Zgroza w Dunwich i inne przerażające opowieści – H.P. Lovecraft

i-zgroza-w-dunwich-i-inne-przerazajace-opowiesciMaciej Płaza, autor najnowszego przekładu Lovecrafta na język polski twierdzi w swoim posłowiu, że poprzednie tłumaczenia nie należały do najlepszych. Jest przy tym bardzo dżentelmeński, kryguje się i nie nazywa rzeczy po imieniu, ale mniej zachowawczemu czytelnikowi łatwo wysnuć jeden istotny wniosek – wcześniejsze przekłady ssały pałkę. I ja mu wierzę, że ssały, bo wiele lat temu czytałem zbiór opowiadań Lovecrafta i pamiętam, że efekt był daleki od oczekiwań. Wtedy jedynie Widmo nad Innsmouth zrobiło na mnie odpowiednie wrażenie, ale coś czuję, że to wyłącznie zasługa samej struktury opowiadania i jego fabularnego napięcia, którego nawet kiepskie tłumaczenie nie zniweluje. Teraz przeczytałem Lovecrafta w nowym wydaniu; Lovecrafta lepszego; Lovecrafta sprawniej pobudzającego wyobraźnię, umiejętniej wprowadzającego czytelnika w atmosferę. Wreszcie Lovecrafta, którego światowy fenomen potrafię zrozumieć i który w dużym stopniu udzielił mi się podczas lektury. Najwyraźniej dopiero teraz autor doczekał się polskiego tłumacza, na którego zasługiwał i który będzie potrafił oddać w słowach urok tych kultowych już opowiadań. A ja będę mógł je docenić.

Czytaj dalej „Zgroza w Dunwich i inne przerażające opowieści – H.P. Lovecraft”

Frankenstein – Mary Shelley

frankensteinBędąc jeszcze małym zasmarkańcem grałem na poczciwym Pegasusie w grę Frankenstein. Było to dzieło, które dzisiaj z powodzeniem uciągnąłby każdy kalkulator – tak zaawansowany poziom w dziedzinie grafiki i skomplikowania rozgrywki prezentowało. Strasznie kapuściarska gra, ale wtedy jedna z niewielu w moim zasięgu, więc grałem uparcie. Irytowałem się stale, a mój bohater umierał raz za razem, ale jednocześnie działała na mnie magia tytułu, jego groza (a gra była w jakimś stopniu przerażająca i rozpalała wyobraźnię dziecka). Koniecznie pragnąłem uratować tę dziewczynę porwaną przez Frankensteina, jednak nigdy mi się to nie udało. Kiedy dzisiaj uruchamiam tę grę na emulatorze, albo z nostalgią oglądam jej fragmenty na filmikach, to widzę, że było to wręcz niemożliwe (przynajmniej dla mnie). Co jednak najciekawsze i tym razem dotyczy już dzieła Mary Shelley to fakt, że twórcy gry powielili często spotykany nawet dzisiaj błąd – nazwali potwora Frankensteinem. Zresztą mam przeczucie, że nie było tam nikogo, kto w ogóle przeczytałby tę klasyczną powieść. Efekt był taki, że nasz skoczny chłopek zanim poskromił potwora musiał po drodze posiekać swoim mieczykiem m.in. Meduzę i hrabiego Drakulę. Wspomniany błąd w nazewnictwie jest tak powszechny, że prawie nikt nie zwraca już na niego uwagi i czy to w ramach skrótu myślowego, czy też wygody przyjęło się potwora określać nazwiskiem jego stwórcy. Ale ja przeczytałem powieść Mary Shelley i ruszam z krucjatą, by Wiktor Frankenstein odzyskał swoje nazwisko, a potwór sczezł bez imienia!

Czytaj dalej „Frankenstein – Mary Shelley”

Król w Żółci – Robert W. Chambers

krol w zolciZ horrorami mi nie po drodze. Filmów z tego gatunku nie lubię, bo albo zapominam się bać, albo stale czekam na moment, w którym powinienem zacząć się bać, a dla mnie to żaden relaks. Z książkami jest trochę inaczej, ale mając kilkanaście lat przeczytałem jakiś podrzędny horror Mastertona (Zaklęci) i jedyny fragment jaki z niego pamiętam, to scena seksu w domu pełnym strachów oraz uwięzionych w ścianach złoczyńców. Czego jednak oczekiwać od nastolatka, który seks znał wyłącznie z niezbyt dokładnie poukrywanych przez rodziców kaset z niemieckim porno? Czyli wychodzi na to, że próby wywołania we mnie poczucia grozy są skazane na niepowodzenie tak samo dotkliwe, jak próby chowania przede mną kaset VHS z fikołkami. Nawet samemu wielkiemu Lovecraftowi z trudem wychodziło niepokojenie mnie, ale koniec końców – chwilami jednak wychodziło i to trzeba mu oddać. Pomyślałem więc, że tym razem zrobię to jak należy i opowiadania Chambersa czytałem jedynie późnymi wieczorami, tuż przed snem, z wiatrakiem skierowanym na nagie plecy, by dreszcze były podręcznikowe. Efekt? Każdorazowo zasypiałem jak dziecko, spałem twardo (z przerwą na siku) i bez koszmarów, by obudzić się rano z bolącymi plecami. Tyle w kwestii grozy. Mam uczucie, że stale robię coś nie tak, ale nie mam pojęcia co takiego. Czekam więc na rady ekspertów w dziedzinie straszenia, a tymczasem przejdźmy do twórczości Chambersa, bo robię się głodny.

