Sweetland – Michael Crummey

sweetlandUważam, że Michael Crummey zasługuje na więcej uwagi. Pomijam już pytanie czy on sam sobie tego życzy, bo pachnie mi tutaj typem odludka, ale pisarz tej klasy powinien być szeroko kojarzony, a najwyraźniej nie jest. I pisząc o klasie mam tutaj na myśli tę wysoką półkę, a jeśli nie szczytową, to jedną z najwyższych. Nie oznajmiam tego z pozycji jakiegoś literackiego arbitra, lecz osobistych odczuć, bo uwielbiam powieści i styl Crummeya. Imponuje mi jego wytrwałość w trzymaniu się brzegów Nowej Fundlandii, bo najwyraźniej ten człowiek ma swoją ojczyznę w sercu i duszy, więc po co miałby się stamtąd ruszać zarówno fizycznie, jak i pisarsko, skoro tam mu najlepiej. A ja mimo własnej woli zakodowałem sobie w głowie imperatyw: Nowa Fundlandia = Michael Crummey i kiedy nie tak dawno temu czytałem Zwariowaną łódkę Farleya Mowata to z tyłu głowy stale tłukł mi się Crummey, a podczas lektury rozpraszała mnie jakiegoś rodzaju tęsknota za jego prozą. Odczekałem kilka miesięcy i w towarzystwie odpowiedniego autora na odpowiednim miejscu ochoczo wróciłem na te niegościnne oraz surowe brzegi gęsto usiane rybackimi osadami. No, przynajmniej usiane kiedyś, bo Sweetland jest powieścią silnie osadzoną w bezwzględnej współczesności, gdzie pewne tradycje nie mają już prawa bytu i są skazane jeśli nie na wymarcie, to z pewnością na samotność. Ale Crummey stawia im piękny pomnik.

Czytaj dalej „Sweetland – Michael Crummey”

Reklamy

Młokos – Fiodor Dostojewski

MłokosTo zadziwiające, że tak bardzo za Dostojewskim tęskniłem. Kilka lat temu byłem zbyt zachłanny i łapczywy, bo na przestrzeni zaledwie kilku miesięcy przeczytałem od brodatego Rosjanina prawie wszystko, co polskie wydawnictwa miały do zaoferowania. I utknąłem z ręką w nocniku – chciałem więcej, pragnąłem jeszcze, ale nie za bardzo było co. Albo może inaczej. Lista potencjalnych lektur sprawiała wrażenie długiej, ale po odfiltrowaniu interesujących mnie pozycji i przejrzeniu na serwisach aukcyjnych ofert z nimi związanych odpuściłem. Bo nie jestem fanem starych książek. Nic nie sprawia mi w czytaniu większej przykrości, niż wypadająca z książki strona, dwie, trzydzieści, albo w ogóle rozklejający się egzemplarz. Zamiast bezstresowo czytać, to ja drżącymi dłońmi staram się utrzymać książkę w całości, a mój mglisty wzrok zaczynają przysłaniać łzy bezradności. I zniechęciłem się widząc na zdjęciach z allegro te wszystkie powieści Dostojewskiego, które przypominają coś, co morze wyrzuciło na brzeg, a dumni właściciele mają jeszcze odwagę żądać za to pieniędzy. Bo znalazł jeden z drugim książkę na strychu u dziadka, albo po trzydziestu latach wyciągnął spod szafy, a ta zaczęła się chybotać, więc już wiadomo po co ktoś Dostojewskiego tam podłożył. Nie, nie chciałem takich książek, nazwijcie mnie wybrednym. I cierpliwym.

