Statek – Stefán Máni

statekJeśli się nie mylę, to będzie najpewniej debiut literatury islandzkiej w moich rękach a zarazem tutaj. Nie żeby to był powód do szczególnego świętowania, czy też informacja warta zapamiętania. Ot, zwykła ciekawostka, że kolejny obszar na mapie świata mogę odhaczyć jako literacko odwiedzony. Choć trzeba przyznać, że przy okazji obyło się bez większych emocji, bo styl Mániego (uznajmy dla wygody, że tak się to odmienia) nieodzownie przywołuje skojarzenia z literaturą skandynawską, kryminałami konkretnie. Chociaż nie, bo z pewnością brakuje tutaj zblazowanego policjanta czy też detektywa z jakimś nałogiem, który mógłby z uporem prowadzić śledztwo. I dobrze, bo ta klisza powinna już męczyć każdego, kto miał styczność z gatunkiem. Statku nie wypada nawet określać kryminałem, bo zdecydowanie bliżej mu do thrillera, więc chyba pora byśmy porzucili te coraz częściej krzywdzące porównania. Zignorujemy nawet fakt, że powieść Mániego była nominowana do Glasnyckeln (w sensie: do Szklanego Klucza), a tego zaszczytu dostępują ponoć jedynie kryminały z krajów nordyckich. Do diabła, Máni! Ja próbuję cię tutaj bronić i nadać krztyny oryginalności, ale najwyraźniej wszystko się sprzysięgło przeciw nam. Będziemy jednak szli w zaparte i ustalmy: Statek jest thrillerem z własną, islandzką tożsamością i raczej nie pomylicie go z tabunem bliźniaczo podobnych do siebie skandynawskich kryminałów, spośród których coraz trudniej wyłowić jakąś perełkę.

Czytaj dalej „Statek – Stefán Máni”

Dziwna myśl w mej głowie – Orhan Pamuk

Dziwna-myslKiedyś podczas prywatki miałem okazję rozmawiać z pewnym Turkiem. Chociaż „rozmawiać” to chyba mało precyzyjne określenie, bo o ile jego angielski był na przyzwoitym poziomie, tak mojemu brakowało nieco obycia, treningu i umiejętności odnalezienia w pamięci niezbędnych aktualnie słów. No ale dogadywaliśmy się, bo spożyty alkohol już nie takie bariery społeczne przełamywał. I tak jakoś temat zszedł akurat na Pamuka, bo wtenczas byłem pod sporym wrażeniem jego Nazywam się Czerwień. Cmokając z uznaniem i stosując uniwersalny gest kciuka w górę próbowałem przekazać mojemu rozmówcy, że Pamuk to klawy koleś i fajnie mu wyszła powieść, na co mój gość zrobił skwaszoną minę i mówi coś w rodzaju: pisarz z niego dobry, ale miałem okazję z nim porozmawiać i okazał się mało sympatycznym arogantem. Pomijając już kwestię na ile opinia tego akurat Turka przekładała się na rzeczywistość, to początkowo byłem niemile zaskoczony, że Pamuk mógłby być bucem. Ale potem naszła mnie refleksja, że przecież nie na byciu miłym polega misja pisarza i nie za bycie sympatycznym go cenimy, bo większość z nas pozna go wyłącznie z jego dzieł. Pewnie: trochę niefajnie, że Pamuk jest burakiem, ale to w zasadzie nie mój problem, bo do łóżka nie zamierzam go zapraszać. Jakiś czas potem zaliczyłem nieudane podejście do lektury Śniegu. Nie. Ono nie było nieudane – to była katastrofa, bo Śnieg dołączył do niechlubnego grona powieści, których nie dokończyłem. Na długi czas Pamuk był dla mnie martwy literacko i wypadł z kręgu moich zainteresowań, a teraz uznałem, że pora dać mu kolejną szansę, bo przecież kiedyś spędziliśmy wspólnie kilka miłych wieczorów zabarwionych czerwienią. Okazja trafiła się dogodna, bo nie tak dawno temu ukazała się jego nowa powieść, więc sprawdźmy, co ten rzekomy gbur ma tym razem do przekazania czytelnikom.

