Droga królów – Brandon Sanderson

droga-krolowTrochę dobrego się o tym cyklu naczytałem, a przecież nawet nie szukałem o nim informacji i opinii. Sanderson pojawiał się jakoś przy okazji, w luźnym powiązaniu z aktualnym tematem dyskusji, niejako na uboczu, nieproszony, na krzywy ryj wręcz. A to ktoś wspomniał, że przeczytał kolejny tom cyklu i jest zachwycony, że Sanderson utrzymuje wysoką formę – powiedzmy, że brzmi to jak zachęta. Ktoś inny pytał o jakiś godny uwagi tytuł z gatunku fantasy i na proponowanej przez innych czytelników liście – mniej lub bardziej oryginalnej – zawsze zaplątała się gdzieś Droga królów, albo od razu cały cykl (Archiwum Burzowego Światła). Do kroćset fur beczki – pomyślałem – muszę w końcu tego Sandersona sprawdzić, bo nie odpuszczą. Tacy są najgorsi. Będą wiercić dziurę w brzuchu, wypominać, namawiać, póki nie ulegniesz. Nie teraz, to wrócą za tydzień, miesiąc, rok – to pewne jak poranny namiot. Siłą rzeczy zainteresowałem się więc lekturą, czyli blisko tysiącem stron pierwszego tomu, mając w perspektywie kolejne tysiące w kolejnych tomach. W dodatku notka na tylnej okładce nieszczególnie zachęca i brzmi po prostu banalnie, czytałem takich setki. Lepiej, żeby to było warte mojego czasu i wzroku, bo jeśli nie… to absolutnie nic na to nie poradzę.

Czytaj dalej „Droga królów – Brandon Sanderson”

Reklamy

Klaśnięcie jednej dłoni – Richard Flanagan

Flanagan_Klasniecie jednej dloniTak to właśnie działa. Rysiek Flanagan zdobywa Bookera za 2014 rok (Ścieżki północy), a wydawcy niczym literackie hieny cmentarne zaczynają wygrzebywać wszystko, co napisał wcześniej. Naturalnie nie są to zazwyczaj dzieła tak dobre, jak tytuł nagrodzony, bo gdyby były, to Booker wpadłby wcześniej. No ale trzeba kuć żelazo, póki mleko się nie rozlało, a nazwisko autora nie przebrzmiało (jedziemy z tym rapem, ej). Efekt? W ciągu trzech lat wypluto na polski rynek pięć wcześniejszych powieści Flanagana i zapewne na tym by nie poprzestano, gdyby nie fakt, że skończyły się możliwości, bo pisarz więcej nie stworzył. Przynajmniej póki co. Nie żeby mi taka sytuacja na rynku przeszkadzała, ale zawsze mnie to trochę bawi i rozbudza we mnie cynizm, bo skoro wcześniej nie uznano tych powieści za warte wydania, to co się stało, że nagle zmieniono zdanie? Czyżby większa rozpoznawalność nazwiska autora sprawiła, że jego dzieła stały się literacko lepsze? Zaryzykuję stwierdzenie, że nie. Wyzłośliwiam się teraz ociupinkę, ale trzeba przyznać, że sam łyknąłem tę przynętę zarzuconą przez wydawcę i postanowiłem wrócić do Flanagana. Stanąłem przed wirtualną półką w księgarni, odrzuciłem rozsądek i jako człowiek wrażliwy na piękno (a co, może nie?) wybrałem powieść o najładniejszym, najbardziej intrygującym tytule. Czasem trzeba się zdać na intuicję.