Czytaj dalej „Młokos – Fiodor Dostojewski”

Zwrotnik Raka – Henry Miller

Zwrotnik_RakaTak, Zwrotnik Raka to jedna z tych książek, które tu i tam, przez krótszy bądź dłuższy czas była zakazana. Tradycja i norma, można napisać. Dzisiaj nie stanowi to już żadnego problemu i z odrobiną samozaparcia mógłbym z takich książek skompletować osobną półkę na swoim regale, ale kiedyś trzeba było pojedyncze egzemplarze przemycać spoza kraju i w ogóle czytanie ich przypominało życie na krawędzi prawa. Ach, cóż to musiała być za ekscytacja wyciągnąć w miejscu publicznym zakazaną książkę i zacząć ją ostentacyjnie czytać. Zakładając, że kogokolwiek z otoczenia by to obeszło, bo – znając życie – pewnie nikogo. Znacznie większe poruszenie wywołałaby publiczna lektura nowego Kaczora Donalda, albo jakiegoś innego komiksu o superbohaterze w rajtuzach. Czysta brudna prawda. Wracając jednak do Millera: Zwrotnik Raka był zakazany w USA, oficjalnie z powodu wątków erotycznych rzekomo zbyt śmiałych, by kalać nimi tak piękną dziedzinę, jaką z pewnością jest literatura. I bardzo dobrze, bo kto to widział, by piękno cielesnego aktu miłosnego sprowadzać do ordynarnego ruchania czy też rżnięcia, no panie Miller, nie wypada być tak bezpośrednim. Tymczasem grono ówczesnych literatów było najwyraźniej innego zdania co do jakości powieści, a Ernest Hemingway brał osobisty udział w przemycie książki do kraju. No proszę, nie dość, że lubieżnik, to w dodatku przestępca.
Hm, zaraz zaraz, a może Zwrotnik Raka rzeczywiście reprezentuje sobą coś więcej niż osławiony oraz wyklęty erotyzm i warto dla niego posunąć się do nielegalnych czynów? Byłem tak zgorszony, że o takiej ewentualności nie pomyślałem.

Czytaj dalej „Zwrotnik Raka – Henry Miller”

Cyberiada – Stanisław Lem

CyberiadaMłode pokolenie może tego nie pamiętać, ale ja już kiedyś czytałem Lema – Solaris będąc dokładnym i byłem w zauważalnym stopniu rozczarowany lekturą. Nie wszystko mi tam zagrało w odpowiednim rytmie, choć ogromny potencjał autora nie uszedł mojej uwadze, więc Lema skreślać nie zamierzałem. Teraz, po blisko pięciu latach do niego wróciłem. Pod tamtym wpisem pojawiło się kilka komentarzy z propozycjami tytułów, z którymi powinienem spróbować: Niezwyciężony czy też Głos Pana. A co robię ja? Kupuję Cyberiadę, bo tak mną pokierował spontaniczny kaprys, a logika i rozsądek niech umierają w męczarniach. Cóż, przynajmniej w razie ponownego rozczarowania będę mógł winić wyłącznie siebie. Samego Lema przedstawiać bliżej chyba nie muszę, bo i bez tego uchodzi on za Dobro Narodowe. Coś w tym ogólnym uwielbieniu Lema jest, bo nawet ja i to jeszcze długo przed pierwszą lekturą, czułem do autora jakiś podskórny szacunek. Nie wiem, to jakaś magiczna sztuczka, czy coś? Zresztą nawet chłodno przeze mnie przyjęty Solaris nie odebrał Lemowi prestiżu w niczyich (nawet moich) oczach, więc pan Stanisław z pewnością musiał być potężnym czarodziejem, że dzieją się wokół niego takie cuda.

Czytaj dalej „Cyberiada – Stanisław Lem”

Moja walka: Księga trzecia – Karl Ove Knausgård

Moja walka 3Chyba popełniłem błąd. Nie trzeba było się porywać na opisywanie każdego tomu z osobna, bo teraz muszę iść za ciosem, zdać relację z Księgi trzeciej, a w perspektywie mam jeszcze kolejne trzy. Nie wiem o czym zamierzam w nich pisać, prawdopodobnie będę musiał wspiąć się na wyżyny improwizacji i wodolejstwa, a do tego dorzucić jakieś roznegliżowane fotki (ale nie swoje, bo szanuję wzrok czytelników bloga) i być może uda mi się kogokolwiek zainteresować tekstem. Ale nie martwmy się na zapas i zajmijmy się tymczasem tomem trzecim, w którym to przestaję Knausgårdowi w niektórych momentach wierzyć, chociaż na tę chwilę zostawię temat, ale obiecuję wrócić do niego później, ok? Bo czym jest cykl Moja walka to chyba nie muszę już nikomu tłumaczyć. Gdyby jednak: to autobiograficzna podróż przez życie i wspomnienia norweskiego pisarza – wyprawa pozbawiona stylistycznych ozdobników, boleśnie szczera, uderzająca prosto i celnie w bliskich autora, ale najczęściej w jego samego. Taki trochę literacki masochizm Knausgårda, a skoro ktoś się przede mną w ten sposób otwiera, to uznałem, że ludzki odruch wymaga, by poświęcić mu chwilę uwagi. Ale tylko chwilę, bo – umówmy się – ja nawet gościa nie znam osobiście, więc nie przesadzajmy z tą empatią.

