauważam taką prawidłowość dostrzegam na swoich półkach i tej wersji będę się trzymał na torturach. Wojna i terpentyna to jeden z tych tytułów, który w zasadzie przeszedł bez większego echa, a jednak ja zwróciłem na niego uwagę już po przeczytaniu krótkiej notki prasowej. Tylko tyle było trzeba, by mój instynkt zaczął mnie przyjemnie gilgotać z tyłu głowy, wystukując jednocześnie za pomocą sygnałów Morse’a jasny komunikat o treści: CHCE (bo Ę Morse niestety nie przewidział).

Czytaj dalej „Wojna i terpentyna – Stefan Hertmans”

Opowieści z meekhańskiego pogranicza: Północ – Południe – Robert M. Wegner

meekhan-ppMogę obwiniać wyłącznie siebie, skoro do czytania wybrałem coś, co w tytule ma opowieści, a nie opowieść w liczbie pojedynczej. Nie byłem więc szczególnie zaskoczony, gdy okazało się, że Opowieści… (przecież nie będę za każdym razem pisał pełnego tytułu książki, co nie?) to tak naprawdę zbiór opowiadań, a ja przecież fanem opowiadań nie jestem, delikatnie rzecz ujmując. W ogóle chyba nie przepadam za krótkimi formami literackimi i dla odreagowania będę musiał za chwilę zaopatrzyć się w jakąś opasłą powieść, minimum tysiąc stron. Albo tysiąc dwieście, co sobie będę żałował. Z moim tempem czytania to zajęcie na miesiąc i prawie jak detoks od krótkich form. No, ale to pieśń przyszłości, a tu i teraz mamy pierwszy tom opowiadań o przydługim tytule autorstwa Roberta M. Wegnera, z tym, że nikt tak naprawdę nie wie od czego jest ten skrót M., bo pisarz wymyślił sobie taki pseudonim i co mu zrobisz. Nie do końca przemawia do mnie też sama idea posługiwania się pseudonimem przy jednoczesnych publicznych wystąpieniach, ale pisarzem nie jestem, więc co ja tam mogę wiedzieć. Może autor ma mało reprezentatywne nazwisko, z którego koledzy w szkole się śmiali? ALBO może wcześniej podpisywał się nim pod jakimiś opowiadaniami porno i teraz boi się, że ktoś go z tamtą niechlubną twórczością połączy, więc potrzebny był pseudonim? A przecież nie ma się czego wstydzić, bo tego rodzaju opowiadań jest pełno w Sieci i jeszcze przed Erą Szybkich Łącz i Darmowych Serwisów Z Filmami Porno (piękne mamy obecnie czasy, by w nich żyć) to właśnie te erotyczne historyjki dostarczały sporo rozrywki, a nawet fizycznej przyjemności. Coś, czego najlepsze opowiadania fantastyczne nie są w stanie zapewnić czytelnikowi, mówię jak jest.

Czytaj dalej „Opowieści z meekhańskiego pogranicza: Północ – Południe – Robert M. Wegner”

Żar – Sándor Márai

zarMówcie i piszcie o tej powieści co chcecie: że autor uznany, choć mocno nieszczęśliwy (efekt: samobójstwo); że książka niewielka, ale niejednoznaczna i posiadająca te, no… warstwy; że historia w niej zawarta i emocje jej towarzyszące kojarzą się z żarem nadal żywym i intensywnym, choć szczelnie pokrytym grubą powłoką popiołu minionego życia. To wszystko prawdopodobnie się zgadza, ale mnie najbardziej frapuje kwestia tytułu tej powieści. I choć żaden ze mnie autorytet w temacie języka węgierskiego, to mam podejrzenie graniczące z pewnością, że oryginalny tytuł (A gyertyák csonkig égnek) ma nam do przekazania coś więcej, niż słowo „żar”, nawet pomimo faktu, że na piśmie prezentuje się jak kwestia, którą mógłby wymówić tolkienowski ork szpetnie bluźniący na jakość podanego mu w karczmie trunku. Cóż, taki szorstki urok języka węgierskiego, a teraz skontaktuję się z moim przyjacielem Google Tłumaczem, by przekonać się, co tak naprawdę znaczy ten tytuł, dajcie mi chwilę. [antrakt]. I zaskoczenie, bo wychodzi, że rzeczywiście „żar”. Nielogiczne i zastanawiające, skoro samo gyertyák przekłada się na świece. Niezadowolony z wyniku tłumaczenia pogrzebałem głębiej i okazuje się, że tytuł oryginału dosłownie znaczy tyle, co „Świece dopalają się do ogarków/do końca”. I nie rozumiem co stało na przeszkodzie, by tak ładnie brzmiącym tytułem (szczególnie w wersji – do końca) udekorować tę powieść? Może ktoś mi wyjaśni? Powiecie, że wyolbrzymiam i przesadzam, bo to tylko tytuł, ale jak mam być przekonany co do jakości oraz wierności przekładu, skoro już przed lekturą rzuca mi się w oczy taka samowola w tłumaczeniu i odzieranie tytułu z poetyzmu w nim zawartego? Obawiałem się co w tej materii będzie dalej, ale ponieważ nie potrafię tego zweryfikować (oraz mi się nie chce) niniejszym porzucam temat przekładu i przechodzę do treści.

