Paragraf 22 – Joseph Heller

paragraf-22Wielu już było takich pisarzy, którzy za punkt honoru obrali sobie, by w swoich powieściach ukazać bezsens i okrucieństwo wojny. Jakiejkolwiek. No bo w zasadzie każda wojna opiera się na okrucieństwie. Tak, nawet wojna nerwów, inaczej nie byłaby wojną. Czytamy więc lepsze lub gorsze historie z różnych frontów, opowieści z okopów tak namacalne, że czujemy błoto w ustach, a błota to tam akurat nie brakowało. Poznajemy wspomnienia obozowych więźniów, jesteśmy świadkami rozdzielania ukochanych i rodzin, najczęściej już na zawsze. Towarzyszymy bohaterom w tych rzadkich chwilach ciszy, spokoju między kolejnymi bitwami, które być może będą dla nich ostatnimi. Obserwujemy jak z kompanami jedzą posiłek, przekomarzają się, rozmawiają o ukochanych kobietach, dzieciach i rodzicach pozostawionych w domu, jak wędrują do nich myślami. A potem stopniowo – bądź nagle! – napięcie wzrasta, wreszcie dochodzi do starcia, chaos, tumult, oderwane kończyny, wiadro pełne okrucieństwa się przewraca, tworząc kałużę bólu i cierpienia, pozostanie po tym okropna plama. Bohater ginie lub nie (może dopiero w kolejnej bitwie). O jego śmierci będzie się mówiło z patosem, bez, lub wcale.
Znamy te i im podobne historie. Przewijają się tu i tam, często, gęsto. Zetknął się z nimi każdy, kto w życiu przeczytał coś więcej niż etykietę Domestosa albo proszku do prania podczas wizyty w toalecie. I tak, zgadliście – Paragraf 22 też jest o wojnie, sęk w tym, że trochę inaczej.

Czytaj dalej „Paragraf 22 – Joseph Heller”

Wspomnienia z martwego domu – Fiodor Dostojewski

wspomnienia z martwego domuDość niespodziewanie przebiegło moje ostatnie spotkanie z Fiodorem Dostojewskim. Przyznam, że nie tego się spodziewałem, ale przypuszczam, że sam jestem sobie winien, skoro przed lekturą rzadko kiedy czytam opinie innych. Gdybym czytał, to pewnie wiedziałbym, że Wspomnienia z martwego domu to odrobinę inny typ opowieści niż te, do których zdążyłem się u Dostojewskiego przyzwyczaić. Tutaj jest… cóż, dość kameralnie, oszczędnie i bez fabularnego rozmachu. Zresztą tytuł jest wymowny oraz adekwatny, bo wspomnienia mają to do siebie, że są fragmentaryczne i często osadzone samotnie gdzieś na linii czasu, oderwane od pozostałych. Trudno je połączyć w spójną całość, więc zazwyczaj stanowią tylko zbiór jakichś elementów, pojedynczych i kolorowych szkiełek witraża, niekoniecznie układających się w harmonijny czy kształtny obraz. Czasem to tylko kolekcja barwnych fragmentów, które łączy wyłącznie wspólna rama, temat. I nic w tym złego, a wręcz przeciwnie – taka mozaika też potrafi przyciągnąć wzrok i ma pełną rację bytu. Ma też niezaprzeczalną zaletę, że każdy jej wycinek jest samodzielną, autonomiczną cząstką  i – jeśli zajdzie taka potrzeba – mogą one funkcjonować w oderwaniu od pozostałych. Mój problem z tą książką jest taki, że na postawie wcześniejszych doświadczeń z Dostojewskim spodziewałem się pięknego witraża, w którym kolejne, rozmyślnie ułożone kolorowe szkiełka stworzą jednolity, intrygujący obraz, czytaj: spójną fabułę. Tymczasem otrzymałem jedynie pakiet różnego kształtu elementów wkomponowanych we wspólną ramę.
Czuję, że zbytnio popłynąłem z tymi grafomańskimi porównaniami rodem z warsztatu szklarskiego, ale za bardzo się natrudziłem, by to teraz po prostu skasować. Trudno, też mam wady.