Czytaj dalej „Moja walka: Księga trzecia – Karl Ove Knausgård”

Trzej muszkieterowie – Aleksander Dumas

trzej muszkieterowie2Muszkieterowie to taka profesja, która kojarzy się z galanterią, honorem, odwagą i obowiązkowo dostojnym wąsem, koniecznie i przy każdej okazji podkręcanym. Trochę dżentelmen o nienagannych manierach, ale trąć takiego przypadkiem w tramwajowym tłoku, albo w kolejce do mięsnego, to od razu dobywa szpady i aranżuje pojedynek na śmierć i życie. Nieważne, że potrąciłeś niechcący, bo tłok, a tramwajem zarzuciło – muszkieter tylko wtedy odzyska własną godność, jeśli przedziurawi szpadą agresora. Nic dziwnego, że fach wyginął. W ogóle jak tak czytałem tę powieść to z każdą chwilą coraz bardziej przekonywałem się, że ci muszkieterowie to musieli być w dużym stopniu upośledzeni umysłowo. Pewnie, że byli przystojni i skutecznie kręcili szpadami, ale poza tym zupełnie nie ogarniali jak działa funkcjonowanie w społeczeństwie. Nie wspominając już o tym, że mieli problem, by dłużej wytrwać w jakimkolwiek postanowieniu. Ale do pastwienia się nad tymi dzbanami jeszcze wrócę, bo to miał być tylko wstęp, gdzie nie powinienem być zbyt brutalny. Łagodnie więc zapraszam do dalszej lektury.

Czytaj dalej „Trzej muszkieterowie – Aleksander Dumas”

To, co ukryte – Laura Lippman

to-co-ukryteUf, udało się. Coraz trudniej poruszać się między kryminałami i jednocześnie unikać tych rodem ze Skandynawii i okolic. Doszło do tego, że trafiając na z rożnych względów interesujący mnie tytuł i towarzyszące mu nazwisko autora, które nic mi nie mówi, zaczynam powtarzać sobie w głowie: obyś tylko nie pochodził z Norwegii, Szwecji czy innej Islandii; obyś nie był jednym z tych, którzy mają na koncie prestiżowe miano Nowego Króla Skandynawskiego Kryminału. Że to niby taki zaszczyt i obligujący tytuł? Gdzie tam. Wystarczy, że napiszesz powieść z trupem (jeden obowiązkowy, ale wedle uznania można dorzucić mu towarzystwo) i najlepiej parą przekomarzających się nawzajem policjantów, którzy tropią mordercę, jednocześnie zmagając się przy tym z problemami natury osobistej. I gotowe, chcesz czy nie, potrafisz pisać czy nie, jesteś świeżo koronowanym monarchą gatunku, pogódź się z tym. To działa na tej samej zasadzie co przydzielanie pseudonimów przez dzieci w szkole: rudowłosy chłopak zawsze dostanie ksywę Rudy i koledzy zmuszeni siedzieć z nim w ławce będą ze zdwojoną uwagą pilnować swoich piórników, a w domu pytać rodziców, czy rudością można się zarazić, natomiast imię tego najbardziej pulchnego od dzisiaj brzmi Gruby i to właśnie on na lekcjach wuefu będzie bronił dostępu do bramki. Tak, dzieci są bezwzględne w swoim okrucieństwie wobec rówieśników i Laura Lippman najwyraźniej uznała, że warto zgłębić ich naturę.

Czytaj dalej „To, co ukryte – Laura Lippman”