Aliens: 30th Anniversary Edition – Mark Verheiden, Mark Nelson

aliensLubię uniwersum Obcego, choć należę do tego powszechnego rodzaju fanów, którzy uwielbiają jedynie pierwsze dwa, trzy filmy, resztę co najwyżej tolerując, a na te najnowsze wcielenia marki gotowi są splunąć. Ale zostawmy Hollywood, bo oni tam zajęci są teraz obmyślaniem kogo by tutaj jeszcze oskarżyć o molestowanie seksualne, bo przecież po dziesięciu latach nagle mi się przypomniało, że ktoś mnie kiedyś zmuszał do różnych rzeczy, ale wtedy wydawało mi się, że na tym polega robienie kariery i by sobie nie zaszkodzić w drodze na szczyt uznałem, że lepiej milczeć. Natomiast teraz jestem wielce oburzony. Skoro jednak już jesteśmy przy temacie, to komu muszę zrobić laskę, aby podszedł do marki Obcego jak należy? Szanse na to ponoć coraz mniejsze, w dodatku teraz, gdy Disney kupił sobie prawa, więc crossover Aliena z Myszką Miki staje się coraz bardziej prawdopodobny. Ech, na pocieszenie pozostaje znów obejrzeć oryginalną trylogię, która być może starzeje się wizualnie, ale swoją koncepcją i atmosferą wchłania widza do reszty. A ten komiks przeczytać w ramach przerwy między drugim i trzecim filmem. Zresztą Obcy 3 (tak przy okazji pisząc) mógł wyglądać zupełnie inaczej, bo scenariuszy było kilka, a za jeden (albo dwa) odpowiedzialny był sam Wiliam „Mistrz Cyberpunka” Gibson. Cholera, muszę przestać pisać o filmach i skoncentrować się na komiksie.

Czytaj dalej „Aliens: 30th Anniversary Edition – Mark Verheiden, Mark Nelson”

Reklamy

Na Wodach Północy – Ian McGuire

na wodach polnocyJejku, jejku, jakie pyszne porównania dostała ta powieść od łaskawych recenzentów. Mówi się, że to takie trochę Jądro ciemności, trochę Moby Dick, a poza nazwiskami Conrada i Melville’a przywołuje się też szacownego Charlesa Dickensa, więc McGuire towarzystwo ma nie od parady. Cóż, od tego w końcu są klasyki, by do nich porównywać i szukać wspólnych cech, a czas oraz kolejne pokolenia czytelników już ocenią czy było to uzasadnione. Tego rodzaju odniesienia to dla mnie zawsze dogodny punkt zaczepienia, by zacząć pisać notkę, bo wiecie, że stworzenie pierwszych akapitów jest najtrudniejsze i pełnią one rolę rozgrzewki, swoistej gry wstępnej zanim przejdę do penetrowania treści książki. Potem już jakoś leci. A dodanie do wpisu/recenzji nazwisk z klasy panów powyżej zawsze wywiera pozytywny efekt i tworzy wrażenie w rodzaju „ooo, ten to się musi na książkach znać, pewnie oczytany w światowej literaturze, że ze swadą szasta takimi nawiązaniami, fiu fiu”. I co z tego, że Moby Dicka nadal nie przeczytałem, bo czekam na godny mojej uwagi egzemplarz pozbawiony zbędnych udziwnień. To nic, że Conrad to dla mnie żaden autorytet, bo ominął mnie zachwyt podczas lektury Jądra ciemności. i nieważne, że Dickens jest u mnie na wiecznej liście TO DO i tylko dodaję do niej kolejne dzieła jego autorstwa, ale żadnego nie czytam. Więc McGuire nawet z takim wsparciem i wstawiennictwem starszych kolegów nie miał u mnie na starcie żadnej przewagi. Zaleta sytuacji jest taka, że wygórowanych oczekiwań też nie miałem.