Czytaj dalej „Wspomnienia z martwego domu – Fiodor Dostojewski”

Republika piratów – Colin Woodard

republika piratowTematyka i epoka piractwa morskiego zawsze mnie kręciła. Co prawda nie aż tak, bym na stronach z porno szukał tamtejszych wersji Piratów z Karaibów, bo strach pomyśleć co oni tam robią z tymi wszystkimi drewnianymi nogami i hakami zamiast dłoni, ale jednak kręciła. Ujmuje mnie tym temacie niemal wszystko, uwielbiam te widoki szalenie błękitnego morza, po którym bezszelestnie pod żaglami suną drewniane fortece, a potem następuje zgiełk bitwy, huk dział, wrzask abordażu. Uwielbiam czytać o tych charyzmatycznych i legendarnych osobistościach, którzy po wielu latach grabieży zapisali się w kartotece pirackich sław. Panowie (a w wyjątkowych przypadkach również panie) łatwo nie mieli, ale stosunek ryzyka do zysku był dla niektórych na tyle opłacalny, że innego życia mieć nie chcieli. Naturalnie z największą tęsknotą spoglądamy w kierunku tych bohaterów, którzy, mimo że często sprzeciwiali się literze prawa, to żyli przy tym w zgodzie z własnym, należycie działającym kompasem moralnym. Po stronie takich ludzi zawsze była i zawsze będzie sympatia czytelnika, bo zuchwałość z połączeniu z odwagą gwarantuje ciekawe przygody. I przy okazji mało atrakcyjne tatuaże kotwicy oraz nieprzyjemną, nagłą śmierć, ale nie psujmy od razu nastroju i póki co skupmy się może na przygodach, ok?

Czytaj dalej „Republika piratów – Colin Woodard”

Lincoln w Bardo – George Saunders

lincolnwbardoJa nie wiem, zachwycają się tym Saundersem od jakiegoś czasu, a będąc precyzyjniejszym, to od czasu, gdy ukazał się przekład Dziesiątego grudnia i polski czytelnik mógł na szerszą skalę zapoznać się z twórczością tego autora. Kiedy wszyscy byli już po lekturze, tu i tam było słychać brawa, a pośród aplauzu było nawet słychać pojedyncze okrzyki o kolejnym Królu Opowiadań. Iluż to mieliśmy tych monarchów i monarchiń krótkiej formy! Zapewne mogliby już założyć własne, autonomiczne państwo, a jego sąsiadem na mapie byłby prężnie rozwijający się kraj Nowych Królów i Królowych Skandynawskiego Kryminału, bo jego populacja stale rośnie, a berło codziennie jest w innych dłoniach. Przynajmniej sprawiedliwie. Opowiadania Saundersa miałem okazję czytać i muszę przyznać, że były całkiem niezłe, a niektóre wciągnęły mnie nawet bardziej, niż się spodziewałem. Ale w przypadku tej formy literackiej puentę mam zwykle taką samą: chętnie poczytałbym danego autora w wydaniu powieściowym, więc lepiej dla nich, żeby już zaczęli pisać. George Saunders z pewnością czytał moją poprzednią opinię i poczuł motywację, bo oto możemy cieszyć oczy jego powieściowym debiutem, w dodatku nie byle jakim, bo książka od razu zgarnęła Bookera i choć to zawsze pozostaje kwestią gustu, to jednak jest przynajmniej zwiastunem wyższej jakości. A to wszystko niewątpliwie dzięki mnie, więc nie ma za co, George.

Czytaj dalej „Lincoln w Bardo – George Saunders”

Conan Barbarzyńca – Robert E. Howard

conan barbarzyncaSzesnaście opowiadań, jedna powieść, do tego esej wprowadzający nas w realia historyczne fantastycznych ziem, na których toczy się akcja – to wszystko w jednym wydaniu, więc gdyby ktoś planował budować dom, to miałby z tego kolejną, niemałą przecież cegłę. Takie rozmiary książki mogą przerazić niedzielnego czytelnika oraz – według niektórych teorii – zaimponować płci przeciwnej. Była ta sławetna kampania „Nie czytasz? Nie idę z tobą do łóżka!”, której idei nie do końca rozumiem, bo przecież w łóżku czyta się najlepiej, a druga osoba tylko by przeszkadzała i rozpraszała uwagę, więc nie wiem po co mi tam ona. Bez sensu, podobnie jak całkowite wyrywanie sobie brwi tylko po to, by namalować nowe kredką. Ale co ja tam wiem, więc wróćmy już do Conana, w porządku? Aha, jeszcze tylko dodam, że gabaryty wydania tylko pozornie przytłaczają, bo czcionka jest duża jak w elementarzu, lektura idzie sprawnie, a szybkością przerzucanych kartek można nawet wytworzyć niewielki przeciąg, więc porzućcie obawy ci, którzy się lękacie, bo książka nie powinna zalegać miesiącami w niekończącej się fazie czytania i szybko staniecie twarzą w twarz ze znacznie większym problemem – jak znaleźć dla niej miejsce na i tak już ciasnych półkach regałów? Kurde, nie wiem, chyba zacznę je układać na podłodze, bo kto to widział żeby… Ale na Croma!, miało być o Conanie, już już.

