Walet pikowy – Boris Akunin

walet-pikowyZapomnijcie o Sherlocku Holmesie, Herkulesie Poirot i przemieszczającym się na rowerze Ojcu Mateuszu. Erast Fandorin jest lepszy, fajniejszy, ciekawszy i zasługujący na więcej uwagi. Ja mu ją chętnie poświęcam, bo to już kolejna powieść cyklu, a ja w chwilach powątpiewania zaczynam zastanawiać się nad sensownością opisywania tutaj każdej z osobna. Jednak zacząłem to robić, a ponieważ obok zaczynania lubię też kończyć, więc póki co staram się trzymać postanowienia i rozbijam tutaj cykl na jego części składowe. Zobaczymy na ile wystarczy mi uporu, niczego nie obiecuję, ale przyda się kilka komentarzy w rodzaju „nie dasz rady”, abym miał motywację i na przekór niedowiarkom jednak dał radę. Naturalnie piszę to przy śmiałym, wręcz bezczelnym założeniu, że ktoś to w ogóle czyta i kogoś to w ogóle interesuje. Bo ja osobiście rzadko czytam w Sieci opinie innych (nie lubię sobie niczego sugerować), więc nie mam prawa tego wymagać od pozostałych. Koniec dygresji. Mogłem sobie na nią pozwolić, bo Walet pikowy jest krótką opowieścią, więc i wpis o niej będzie raczej telegraficzny.

Czytaj dalej „Walet pikowy – Boris Akunin”

Reklamy

Neuromancer – William Gibson

trylogia-ciaguPrzymierzałem się do tego Neuromancera, bo jak tego nie robić, skoro cały ten Gibson stale się przewija we wszelakich zestawieniach i opracowaniach. Pisze się o nim, że to twórca cyberpunku, a przynajmniej jeden z tych, którzy zapoczątkowali nurt w literaturze. Znacie to: bliższa lub dalsza przyszłość, Sztuczna Inteligencja, Cyberprzestrzeń, hakerzy, walczące o wpływy megakorporacje trzymające wszystkich i wszystko w szachu. Gatunek łączący wiedzę techniczną z wyobraźnią wykraczającą daleko poza trzy wymiary przestrzeni. Przymierzałem się więc, bo nieco mnie to pociągało i w końcu zdecydowałem, że biorę. Wziąłem Gibsona od razu w komplecie z całą Trylogią Ciągu (Neuromancer, Graf Zero, Mona Liza Turbo), bo co mi szkodzi i co sobie żałował będę. Przeczytałem część pierwszą (Neuromancera), zacząłem drugą i zrezygnowałem. Po dwóch dniach wróciłem, bo uznałem, że dodatkowa szansa się należy i zgadnijcie: dotarłem do połowy Grafa Zero, po czym zrezygnowałem ponownie, zapowiada się, że na stałe. Ale przynajmniej nikt mi nie zarzuci, że nie próbowałem.

Czytaj dalej „Neuromancer – William Gibson”

Mikrotyki – Paweł Sołtys

DrukowanieJeśli komuś nic nie mówi nazwisko autora, a pewnie znajdzie się wielu takich, to podpowiem, że Paweł Sołtys funkcjonuje od wielu lat na scenie artystycznej pod pseudonimem – również artystycznym – Pablopavo. Muzyk, autor piosenek. I jak, coś świta? Jeśli nadal nic, to pewnie dlatego, że obraca się on w sferze polskiego reggae, a wiadomo, że twór to dość specyficzny i używam bezpiecznego określenia „specyficzny”, bo nie chcę w tym miejscu obrażać ani twórców, ani fanów gatunku. Ale wiadomo, że trochę śmiech i chichot na sali. Z tego co widzę, Pablopavo przynajmniej nie nosi dredów, bo wtedy byłbym bezlitosny. Ale porzućmy już murzyńskie rytmy i pozytywne wajby; zajmijmy się tym, po co tutaj przyszliśmy, czyli literaturą, bo Pablopavo już jako Paweł Sołtys wydał zbiór opowiadań. W jednym z nich niejaki profesor Kruk nokautuje agresora tomem opowiadań Iwaszkiewicza, ale tomem opowiadań Sołtysa nikt nikogo by nie skrzywdził, bo to drobna książeczka do ogarnięcia w dwa wieczory, a jeśli się przyłożyć, to nawet w jeden. Więc i ten wpis będzie raczej krótki, bo nie chcę spędzić na pisaniu o Mikrotykach więcej czasu, niż zajęło mi ich czytanie. Rozumiecie, w czym rzecz – muszę zachować jakieś proporcje.

