Śnieżka musi umrzeć – Nele Neuhaus

sniezka_musi_umrzec01Akurat kryminałów nie brakuje, ale to jeszcze nie znaczy, że łatwo pośród nich wyłowić te rzeczywiście udane. Bo ustalmy coś między sobą: większość z nich opiera się na podobnych zasadach, operuje bliźniaczym i niczym się niewyróżniającym językiem, a coś, co w jednym z nich było oryginalnym zabiegiem szybko staje się sztampowe, gdy jest wykorzystywane po raz trzeci i czwarty. Bo tylko kolonoskopia się nie nudzi i dostarcza równie wiele emocji zarówno za pierwszym, jak każdym kolejnym razem. Ale wszyscy chcą pisać kryminały (i piszą) toteż zakres pomysłów i pole manewru zawęża się w zastraszającym tempie, szczególnie gdy pisarz bądź pisarka poza niepowtarzalnym pomysłem na poprowadzenie intrygi (przynajmniej w swojej ocenie) nie posiada warsztatu, który wyróżniłby ich pisaninę między tysiącami innych kryminałów. Efekt? Dzieło takie rzadko kiedy daje rzeczywistą przyjemność z samego obcowania z literaturą i jest zaledwie formą, w której przekazuje się jakąś historię – formą prostą, pozbawioną ozdobników i tożsamości, aby broń Boże czytelnik się nie zniechęcił jakimś niebanalnym zagraniem, dygresją czy rozdzieleniem wątków. Nie twierdzę, że prostota jest zła, ale im więcej czytam w miarę współczesnych kryminałów, tym częściej mam wrażenie, że pisane są one w zbliżonej, bardzo do siebie podobnej, nieskomplikowanej manierze. Problem z tą ich prostotą zaczyna się wtedy, gdy nie wciągnie mnie wątek fabularny, bo bez angażującej czytelnika intrygi te kryminały nie mają nic, czym mogłyby wynagrodzić czas im poświęcony. Żadnego ciekawego zabiegu stylistycznego, żadnej „złotej myśli”, żadnej przyjemności z lektury, która – owszem – płynie wartko, ale zarazem nie pozostawia nic po sobie.

Czytaj dalej „Śnieżka musi umrzeć – Nele Neuhaus”

Czik – Wolfgang Herrndorf

czikZdarzyło mi się kilka razy siedzieć w ostatniej ławce, która była niczym innym, jak symbolem wygnania i wykluczenia z grupy. Oczywiście to nie reguła, ale jeśli banda okrutnych dzieci decydowała się już kogoś odizolować ze swojego społeczeństwa, to ten ktoś pokornie siadał w ostatniej ławce i tam w samotności mógł delektować się swoim nieszczęściem. Ja najczęściej zajmowałem ją z własnej i nieprzymuszonej woli, bo wtedy wydawało mi się, że jest to superfajne i luzackie. Natomiast w jednej z pierwszych klas miałem kolegę Rafała, który z racji swojego upośledzenia umysłowego i nieprzewidywalności w zachowaniu zawsze ostatnią ławkę miał na własność, a kiedy reszta uczniów (w tym niestety ja) trudziła się nad ćwiczeniami z matematyki czy środowiska, on – ten przeklęty szczęściarz! – dostawał do zabawy klocki LEGO, kolorowanki i gry planszowe. Uważałem, że to strasznie niesprawiedliwe, żałowałem nawet, że nie jestem upośledzony i rozważałem czy opłaci mi się upośledzonego udawać. Rafał najwyraźniej w układaniu klocków nie osiągał zadowalających rezultatów, bo jeszcze przed końcem roku został deportowany do szkoły specjalnej, gdzie w spokoju oraz daleko od nienawistnych spojrzeń mógł szlifować swoje umiejętności. I Czik jest w dużej mierze opowieścią o chłopcach „z ostatniej ławki” – indywidualnościach z jakiegoś powodu wykluczonych ze zwartej grupy rówieśników; chłopców uznanych za nudziarzy, biedaków i ofermy w sporcie (w ostatniej kolejności wybieranych do drużyny na WF-ie, po czym stawianych na bramce, a następnie bezlitośnie obijanych piłką). Nie muszę tłumaczyć, bo każdy wie w czym rzecz. Czyli tematyka trudnego dojrzewania, daleka od oryginalności, wałkowana tyle razy, że jest już wręcz przezroczysta jak zbyt cienkie ciasto na pizzę, ale bez zadzierania nosa jeszcze raz podjąłem wyzwanie, licząc jeśli nie na nowatorstwo, to chociaż na kilka zabawnych fragmentów.

