Doktor Jekyll i pan Hyde – Robert Louis Stevenson

doktor-jekyll-i-pan-hydeTytułowi panowie są znani i ogólnie kojarzeni, bo Stevenson najwyraźniej miał szczęście do tworzenia dzieł, które ponad wiek później będą przytaczane w wielu kontekstach. No dobra, może przesadzam, ale już jego Wyspa skarbów uchodzi za wzór powieści pirackiej, a i o dżentelmenach z omawianej nowelki również chyba każdy słyszał. Śpiewali o nich Borysewicz z Kukizem, jeszcze w czasach, gdy ten drugi życzył sobie być nagrywanym, bo teraz jest z tym różnie. O bohaterach dzieła Stevensona wrzeszczał także Michał Wiśniewski z Ich Troje, próbując tym sposobem wyrazić miłość i wytłumaczyć nieprzewidywalność swoich zachowań. Doktor Jekyll i pan Hyde to kanoniczna opowieść grozy, która przez ostatni wiek została przerobiona i adaptowana na chyba każdy możliwy sposób. Parodie, musicale, romantyczne komedie – praktycznie w każdym nurcie i każdej dziedzinie znajdzie się coś inspirowane skromnym objętościowo dziełem Stevensona. To z automatu daje nam jakieś pojęcie o jakości powieści, choć oczywiście jeszcze nie gwarantuje, że Doktor Jekyll i pan Hyde nam się spodoba jako lektura. Niezależnie od gustów wypada jednak oddać Stevensonowi co stevensonowskie, bo swoją nowelką grozy wywarł ogromny wpływ na kulturę, również tę w wersji pop-. Puszczenie w obieg tej opowieści wywołało efekt śnieżnej kuli, bo przez lata narastały wokół niej kolejne warstwy, adaptacje, ekranizacje, hołdy i obecnie kula ta jest tak ogromna, że nie sposób jej przegapić, a przynajmniej usłyszeć jak się toczy skrzypiąc przy tym złowieszczo.

Czytaj dalej „Doktor Jekyll i pan Hyde – Robert Louis Stevenson”

Pobojowisko – Michael Crummey

pobojowiskoPo wrażeniach, jakie zostawiła po sobie wcześniejsza powieść autora (Dostatek; choć wcześniejszą jest ona jedynie w sensie ukazania się polskiego przekładu) było wyłącznie kwestią czasu, jak Crummey tu wróci. No i wrócił, zaskoczenia nic, null, nada. Jeśli wbić nazwisko kanadyjskiego pisarza w Google to wyskoczy nam portret gościa z fryzurą, jaką ja nosiłem w szkole podstawowej – w czasach kiedy włosy rosły mi wyłącznie na głowie i tego rodzaju uczesanie „na grzybka” (bądź „od salaterki”) było modne, a przynajmniej tak mi się wtedy wydawało. Crummey najwyraźniej na żaden podryw się nie wybiera i uznał, że nie musi być atrakcyjny. Nie żeby to było dla mnie ważne, bo nie jest, ale wróciły obrazy z przeszłości i uznałem, że o tym wspomnę. Ale przestając już oceniać pisarza po jego powierzchniowości przypomnę, że moje pierwsze wieczory zapoznawcze z Crummeyem przebiegały niezwykle okazale pod względem zaangażowania i czytelniczych emocji, których w Dostatku było… no, pod dostatkiem. Wtedy to nawiedził mnie ździebko zapomniany i zaniedbany duch realizmu magicznego – tego wspaniałego, klasycznie folklorystycznego, najbardziej intensywnego realizmu magicznego obecnego w choćby Stu latach samotności (że podrzucę taki modelowy przykład). I za ten powrót wrażeń byłem autorowi wdzięczny, podobnie jak teraz za powrót zmory kiepskiego uczesania. A co do zaproponowania ma Pobojowisko?

Czytaj dalej „Pobojowisko – Michael Crummey”