Czytaj dalej „Dziwna myśl w mej głowie – Orhan Pamuk”

Martin Eden – Jack London

martin-edenFakt, że nikt już uczciwie nie bierze się za ponowne wydawanie powieści Jacka Londona (podobnie jak Hemingwaya) nie przestaje mnie zastanawiać. Mój egzemplarz Martina Edena (który jeszcze w 2015 roku dostałem od anonimowego Mikołaja/Mikołajki, więc przy okazji i z tego miejsca dziękuję) według ceny okładkowej kosztował 580 zł, co już samo w sobie wiele mówi o roku wydania. Może problem tkwi w czymś, o czym nie wiem, ale niepojętym dla mnie jest, by byli chętni na drukowanie wypocin Sashy Grey, a już tak mocne i kojarzone nazwiska jak London i Hemingway pozostawały poza kręgiem zainteresowań wydawców. No dobrze, akurat Sasha Grey to również nośne nazwisko, ale wiecie co mam na myśli – w tej chwili chodzi wyłącznie o poziom literacki. Tymczasem zarówno Ernesta jak i Jacka w księgarniach praktycznie nie uświadczysz. A jeśli już, to leżą tam jedynie w formie zakurzonych lektur z opracowaniem, albo audiobooków – pewnie dlatego, że lektur nikt nie czyta (a jeśli już, to z pewnością ich nie kupuje), a audiobooka łatwiej ukraść z Sieci. A ja bym sobie życzył nowe, tradycyjne wydanie dzieł wspomnianych panów, bo nie należę do grona czytelników, którzy tym bardziej czczą książkę, im dawniej została ona wydana. Wolę, gdy mi się nie rozpada w rękach podczas czytania. Więc komu mam zrobić dobrze ustami, aby się wreszcie wziął na poważnie za wydawanie takich klasyków?

Czytaj dalej „Martin Eden – Jack London”

Terror – Dan Simmons

terror1To są takie chwile, gdy nie do końca wiem jak zacząć, bo jeśli teraz nie ujarzmię rumaka emocji, to później czeka mnie jedynie niekontrolowany galop, który nie wiadomo jak i gdzie się zakończy. Spróbuję więc podejść do kwestii nieco na zimno i zaznaczę, że z Simmonsem mieliśmy raczej trudne początki, bo jego Hyperion nie zrobił na mnie większego wrażenia. Moja surowa opinia spotkała się wtenczas z zarzutami, że „chuja się znam”. Pamiętacie? Nie? Cóż, wystarczy, że ja zachowałem czułe wspomnienia z tego incydentu. Oczywiście nie odbieram wspomnianej krytyce racji, bo nigdy też nie twierdziłem, że się znam, ale ten argument nie sprawił jeszcze, że Hyperiona doceniłem (nadal jest mi dość obojętny). Potem Simmons próbował mnie zbałamucić Droodem i w tym przypadku poszło mu już znacznie, znacznie lepiej. Na tyle dobrze, że z miejsca zacząłem się rozglądać za kolejną lekturą jego autorstwa, jednak upatrzony przeze mnie Terror należał wtedy do tych trudno dostępnych powieści – jedynie używane egzemplarze, najczęściej nieciekawe wizualnie, a nic nie smuci mnie bardziej, jak zaniedbana książka, z której wypadają strony, gdy próbuję ją czytać. Bez kitu, nawet afrykańskie dzieci z wydętymi od głodu brzuszkami nie mają startu. Ale od kiedy w księgarniach ukazało się nowe wydanie nie było już wymówek i och, jak bardzo jestem wdzięczny przede wszystkim samemu sobie, że w końcu się skusiłem na lekturę.

Czytaj dalej „Terror – Dan Simmons”

Stacja Jedenaście – Emily St. John Mandel

stacja-jedenasciePrawdopodobnie nie każdy sobie zdaje z tego sprawę, ale świat postapokaliptyczny musi przecież posiadać wiele zalet, choćby takich jak skuteczna likwidacja ZUS-u i abonamentu RTV. W mrocznym zakątku swojej świadomości chyba nawet bym pragnął jakiegoś rodzaju epidemii, która przyniosłaby trochę wytchnienia w tym liczonym na godziny i dni świecie. Zabrzmiało jakbym był jakiś emo, ale pomyślcie ile problemów by się samoczynnie rozwiązało – ile priorytetów zrobiłoby fikołek, ile przedmiotów i codziennych czynności zyskałoby na wartości. Wiem, to niezbyt rozsądne, bo nowe niedogodności byłyby zapewne znacznie gorsze, niż stare (obecne), ale być może taki reset ludzkości wreszcie orzeźwiłby niektóre jednostki, byłoby wręcz fajnie, a martwilibyśmy się potem. I gdyby wszystko nagle poszło w pizdu, to prawdopodobnie w końcu dotarłoby do mnie skutecznie, jak bardzo nieistotne jest to, co tutaj piszę oraz po co piszę. Moja dziedzina i pasja to jeszcze pół biedy, ale wyobraźcie sobie, jak bezcelowe okazałoby się osiągnięcia tych wszystkich szafiarek blogowych (szacuneczek i pozdro dziewczyny), które od tej chwili musiałyby zacząć palić ogniska swoimi ciuchami, by ogrzać mieszkanie. A wiadomo, że książki do tego celu nadają się lepiej. I niełatwo mi to pisać, ale gdybym w takiej sytuacji musiał wrzucać do ognia kolejne powieści z półki, to dzieło Emily St. John Mandel byłoby jednym z pierwszych w kolejności. Nie to, że nie czytałem gorszych, bo czytałem, ale ich się już dawno pozbyłem. Uf, przez chwilę było rzeczywiście przykro, ale już mi ulżyło.