Czytaj dalej „Klaśnięcie jednej dłoni – Richard Flanagan”

Justyna – Lawrence Durrell

justynaKwartet Aleksandryjski od wielu lat był pod moją – niezbyt baczną, ale jednak – obserwacją. Figuruje on w wielu zestawieniach, jest wysoko oceniany i doceniany przez liczne instytucje. W związku z małą dostępnością cyklu sprzedawcy często sobie świrowali z cenami – 500 zł za zestaw czterech książek to była norma, zdarzały się również oferty wyższe, a jeśli trafiła się jakaś w okolicach 300 zł, to z dziwnie przemilczanym stanem egzemplarzy. Nie zawsze mi się to zdarza, ale tym razem rozsądek brał górę, więc wstrzymywałem się przed wywaleniem takiej sałaty na książki, gdzie nawet nie miałem pewności, że te powieści mi się spodobają. A gdyby nie? Pewnie musiałbym sobie potem wmawiać, że są wspaniałe i warte swojej ceny, by stłamsić świadomość wywalenia pieniędzy w błoto. I nie – nie mówcie mi tutaj o bibliotekach, bo od kiedy w podstawówce zostałem przez okrutną bibliotekarkę wytargany za pejsy, to mam traumę i nie przekraczam progu tych komnat bólu oraz poniżenia. Ale pojawił się ratunek w postaci nowego wydania Justyny, pierwszego tomu tetralogii, więc każdy może dzieło Durrella sprawdzić w rozsądnych warunkach cenowych oraz bez narażania własnych pejsów. Jak temat chwyci i kogoś stać, to może sobie nawet potem kupić cały kwartet za 500 zł, bo czemu nie. Albo po prostu poczekać na wznowienia kolejnych tomów. A teraz spróbuję sobie odpowiedzieć, co ja zrobię.

Czytaj dalej „Justyna – Lawrence Durrell”

Wzgórze psów – Jakub Żulczyk

wzgorze-psowJakub Żulczyk jeszcze o tym nie wie, ale jest moim starym znajomym, bo czytałem jego debiut (Zrób mi jakąś krzywdę) leżąc na wyposażonym w rozciągnięte sprężyny żelaznym łóżku i czekając na capstrzyk oraz podczas zmiany czuwającej na wartowni. Pamiętam, że w tamtej powieści gościnnie pojawiała się konsola GameCube i w tym zapewne powinienem się doszukiwać powodów, które zachęciły mnie do lektury. Pamiętam też, że książka imponowała tragiczną okładką i to w zasadzie tyle. Można jednak uznać, że kojarzyłem i czytałem Żulczyka zanim stał się szerzej rozpoznawalny – zanim przyszły nominacje do nagród, scenariusze do Belfra i Ślepnąc od świateł, zanim zaczęto planować filmowe adaptacje jego powieści, więc pozwolę sobie poczuć się lepszym. Później stale miałem Żulczyka na uwadze i czytelniczym radarze, ale jakoś nigdy nie skusiłem się na lekturę. Każdą jego nową powieść wpisywałem na listę, najczęściej w miejsce poprzedniej, ale zawsze było coś lepszego, ciekawszego, bardziej zachęcającego, z wyższym priorytetem i przede wszystkim innego autorstwa, a efekt taki, że poza debiutem nie przeczytałem żadnej powieści Żulczyka. Tej pewnie też bym nie przeczytał, ale znaleziony pod choinką egzemplarz niczym jakaś wyuzdana nimfomanka sam wpakował mi się do łóżka. Ciężko westchnąłem.
– Miejmy to już z głowy – wymruczałem i dołączyłem do niego.

Czytaj dalej „Wzgórze psów – Jakub Żulczyk”