Czytaj dalej „Mikrotyki – Paweł Sołtys”

Zgroza w Dunwich i inne przerażające opowieści – H.P. Lovecraft

i-zgroza-w-dunwich-i-inne-przerazajace-opowiesciMaciej Płaza, autor najnowszego przekładu Lovecrafta na język polski twierdzi w swoim posłowiu, że poprzednie tłumaczenia nie należały do najlepszych. Jest przy tym bardzo dżentelmeński, kryguje się i nie nazywa rzeczy po imieniu, ale mniej zachowawczemu czytelnikowi łatwo wysnuć jeden istotny wniosek – wcześniejsze przekłady ssały pałkę. I ja mu wierzę, że ssały, bo wiele lat temu czytałem zbiór opowiadań Lovecrafta i pamiętam, że efekt był daleki od oczekiwań. Wtedy jedynie Widmo nad Innsmouth zrobiło na mnie odpowiednie wrażenie, ale coś czuję, że to wyłącznie zasługa samej struktury opowiadania i jego fabularnego napięcia, którego nawet kiepskie tłumaczenie nie zniweluje. Teraz przeczytałem Lovecrafta w nowym wydaniu; Lovecrafta lepszego; Lovecrafta sprawniej pobudzającego wyobraźnię, umiejętniej wprowadzającego czytelnika w atmosferę. Wreszcie Lovecrafta, którego światowy fenomen potrafię zrozumieć i który w dużym stopniu udzielił mi się podczas lektury. Najwyraźniej dopiero teraz autor doczekał się polskiego tłumacza, na którego zasługiwał i który będzie potrafił oddać w słowach urok tych kultowych już opowiadań. A ja będę mógł je docenić.

Czytaj dalej „Zgroza w Dunwich i inne przerażające opowieści – H.P. Lovecraft”

Kolej podziemna – Colson Whitehead

kolej-podziemnaTaaa. Jak by to ująć? Powieść Whiteheada ma dumny podtytuł Czarna krew Ameryki, bo dotyczy niechlubnych czasów niewolnictwa, gdy modnym było, aby być białym, mieć pole bawełny i liczną grupę Murzynów do jej zbierania. O tej książce było zresztą swego czasu dość głośno (m.in. Pulitzer 2017), a podobno jest to również ulubiona powieść Baracka Obamy i Oprah Winfrey. Cóż, kiedy ostatnio sprawdzałem, to oboje nadal byli czarni, więc nie wiem, na ile taką rekomendację traktować poważnie, bo rzecz wydaje się nieco naciągnięta. Podobnie, jak naciągnięta jest metaforyczna lina, na której teraz balansuję, gdy pod nią zieje przepaść rasizmu, więc taktycznie się wycofam. Ale sami przyznacie, że to lekko podejrzana sytuacja, bo oto powieść opowiadająca o ciemiężonej czarnoskórej rasie, autorstwa czarnoskórego pisarza, zachwalana na okładce przez wpływowe, acz wyłącznie czarnoskóre persony (plus przez reporterkę Gazety Wyborczej, ale to akurat żadna zachęta). Naturalne więc, że przed lekturą pęczniała we mnie obawa czy powieść ma szansę mi się spodobać, skoro jestem biały i taki być lubię. A teraz zrzucam już swój szpiczasty kaptur z wyciętymi dziurami na oczy, bo nie widzę w nim klawiatury i zerknijmy, co tam między stronami powieściowej Kolei podziemnej słychać.