Czytaj dalej „Conan Barbarzyńca – Robert E. Howard”

Dekorator – Boris Akunin

dekoratorTak, to znowu on. Erast Pietrowicz Fandorin, urzędnik szóstej rangi do specjalnych poruczeń przy moskiewskim generale-gubernatorze, kawaler rosyjskich i zagranicznych orderów. Nie zmyślam. Cytuję autora, a on przecież najlepiej wie o kim pisze. Nie oczekuję, że ktoś zacznie cykl od tego – szóstego już – tomu, ale być może jeśli będę wystarczająco natarczywy w promowaniu Fandorina to a nuż przybędzie mu czytelników, bo powtórzę i zacytuję siebie: warto. Każdy tom to mała perełka, ale różniąca się odrobinę odcieniem od pozostałych i finalnie, mam nadzieję, będzie z nich piękny naszyjnik. Promuje się te cykle skandynawskich i polskich kryminałów, bliźniaczo do siebie podobnych. W księgarniach zmuszony jestem omijać wzrokiem całe półki a niekiedy nawet regały poświęcone pojedynczym autorom, którzy mnie nie interesują, bo jestem świadomy, że gdybym chciał przeczytać wszystko od takiego Mroza, który najwyraźniej pisze szybciej, niż ja czytam, to musiałbym kartkować tylko jego twórczość, a w tak zaborcze układy i związki to ja wolę nie wchodzić. Tymczasem w tej samej księgarni, ale kilka metrów dalej, na skromnej powierzchni jednej z zakurzonych już półeczek stoją sobie niewielkie, niepozorne tomiki cyklu z Fandorinem. I nawet jeśli nie każdy z nich jest równie doskonały, to przynajmniej każdy stara się być zwięzły oraz inny od pozostałych. I póki co im się to udaje.

Czytaj dalej „Dekorator – Boris Akunin”

Droga królów – Brandon Sanderson

droga-krolowTrochę dobrego się o tym cyklu naczytałem, a przecież nawet nie szukałem o nim informacji i opinii. Sanderson pojawiał się jakoś przy okazji, w luźnym powiązaniu z aktualnym tematem dyskusji, niejako na uboczu, nieproszony, na krzywy ryj wręcz. A to ktoś wspomniał, że przeczytał kolejny tom cyklu i jest zachwycony, że Sanderson utrzymuje wysoką formę – powiedzmy, że brzmi to jak zachęta. Ktoś inny pytał o jakiś godny uwagi tytuł z gatunku fantasy i na proponowanej przez innych czytelników liście – mniej lub bardziej oryginalnej – zawsze zaplątała się gdzieś Droga królów, albo od razu cały cykl (Archiwum Burzowego Światła). Do kroćset fur beczki – pomyślałem – muszę w końcu tego Sandersona sprawdzić, bo nie odpuszczą. Tacy są najgorsi. Będą wiercić dziurę w brzuchu, wypominać, namawiać, póki nie ulegniesz. Nie teraz, to wrócą za tydzień, miesiąc, rok – to pewne jak poranny namiot. Siłą rzeczy zainteresowałem się więc lekturą, czyli blisko tysiącem stron pierwszego tomu, mając w perspektywie kolejne tysiące w kolejnych tomach. W dodatku notka na tylnej okładce nieszczególnie zachęca i brzmi po prostu banalnie, czytałem takich setki. Lepiej, żeby to było warte mojego czasu i wzroku, bo jeśli nie… to absolutnie nic na to nie poradzę.

Czytaj dalej „Droga królów – Brandon Sanderson”