Wielkie nic – James Ellroy

wielkie nicPrzy okazji opinii na temat Czarnej Dalii napisałem, że idę po drugi tom Kwartetu Los Angeles. Trochę to trwało, ale jak piszę, że idę, to idę i nie musicie mi o tym co trzy lata przypominać. Bo mam ostatnio odrobinę słabszy okres i nie układa mi się z literaturą najlepiej, więc staram się unikać eksperymentów oraz ambitnych wyzwań w tym temacie, by jakoś przeczekać kryzys. A kryminały zawsze wydawały mi się niegroźne, taka bezpieczna inwestycja wolnego czasu, w sam raz do poczytania przed snem, bez zbędnego zmagania się z oporną filozofią i stylistyką. Przejrzałem listę potencjalnych lektur i przypomniałem sobie o Ellroyu. Przecież Czarna Dalia była świetnym kryminałem – bezpośrednim, z jajami i odwagą fabularną. Czymś, co bez wahania niektórzy nazywają męską literaturą i choć osobiście nie lubię tego określenia, bo nie wiem jak go odbierać, to faktem jest, że jeśli ktokolwiek planuje kupić mężczyźnie książkę, to Ellroy będzie doskonałym wyborem. Argumenty? Po pierwsze to kryminał, a po drugie to wyborny kryminał. To powinno wystarczyć, aby obdarowany facet po lekturze nie miał pretensji w stylu „co wy mi tutaj, kurła, za historyjki dla bab kupujecie, włanczajcie lepiej telewizor, bo Stoch skacze”. Do Wielkiego nic podchodziłem więc z dużą pewnością siebie i przekonaniem, że Ellroy nie rozczaruje oraz da mi pewne oparcie. I zgadnijcie. Nie rozczarował. Był oparciem. Zero zaskoczenia i chwała mu za to.

Czytaj dalej „Wielkie nic – James Ellroy”

Walet pikowy – Boris Akunin

walet-pikowyZapomnijcie o Sherlocku Holmesie, Herkulesie Poirot i przemieszczającym się na rowerze Ojcu Mateuszu. Erast Fandorin jest lepszy, fajniejszy, ciekawszy i zasługujący na więcej uwagi. Ja mu ją chętnie poświęcam, bo to już kolejna powieść cyklu, a ja w chwilach powątpiewania zaczynam zastanawiać się nad sensownością opisywania tutaj każdej z osobna. Jednak zacząłem to robić, a ponieważ obok zaczynania lubię też kończyć, więc póki co staram się trzymać postanowienia i rozbijam tutaj cykl na jego części składowe. Zobaczymy na ile wystarczy mi uporu, niczego nie obiecuję, ale przyda się kilka komentarzy w rodzaju „nie dasz rady”, abym miał motywację i na przekór niedowiarkom jednak dał radę. Naturalnie piszę to przy śmiałym, wręcz bezczelnym założeniu, że ktoś to w ogóle czyta i kogoś to w ogóle interesuje. Bo ja osobiście rzadko czytam w Sieci opinie innych (nie lubię sobie niczego sugerować), więc nie mam prawa tego wymagać od pozostałych. Koniec dygresji. Mogłem sobie na nią pozwolić, bo Walet pikowy jest krótką opowieścią, więc i wpis o niej będzie raczej telegraficzny.

Czytaj dalej „Walet pikowy – Boris Akunin”

Neuromancer – William Gibson

trylogia-ciaguPrzymierzałem się do tego Neuromancera, bo jak tego nie robić, skoro cały ten Gibson stale się przewija we wszelakich zestawieniach i opracowaniach. Pisze się o nim, że to twórca cyberpunku, a przynajmniej jeden z tych, którzy zapoczątkowali nurt w literaturze. Znacie to: bliższa lub dalsza przyszłość, Sztuczna Inteligencja, Cyberprzestrzeń, hakerzy, walczące o wpływy megakorporacje trzymające wszystkich i wszystko w szachu. Gatunek łączący wiedzę techniczną z wyobraźnią wykraczającą daleko poza trzy wymiary przestrzeni. Przymierzałem się więc, bo nieco mnie to pociągało i w końcu zdecydowałem, że biorę. Wziąłem Gibsona od razu w komplecie z całą Trylogią Ciągu (Neuromancer, Graf Zero, Mona Liza Turbo), bo co mi szkodzi i co sobie żałował będę. Przeczytałem część pierwszą (Neuromancera), zacząłem drugą i zrezygnowałem. Po dwóch dniach wróciłem, bo uznałem, że dodatkowa szansa się należy i zgadnijcie: dotarłem do połowy Grafa Zero, po czym zrezygnowałem ponownie, zapowiada się, że na stałe. Ale przynajmniej nikt mi nie zarzuci, że nie próbowałem.

Czytaj dalej „Neuromancer – William Gibson”