Czytaj dalej „Kolej podziemna – Colson Whitehead”

Aliens: 30th Anniversary Edition – Mark Verheiden, Mark Nelson

aliensLubię uniwersum Obcego, choć należę do tego powszechnego rodzaju fanów, którzy uwielbiają jedynie pierwsze dwa, trzy filmy, resztę co najwyżej tolerując, a na te najnowsze wcielenia marki gotowi są splunąć. Ale zostawmy Hollywood, bo oni tam zajęci są teraz obmyślaniem kogo by tutaj jeszcze oskarżyć o molestowanie seksualne, bo przecież po dziesięciu latach nagle mi się przypomniało, że ktoś mnie kiedyś zmuszał do różnych rzeczy, ale wtedy wydawało mi się, że na tym polega robienie kariery i by sobie nie zaszkodzić w drodze na szczyt uznałem, że lepiej milczeć. Natomiast teraz jestem wielce oburzony. Skoro jednak już jesteśmy przy temacie, to komu muszę zrobić laskę, aby podszedł do marki Obcego jak należy? Szanse na to ponoć coraz mniejsze, w dodatku teraz, gdy Disney kupił sobie prawa, więc crossover Aliena z Myszką Miki staje się coraz bardziej prawdopodobny. Ech, na pocieszenie pozostaje znów obejrzeć oryginalną trylogię, która być może starzeje się wizualnie, ale swoją koncepcją i atmosferą wchłania widza do reszty. A ten komiks przeczytać w ramach przerwy między drugim i trzecim filmem. Zresztą Obcy 3 (tak przy okazji pisząc) mógł wyglądać zupełnie inaczej, bo scenariuszy było kilka, a za jeden (albo dwa) odpowiedzialny był sam Wiliam „Mistrz Cyberpunka” Gibson. Cholera, muszę przestać pisać o filmach i skoncentrować się na komiksie.

Czytaj dalej „Aliens: 30th Anniversary Edition – Mark Verheiden, Mark Nelson”

Na Wodach Północy – Ian McGuire

na wodach polnocyJejku, jejku, jakie pyszne porównania dostała ta powieść od łaskawych recenzentów. Mówi się, że to takie trochę Jądro ciemności, trochę Moby Dick, a poza nazwiskami Conrada i Melville’a przywołuje się też szacownego Charlesa Dickensa, więc McGuire towarzystwo ma nie od parady. Cóż, od tego w końcu są klasyki, by do nich porównywać i szukać wspólnych cech, a czas oraz kolejne pokolenia czytelników już ocenią czy było to uzasadnione. Tego rodzaju odniesienia to dla mnie zawsze dogodny punkt zaczepienia, by zacząć pisać notkę, bo wiecie, że stworzenie pierwszych akapitów jest najtrudniejsze i pełnią one rolę rozgrzewki, swoistej gry wstępnej zanim przejdę do penetrowania treści książki. Potem już jakoś leci. A dodanie do wpisu/recenzji nazwisk z klasy panów powyżej zawsze wywiera pozytywny efekt i tworzy wrażenie w rodzaju „ooo, ten to się musi na książkach znać, pewnie oczytany w światowej literaturze, że ze swadą szasta takimi nawiązaniami, fiu fiu”. I co z tego, że Moby Dicka nadal nie przeczytałem, bo czekam na godny mojej uwagi egzemplarz pozbawiony zbędnych udziwnień. To nic, że Conrad to dla mnie żaden autorytet, bo ominął mnie zachwyt podczas lektury Jądra ciemności. i nieważne, że Dickens jest u mnie na wiecznej liście TO DO i tylko dodaję do niej kolejne dzieła jego autorstwa, ale żadnego nie czytam. Więc McGuire nawet z takim wsparciem i wstawiennictwem starszych kolegów nie miał u mnie na starcie żadnej przewagi. Zaleta sytuacji jest taka, że wygórowanych oczekiwań też nie miałem.

Czytaj dalej „Na Wodach Północy – Ian McGuire”