Czytaj dalej „Na Wodach Północy – Ian McGuire”

Płomienna korona – Elżbieta Cherezińska

plomienna koronaKazano nam czekać, więc czekaliśmy, a pani Cherezińska pisała. I pisała. Nadal pisała. A kiedy Płomienna korona (trzeci i ostatni tom cyklu Odrodzone Królestwo) wreszcie trafiła na półki, wyjaśniło się dlaczego zajęło jej to tyle czasu. Zapełnienie około 1100 stron musiało trochę zająć, a przecież autorka miała w tym czasie na głowie również inne projekty, co tylko udowadnia jak wielozadaniowe potrafią być kobiety. No ale wreszcie jest: zwieńczenie trylogii Piastów, zawierające w swojej treści wydarzenia zmierzające do tego, że cykl finalnie zasłuży na swoją nazwę, a Królestwo Polskie stanie na nogach na tyle stabilnie, by wierzyć, że nie upadnie gdy tylko na chwilę odwrócimy wzrok. Naturalnie największym problemem przed lekturą było dla mnie przypomnienie sobie wątków i postaci z poprzednich tomów, wszak minęły trzy lata, a wspomnienia się nieco zatarły. Jednak odrobina riserczu, przegląd notatek (przewidując taką sytuację przygotowałem sobie ich więcej podczas lektury poprzedniego tomu), weryfikacja wpisów i wrażeń z tego blogaska – wreszcie sam sobie się na coś przydałem z tą pisaniną – i już: większość motywów i bohaterów wróciła w mojej pamięci przynajmniej na tyle, bym mógł bez obaw przyjrzeć się kolejnej koronie, tym razem płomiennej. A! Sss, parzy.

Czytaj dalej „Płomienna korona – Elżbieta Cherezińska”

Tarzan wśród małp – Edgar Rice Burroughs

tarzanTarzan to jednak był facet o jakim potajemnie marzy każda kobieta. Dziki, nieokrzesany, o idealnej muskulaturze, noszący swoją wybrankę serca w silnych ramionach, no i huśtający się na gałęziach drzew. W dodatku robiący to wszystko na golasa, a nie jak jakiś hipster w rurkach i szaliku. Już sobie wyobrażam jakim wzrokiem pożerałaby go każda kobieta, kurczę, sam bym go zjadł, połykając w całości. Kiedyś to były tarzany, dzisiaj już takich tarzanów nie ma, samo zapuszczenie brody i konto na Instagramie czy Snapie nie wystarczy. Burroughs stworzył jedną z tych postaci literackich, których dzisiaj znają wszyscy, nawet ci, którzy w życiu po książkę sięgnęli wyłącznie wtedy, by nią ubić karalucha. Tarzan jest bowiem stałym gościem popkultury i umówmy się, ale nie muszę tutaj nikomu go przedstawiać. Wielokrotnie zrobiono to już za mnie: filmów i bajek z udziałem Tarzana nie sposób zliczyć i każdy z pewnością trafił na kilka z nich. Jestem również prawie pewien, że kilka adaptacji porno by się znalazło, bo muskularne, nasmarowane oliwką ciało dzikusa aż się o to prosi. W komentarzach możecie wrzucać linki, gdybyście przypadkiem trafili na jakieś źródło, a póki co zajmę się powieścią Burroughsa, jeśli pozwolicie.

Czytaj dalej „Tarzan wśród małp – Edgar Rice Burroughs”

Wilk stepowy – Hermann Hesse

wilk stepowyProszę Państwa, chyba mamy zwycięzcę plebiscytu na pisarza, którego wolałbym nie poznawać osobiście. Nie żebym kiedykolwiek taki plebiscyt ogłaszał, ale – no wiecie – gdybym. Być może wyciągam pochopne wnioski i gdyby pogrzebać w temacie i otoczeniu pisarza głębiej to wszystkie moje obawy okazałyby się mylne, ale drążył nie będę, bo mi się nie chce. Zostawię to komuś, komu się będzie chciało. Moje odczucia na temat Hermana Hessego są natomiast takie, że to jeden z najbardziej przygnębiających autorów, z jakim miałem do czynienia. Poważnie, gdybym z nim spędził godzinę, albo dwie, to zapewne wpadłbym w taką depresję, że żadne rady w rodzaju „będzie dobrze” i żadne „zacznij uprawiać jakiś sport” by nie pomogły. Ale zawsze przynajmniej bawią. Jeśli prawdą jest, że Hesse własne odczucia i doświadczenia przeniósł na barki bohatera powieści – Harry’ego Hallera, to raczej nie ma czego zazdrościć żadnemu z panów. Bo znamiennym jest, by sam autor we własnym posłowiu poczuł potrzebę wytłumaczenia czytelnikowi, że Wilk stepowy nie jest opowieścią o upadku człowieka, ale jego uzdrowieniu. Serio, Hermann? Musiałeś to wyjaśniać? Dlaczego? Bo i tak wszyscy widzą w tej historii upadek, a nawet jeśli konkluzja w jakikolwiek sposób zwiastowałaby uzdrowienie, to i tak nie zmieni wydźwięku całej historii? Przecież czytelnik po kilku setkach stron jest na tyle przytłoczony ciemną naturą tej prozy, że szukanie w niej pozytywów przypomina przyklejanie plastra na złamanie otwarte. Albo pocieszenie z gatunku: operacja się powiodła, ale pacjent zmarł.

