Na Wodach Północy – Ian McGuire

na wodach polnocyJejku, jejku, jakie pyszne porównania dostała ta powieść od łaskawych recenzentów. Mówi się, że to takie trochę Jądro ciemności, trochę Moby Dick, a poza nazwiskami Conrada i Melville’a przywołuje się też szacownego Charlesa Dickensa, więc McGuire towarzystwo ma nie od parady. Cóż, od tego w końcu są klasyki, by do nich porównywać i szukać wspólnych cech, a czas oraz kolejne pokolenia czytelników już ocenią czy było to uzasadnione. Tego rodzaju odniesienia to dla mnie zawsze dogodny punkt zaczepienia, by zacząć pisać notkę, bo wiecie, że stworzenie pierwszych akapitów jest najtrudniejsze i pełnią one rolę rozgrzewki, swoistej gry wstępnej zanim przejdę do penetrowania treści książki. Potem już jakoś leci. A dodanie do wpisu/recenzji nazwisk z klasy panów powyżej zawsze wywiera pozytywny efekt i tworzy wrażenie w rodzaju „ooo, ten to się musi na książkach znać, pewnie oczytany w światowej literaturze, że ze swadą szasta takimi nawiązaniami, fiu fiu”. I co z tego, że Moby Dicka nadal nie przeczytałem, bo czekam na godny mojej uwagi egzemplarz pozbawiony zbędnych udziwnień. To nic, że Conrad to dla mnie żaden autorytet, bo ominął mnie zachwyt podczas lektury Jądra ciemności. i nieważne, że Dickens jest u mnie na wiecznej liście TO DO i tylko dodaję do niej kolejne dzieła jego autorstwa, ale żadnego nie czytam. Więc McGuire nawet z takim wsparciem i wstawiennictwem starszych kolegów nie miał u mnie na starcie żadnej przewagi. Zaleta sytuacji jest taka, że wygórowanych oczekiwań też nie miałem.

Czytaj dalej „Na Wodach Północy – Ian McGuire”