Czytaj dalej „Król w Żółci – Robert W. Chambers”

Płoń wiedźmo, płoń! – Abraham Merritt

Plon-wiedzmo-plonNo dobrze. Powiedzmy, że ogarnięty nadmiarem dobrej woli, która chyba niedługo mnie rozsadzi, jestem zmuszony odkorkować wentyl bezpieczeństwa i upuścić nieco ciśnienia. A piszę o tym, ponieważ Płoń wiedźmo, płoń! jest na tyle krótkim i zwięzłym dziełkiem, że sam nie wiem, czy przysługuje mu osobna opinia, szumnie czasem określana recenzją. Nawet wydanie, które mam, w niewielkim stopniu przypomina książkę, raczej coś w rodzaju małoformatowego czasopisma z klejonym grzbietem. Mimo to, ponieważ dawno nie gościliśmy tutaj powieści grozy, toteż zrobię wyjątek i przy okazji rozgłoszę trochę nazwisko Abrahama Merritta, za co on z pewnością będzie mi wdzięczny. Istnieje też ewentualność, iż będzie mu to kompletnie obojętne, z racji tego, że jest już od dawna wystarczająco martwy, a nie wiem czy był człowiekiem skorym do okazywania uczuć. W czasach kiedy był mniej martwy, zajmował się on pisaniem opowiadań z gatunku weird fiction, gdzie groza ciasno przeplatała się z fantastyką, okultyzmem i w ogóle śledzie z dżemem. Bo na przykład w streszczeniu innego dzieła Merritta – The Face in the Abyss – czytamy, że „łowca skarbów odnajduje w Andach ostatnią przedstawicielkę superinteligentnych ludzi-węży, którzy zmagają się z prastarą rasą, mających obsesję na punkcie seksu mutantów, polujących na nich przy pomocy dinozaurów i dziwacznych maszyn.”* Wystrzałowe! W związku z tym trochę żal, że Płoń wiedźmo, płoń! uderza w bardziej klasyczne klimaty powieści grozy, bez szczególnych udziwnień i tym samym nie może się pochwalić takim odbierającym czytelnikowi dech miksem pomysłów. Coś za długi ten wstęp, idziemy dalej.

Czytaj dalej „Płoń wiedźmo, płoń! – Abraham Merritt”

Zew Cthulhu – Howard Phillips Lovecraft

Czasami mimo woli uświadamiam sobie, jaką wygodą w naszych – jakże wspaniałych i barwnych czasach – jest samoobsługowa księgarnia, czy też wszelakie księgarnie internetowe. Nie trzeba już podchodzić do lady i tłumaczyć sprzedawcy: „poproszę „Zew Kt… Khtl…Khutuluh…”, aaa, ma pan coś od Lovecrafta w ogóle?”. Teraz wchodzisz do księgarni jak prawdziwy bonzo, lecisz półkami na „L”, wyciągasz książkę za grzbiet, rzucasz z hukiem na ladę, płacisz i jak fafa-rafa opuszczasz lokal. Już jeden stres mniej, nie trzeba się kompromitować komiczną wymową, a potem z pąsami na polikach i spuszczona głową (jak nastolatek kupujący „Twój weekend”) odbierać grosik reszty. Ale zejdźmy z marginesu i do rzeczy.
Twórczość Lovecrafta od dekad stanowi obiekt kultu. Czytelnicy są oczarowani atmosferą jego opowiadań, zafascynowani wysiłkiem i pracą włożoną przez autora w stworzenie od podstaw całej mitologii Cthulhu, przykrywają sobie głowy kołdrą podczas czytania – tak bywa przerażająco! No dobra, przesadziłem, ale faktem jest, iż do lektury opowiadań niezbędny jest odpowiedni klimat. W przeciwnym razie nic z tego nie wypali. Więc jeżeli akurat w Twoim domu jest remont, ktoś ogląda kabaret, ktoś ubija kotlety na obiad, jeszcze ktoś ćwiczy grę na bałałajce, a sąsiedzi chleją wódkę i śpiewają „Hej, sokoły” na balkonie, to wiedz, że nie jest to odpowiedni moment na podjęcie lektury Lovecrafta.

Czytaj dalej „Zew Cthulhu – Howard Phillips Lovecraft”