Czytaj dalej „Stacja Jedenaście – Emily St. John Mandel”

Życie instrukcja obsługi – Georges Perec

zycie-instrukcja-obslugi-b-iext3713757Nie będę ukrywał, że najprawdopodobniej nie zrozumiałem tej książki w całej jej rozciągłości. Nie to, że jest jakaś wybitnie wymagająca w dziedzinie narracji czy języka, ale najwyraźniej przed przystąpieniem do lektury niezbędne jest, by czytelnik popełnił pewne przygotowania. Perec stworzył tę powieść i oparł jej przebieg o jakieś algorytmy ruchowe konika szachowego (gdzie umowną szachownicą jest przekrój kamiennicy, w której mieszkają bohaterowie), a cała forma Życia instrukcji obsługi jest ściśle określona matematycznymi wzorami (ilość stron, rozdziałów i takie tam). Taki to eksperyment literacki (zresztą nie pierwszy dla Pereca, ale o tym napomknę później) i ponoć książka znacznie zyskuje na odbiorze, jeśli wcześniej poznać jej koncepcję oraz zakulisowe ustalenia autora. Ale przeczytałem, że „matematyczne” i dałem sobie spokój, bowiem w zakresie Królowej Nauk nie jestem – dyplomatycznie rzecz ujmując – orłem, więc w moim przypadku takiego rodzaju rekonesans przed lekturą mógłby przynieść odwrotny skutek i jedynie mnie zniechęcić. Poza tym nie bardzo rozumiem: co to za zabiegi? Ja chcę po prostu przeczytać powieść, a nie dokształcać się do niej jak do egzaminu, aby móc w pełni czerpać przyjemność. A co jeśli mimo wszystko książka mi się nie spodoba, rzucę ją po stu stronach i paradoksalnie okaże się, że przygotowania zajęły mi więcej czasu, niż sama lektura? Rozumiem chęć dodatkowego zakręcenia się wokół dzieła PO lekturze – bo mi się spodobało i z rozkoszą poznam okoliczności jego powstania oraz zgłębię poruszaną tematykę, ale PRZED? Niech się powieść broni bez tego, rzekłem, po czym zacząłem czytać.

Czytaj dalej „Życie instrukcja obsługi – Georges Perec”

Władca Pierścieni – J. R. R. Tolkien

Wladca_Pierscieni_TolkienTaaak. Wróciłem po raz trzeci do Śródziemia, bo po tych kilku latach jakoś mi się tęskno zrobiło. Odżyły wspomnienia chwil, kiedy byłem tak okrutnie podekscytowany wchodzącą lada chwila do kin Drużyną Pierścienia, że dziesiątki razy kartkowałem nieistniejący już miesięcznik Cinema i podziwiałem wielkie zdjęcia z planu filmowego. Jarałem się jak pochodnia Gondoru. I to jest dla mnie trochę niezrozumiałe, bo przecież nie znałem jeszcze powieściowego pierwowzoru, ale już wtedy z siłą maczugi jaskiniowego trolla uderzała mnie magia płynąca z tych zdjęć, krajobrazów, kostiumów. Wychodzi więc na to, że dopiero zmotywowany nadchodzącą ekranizacją postanowiłem, iż najpierw muszę przeczytać książkę i do dziś lekturę trylogii Władcy Pierścieni wspominam jako moją największą literacką wyprawę i przygodę. Mapę Śródziemia analizowałem tak często, że prawdopodobnie na stałe wypaliła się w mojej wyobraźni i znam jej kształt, charakterystyczne punkty, a także przebieg wędrówki bohaterów. Na każdą część ekranizacji biegłem natychmiast do kina, a potem wielokrotnie powtarzałem seans z rozszerzonymi wersjami DVD. I ponieważ całkowicie ominęła mnie szajba Gwiezdnych Wojen (które lada chwila mogą zacząć rozmieniać się na drobne), więc osobiście uznaję, że (parafrazując klasyka): powrót jest tylko jeden i jest to Powrót Króla.

Czytaj dalej „Władca Pierścieni – J. R. R. Tolkien”