Szczygieł – Donna Tartt

szczygielMiędzy innymi Hemingway, Steinbeck, Faulkner, Philip Roth i teraz Donna Tartt. To znaczy nie teraz, bo już trzy lata temu, ale nie bądźmy tak drobiazgowi. To wszystko zdobywcy Nagrody Pulitzera w kategorii literackiej, więc grono co najmniej zacne, wąsate i brodate, tylko ta Tartt mi jakoś tam nie pasuje, nie tylko w kwestii zarostu. No, ale tak prestiżowego wyróżnienia nie wręczają chyba za nic, więc ten cały Szczygieł musi być piekielnie dobrą powieścią. Nie, przecież nie jestem aż tak naiwny by wierzyć, że jakakolwiek nagroda gwarantuje mi udaną lekturę, choć zaledwie udana byłaby w takim przypadku porażką, bo od laureatki Pulitzera wręcz wypada oczekiwać więcej. I w sumie sobie myślę, że takie przyznawanie nagród literackich to fajna fucha, bo konsekwencji ze złego wyboru prawie żadnych, a w razie krytyki zawsze można się zasłonić jakimiś żelaznymi formułkami w rodzaju „literacki głos pokolenia”, „uniwersalna opowieść o dojrzewaniu”, „mistrzowsko poprowadzona intryga” i trwać przy swoim, bo w końcu wszystko i tak sprowadzi się do gustów. Nam się podoba, innym nie musi. Psy poszczekają, karawana pojedzie dalej, a za rok i tak będzie głośno o kolejnym Pulitzerze, więc w sumie szkoda ryja strzępić. Ale tutaj ja rozdaję wyróżnienia i w razie porażki to ja będę się chował za oklepanymi sloganami, choć nie jestem najzręczniejszy w szermierce nimi. A Szczygłowi nagrody bym nie dał, mimo że nie dysponuję żadną. Ale nawet gdybym dysponował, to i tak bym nie dał. I handluj z tym.

Czytaj dalej „Szczygieł – Donna Tartt”

Statek – Stefán Máni

statekJeśli się nie mylę, to będzie najpewniej debiut literatury islandzkiej w moich rękach a zarazem tutaj. Nie żeby to był powód do szczególnego świętowania, czy też informacja warta zapamiętania. Ot, zwykła ciekawostka, że kolejny obszar na mapie świata mogę odhaczyć jako literacko odwiedzony. Choć trzeba przyznać, że przy okazji obyło się bez większych emocji, bo styl Mániego (uznajmy dla wygody, że tak się to odmienia) nieodzownie przywołuje skojarzenia z literaturą skandynawską, kryminałami konkretnie. Chociaż nie, bo z pewnością brakuje tutaj zblazowanego policjanta czy też detektywa z jakimś nałogiem, który mógłby z uporem prowadzić śledztwo. I dobrze, bo ta klisza powinna już męczyć każdego, kto miał styczność z gatunkiem. Statku nie wypada nawet określać kryminałem, bo zdecydowanie bliżej mu do thrillera, więc chyba pora byśmy porzucili te coraz częściej krzywdzące porównania. Zignorujemy nawet fakt, że powieść Mániego była nominowana do Glasnyckeln (w sensie: do Szklanego Klucza), a tego zaszczytu dostępują ponoć jedynie kryminały z krajów nordyckich. Do diabła, Máni! Ja próbuję cię tutaj bronić i nadać krztyny oryginalności, ale najwyraźniej wszystko się sprzysięgło przeciw nam. Będziemy jednak szli w zaparte i ustalmy: Statek jest thrillerem z własną, islandzką tożsamością i raczej nie pomylicie go z tabunem bliźniaczo podobnych do siebie skandynawskich kryminałów, spośród których coraz trudniej wyłowić jakąś perełkę.

Czytaj dalej „Statek – Stefán Máni”

Dziwna myśl w mej głowie – Orhan Pamuk

Dziwna-myslKiedyś podczas prywatki miałem okazję rozmawiać z pewnym Turkiem. Chociaż „rozmawiać” to chyba mało precyzyjne określenie, bo o ile jego angielski był na przyzwoitym poziomie, tak mojemu brakowało nieco obycia, treningu i umiejętności odnalezienia w pamięci niezbędnych aktualnie słów. No ale dogadywaliśmy się, bo spożyty alkohol już nie takie bariery społeczne przełamywał. I tak jakoś temat zszedł akurat na Pamuka, bo wtenczas byłem pod sporym wrażeniem jego Nazywam się Czerwień. Cmokając z uznaniem i stosując uniwersalny gest kciuka w górę próbowałem przekazać mojemu rozmówcy, że Pamuk to klawy koleś i fajnie mu wyszła powieść, na co mój gość zrobił skwaszoną minę i mówi coś w rodzaju: pisarz z niego dobry, ale miałem okazję z nim porozmawiać i okazał się mało sympatycznym arogantem. Pomijając już kwestię na ile opinia tego akurat Turka przekładała się na rzeczywistość, to początkowo byłem niemile zaskoczony, że Pamuk mógłby być bucem. Ale potem naszła mnie refleksja, że przecież nie na byciu miłym polega misja pisarza i nie za bycie sympatycznym go cenimy, bo większość z nas pozna go wyłącznie z jego dzieł. Pewnie: trochę niefajnie, że Pamuk jest burakiem, ale to w zasadzie nie mój problem, bo do łóżka nie zamierzam go zapraszać. Jakiś czas potem zaliczyłem nieudane podejście do lektury Śniegu. Nie. Ono nie było nieudane – to była katastrofa, bo Śnieg dołączył do niechlubnego grona powieści, których nie dokończyłem. Na długi czas Pamuk był dla mnie martwy literacko i wypadł z kręgu moich zainteresowań, a teraz uznałem, że pora dać mu kolejną szansę, bo przecież kiedyś spędziliśmy wspólnie kilka miłych wieczorów zabarwionych czerwienią. Okazja trafiła się dogodna, bo nie tak dawno temu ukazała się jego nowa powieść, więc sprawdźmy, co ten rzekomy gbur ma tym razem do przekazania czytelnikom.