Czytaj dalej „Żar – Sándor Márai”

Ilion – Dan Simmons

ilionDan Simmons pojawia się tutaj już po raz kolejny, ale co najciekawsze, zawsze jest to na tyle odmienne podejście do literatury, że równie dobrze możemy mówić o innym autorze. Obecny Simmons niewiele ma cech wspólnych z autorem niedawno omawianego i niewątpliwie wspaniałego Terroru, czy też równie wyśmienitego Drooda. Simmons, o którym będzie dzisiaj mowa najbardziej przypomina Simmonsa z niedocenionego i w dawnych czasach szturchanego przeze mnie kijem  Hyperiona (nigdy nie twierdziłem, że się znam). Gdybym o tym wiedział przed lekturą, to parokrotnie bym kwestię przemyślał. A tak: zaślepiony uwielbieniem do ostatnich dzieł autora oraz zachęcony tematyką Ilionu (bo przecież – gdyby ktoś nie był świadom – to inne określenie dla mitycznej Troi) rzuciłem się tę na powieść, jak kuna w agrest. Liczyłem, że otrzymam to w czym autor jest według mnie najlepszy, czyli swoistą wariację znanych wydarzeń, alternatywną wersję historii, w której białe plamy niewiedzy zostaną przez Simmonsa zakamuflowane jego wyobraźnią. Cóż, wyszło nie do końca tak, choć nie powiem żebym był akurat tą kwestią jakoś szczególnie rozczarowany. Bo słynna wojna trojańska jest tutaj obecna, ale jej okoliczności są dość niecodzienne i niewątpliwie fascynujące (wrócimy do tego). Jednak konflikt pod murami Priamowej Stolicy to zaledwie trzecia część tej książki, a pozostałe dwa wątki nie wypadają już w moich oczach równie okazale. Ale zacznijmy od paru słów o każdym z nich. Uwaga, mogę przynudzać. No to CYK, jak powiedział budzik do zegarka.

Czytaj dalej „Ilion – Dan Simmons”

Śnieżka musi umrzeć – Nele Neuhaus

sniezka_musi_umrzec01Akurat kryminałów nie brakuje, ale to jeszcze nie znaczy, że łatwo pośród nich wyłowić te rzeczywiście udane. Bo ustalmy coś między sobą: większość z nich opiera się na podobnych zasadach, operuje bliźniaczym i niczym się niewyróżniającym językiem, a coś, co w jednym z nich było oryginalnym zabiegiem szybko staje się sztampowe, gdy jest wykorzystywane po raz trzeci i czwarty. Bo tylko kolonoskopia się nie nudzi i dostarcza równie wiele emocji zarówno za pierwszym, jak każdym kolejnym razem. Ale wszyscy chcą pisać kryminały (i piszą) toteż zakres pomysłów i pole manewru zawęża się w zastraszającym tempie, szczególnie gdy pisarz bądź pisarka poza niepowtarzalnym pomysłem na poprowadzenie intrygi (przynajmniej w swojej ocenie) nie posiada warsztatu, który wyróżniłby ich pisaninę między tysiącami innych kryminałów. Efekt? Dzieło takie rzadko kiedy daje rzeczywistą przyjemność z samego obcowania z literaturą i jest zaledwie formą, w której przekazuje się jakąś historię – formą prostą, pozbawioną ozdobników i tożsamości, aby broń Boże czytelnik się nie zniechęcił jakimś niebanalnym zagraniem, dygresją czy rozdzieleniem wątków. Nie twierdzę, że prostota jest zła, ale im więcej czytam w miarę współczesnych kryminałów, tym częściej mam wrażenie, że pisane są one w zbliżonej, bardzo do siebie podobnej, nieskomplikowanej manierze. Problem z tą ich prostotą zaczyna się wtedy, gdy nie wciągnie mnie wątek fabularny, bo bez angażującej czytelnika intrygi te kryminały nie mają nic, czym mogłyby wynagrodzić czas im poświęcony. Żadnego ciekawego zabiegu stylistycznego, żadnej „złotej myśli”, żadnej przyjemności z lektury, która – owszem – płynie wartko, ale zarazem nie pozostawia nic po sobie.

Czytaj dalej „Śnieżka musi umrzeć – Nele Neuhaus”