Czytaj dalej „Wilk stepowy – Hermann Hesse”

Sweetland – Michael Crummey

sweetlandUważam, że Michael Crummey zasługuje na więcej uwagi. Pomijam już pytanie czy on sam sobie tego życzy, bo pachnie mi tutaj typem odludka, ale pisarz tej klasy powinien być szeroko kojarzony, a najwyraźniej nie jest. I pisząc o klasie mam tutaj na myśli tę wysoką półkę, a jeśli nie szczytową, to jedną z najwyższych. Nie oznajmiam tego z pozycji jakiegoś literackiego arbitra, lecz osobistych odczuć, bo uwielbiam powieści i styl Crummeya. Imponuje mi jego wytrwałość w trzymaniu się brzegów Nowej Fundlandii, bo najwyraźniej ten człowiek ma swoją ojczyznę w sercu i duszy, więc po co miałby się stamtąd ruszać zarówno fizycznie, jak i pisarsko, skoro tam mu najlepiej. A ja mimo własnej woli zakodowałem sobie w głowie imperatyw: Nowa Fundlandia = Michael Crummey i kiedy nie tak dawno temu czytałem Zwariowaną łódkę Farleya Mowata to z tyłu głowy stale tłukł mi się Crummey, a podczas lektury rozpraszała mnie jakiegoś rodzaju tęsknota za jego prozą. Odczekałem kilka miesięcy i w towarzystwie odpowiedniego autora na odpowiednim miejscu ochoczo wróciłem na te niegościnne oraz surowe brzegi gęsto usiane rybackimi osadami. No, przynajmniej usiane kiedyś, bo Sweetland jest powieścią silnie osadzoną w bezwzględnej współczesności, gdzie pewne tradycje nie mają już prawa bytu i są skazane jeśli nie na wymarcie, to z pewnością na samotność. Ale Crummey stawia im piękny pomnik.

Czytaj dalej „Sweetland – Michael Crummey”

Młokos – Fiodor Dostojewski

MłokosTo zadziwiające, że tak bardzo za Dostojewskim tęskniłem. Kilka lat temu byłem zbyt zachłanny i łapczywy, bo na przestrzeni zaledwie kilku miesięcy przeczytałem od brodatego Rosjanina prawie wszystko, co polskie wydawnictwa miały do zaoferowania. I utknąłem z ręką w nocniku – chciałem więcej, pragnąłem jeszcze, ale nie za bardzo było co. Albo może inaczej. Lista potencjalnych lektur sprawiała wrażenie długiej, ale po odfiltrowaniu interesujących mnie pozycji i przejrzeniu na serwisach aukcyjnych ofert z nimi związanych odpuściłem. Bo nie jestem fanem starych książek. Nic nie sprawia mi w czytaniu większej przykrości, niż wypadająca z książki strona, dwie, trzydzieści, albo w ogóle rozklejający się egzemplarz. Zamiast bezstresowo czytać, to ja drżącymi dłońmi staram się utrzymać książkę w całości, a mój mglisty wzrok zaczynają przysłaniać łzy bezradności. I zniechęciłem się widząc na zdjęciach z allegro te wszystkie powieści Dostojewskiego, które przypominają coś, co morze wyrzuciło na brzeg, a dumni właściciele mają jeszcze odwagę żądać za to pieniędzy. Bo znalazł jeden z drugim książkę na strychu u dziadka, albo po trzydziestu latach wyciągnął spod szafy, a ta zaczęła się chybotać, więc już wiadomo po co ktoś Dostojewskiego tam podłożył. Nie, nie chciałem takich książek, nazwijcie mnie wybrednym. I cierpliwym.

Czytaj dalej „Młokos – Fiodor Dostojewski”