Czytaj dalej „Dziwna myśl w mej głowie – Orhan Pamuk”

Martin Eden – Jack London

martin-edenFakt, że nikt już uczciwie nie bierze się za ponowne wydawanie powieści Jacka Londona (podobnie jak Hemingwaya) nie przestaje mnie zastanawiać. Mój egzemplarz Martina Edena (który jeszcze w 2015 roku dostałem od anonimowego Mikołaja/Mikołajki, więc przy okazji i z tego miejsca dziękuję) według ceny okładkowej kosztował 580 zł, co już samo w sobie wiele mówi o roku wydania. Może problem tkwi w czymś, o czym nie wiem, ale niepojętym dla mnie jest, by byli chętni na drukowanie wypocin Sashy Grey, a już tak mocne i kojarzone nazwiska jak London i Hemingway pozostawały poza kręgiem zainteresowań wydawców. No dobrze, akurat Sasha Grey to również nośne nazwisko, ale wiecie co mam na myśli – w tej chwili chodzi wyłącznie o poziom literacki. Tymczasem zarówno Ernesta jak i Jacka w księgarniach praktycznie nie uświadczysz. A jeśli już, to leżą tam jedynie w formie zakurzonych lektur z opracowaniem, albo audiobooków – pewnie dlatego, że lektur nikt nie czyta (a jeśli już, to z pewnością ich nie kupuje), a audiobooka łatwiej ukraść z Sieci. A ja bym sobie życzył nowe, tradycyjne wydanie dzieł wspomnianych panów, bo nie należę do grona czytelników, którzy tym bardziej czczą książkę, im dawniej została ona wydana. Wolę, gdy mi się nie rozpada w rękach podczas czytania. Więc komu mam zrobić dobrze ustami, aby się wreszcie wziął na poważnie za wydawanie takich klasyków?

Czytaj dalej „Martin Eden – Jack London”

Terror – Dan Simmons

terror1To są takie chwile, gdy nie do końca wiem jak zacząć, bo jeśli teraz nie ujarzmię rumaka emocji, to później czeka mnie jedynie niekontrolowany galop, który nie wiadomo jak i gdzie się zakończy. Spróbuję więc podejść do kwestii nieco na zimno i zaznaczę, że z Simmonsem mieliśmy raczej trudne początki, bo jego Hyperion nie zrobił na mnie większego wrażenia. Moja surowa opinia spotkała się wtenczas z zarzutami, że „chuja się znam”. Pamiętacie? Nie? Cóż, wystarczy, że ja zachowałem czułe wspomnienia z tego incydentu. Oczywiście nie odbieram wspomnianej krytyce racji, bo nigdy też nie twierdziłem, że się znam, ale ten argument nie sprawił jeszcze, że Hyperiona doceniłem (nadal jest mi dość obojętny). Potem Simmons próbował mnie zbałamucić Droodem i w tym przypadku poszło mu już znacznie, znacznie lepiej. Na tyle dobrze, że z miejsca zacząłem się rozglądać za kolejną lekturą jego autorstwa, jednak upatrzony przeze mnie Terror należał wtedy do tych trudno dostępnych powieści – jedynie używane egzemplarze, najczęściej nieciekawe wizualnie, a nic nie smuci mnie bardziej, jak zaniedbana książka, z której wypadają strony, gdy próbuję ją czytać. Bez kitu, nawet afrykańskie dzieci z wydętymi od głodu brzuszkami nie mają startu. Ale od kiedy w księgarniach ukazało się nowe wydanie nie było już wymówek i och, jak bardzo jestem wdzięczny przede wszystkim samemu sobie, że w końcu się skusiłem na lekturę.

Czytaj dalej „Terror – Dan Simmons”