Czytaj dalej „Czik – Wolfgang Herrndorf”

Chochoły – Wit Szostak

wit-szostak-chocholySam nie do końca wiedziałem, czego mogę i powinienem oczekiwać od twórczości Wita Szostaka. Nie żebym jakoś szczególnie gorliwie poszukiwał informacji na ten temat, ale te, na które przypadkowo trafiałem były tak mgliste, że aż wysuwałem dolną wargę i wzruszałem ramionami, bo wyjaśniały mi tyle co pyszne, soczyste nic. I znów musiałem zdać się na swój instynkt, nigdzie oparcia; przeklęty, nieprzydatny Internet. Naturalnie nie mogę jednocześnie zagwarantować, że poniższa opinia komukolwiek przyniesie coś dobrego, ale tego nikt i nigdy tutaj nie obiecywał. To chyba też najlepszy moment by się przyznać, że nie wiem od czego zacząć. Jak zacząć? Mógłbym spróbować określić gatunkową przynależność Chochołów, ale przypominałoby to zabawę w ciuciubabkę: zakładając, że uda się nam cokolwiek uchwycić, to jeszcze wypadałoby pomiętolić to w dłoniach, posmakować na podniebieniu i jakoś nadać temu imię. Tymczasem Szostak zaprasza nas do krakowskiej kamienicy, którą prawie w całości zaanektowała wielopokoleniowa familia Chochołów. Dziadkowie, babcie, matki, ojcowie, wujkowie, ciotki, kuzynki – do wyboru, wszyscy rozrzuceni po wielu piętrach jednego budynku. Nie zabraknie też kilku psów, bo psy są fajne. Gdzieś pośród tego tłumu postaci jest bohater i zarazem narrator opowieści: bezimienny reprezentant jednego z młodszych pokoleń, czujny obserwator nocnego życia Domu. Tak, Domu, bo idea scalenia w jednym miejscu niemałej przecież rodziny nie pozwala kamienicy nazywać inaczej, niż używając wielkiej litery. I tyle wypada wiedzieć na dobry początek. Podsumujmy więc wstępnie:

a) Dom;
b) liczna familia Chochołów;
c) nasz ździebko nieżyciowy bohater (byłoby mi łatwiej, gdyby jednak nadano mu jakieś imię, a niech cię, Wicie Szostaku!).

Ce zawarte w Be, zawarte w A.

Czytaj dalej „Chochoły – Wit Szostak”

Zamieć – Władimir Sorokin

zamiecSorokin? Nie znam człowieka. A ponoć jest to jeden z najwybitniejszych pisarzy współczesnej Rosji i pomimo rezerwy z jaką podchodzę do tego rodzaju sloganów, poczułem niewielki wstyd, że Sorokina nie kojarzę. Nie wydaje mi się, by sam Władimir miał mi to za złe, ale niesmak pozostał, bo literaturę rosyjską przecież uwielbiam, a to zobowiązuje mnie w moich własnych oczach. Popychany nagłym impulsem podrażnionej ambicji czym prędzej postanowiłem nadrobić straty, bo jakże to tak, tak nie można po prostu nie znać. Sposobność nadeszła odpowiednia, bo „Zamieć” nie należy do gatunku pożeraczy licznych wolnych wieczorów i przy sprzyjających okolicznościach można ją przeczesać wzrokiem w kilka godzin – jak to mówią meblarze – od deski, do deski. Ja nie tyle nie lubię krótkich powieści, ile zauważyłem że znacznie trudniej im mnie uwieść – nie bez powodu większość dzieł, które cenię  dobija do okolic tysiąca (i więcej) stron. A te poniżej trzystu, albo dwustu? Ledwo się zaczną, już trzeba wkładać buty i wychodzić, a nie zawsze krótka znajomość bywa tą reprezentatywną. Na bok jednak prywatne dylematy, które nie interesują nikogo poza mną. Chciałem tylko zaznaczyć, że nie sztuką jest utrzymać zainteresowanie czytelnika na krótko. Spróbujcie to zrobić przez pięćset i więcej stron – o, do tego trzeba mieć już talent. Więc o ile po lekturze „Zamieci” mogę stwierdzić, że coś tam Sorokina czytałem, tak z tezami, że znam i mam podstawy by oceniać jego twórczość – z tym bym się jeszcze zdecydowanie wstrzymał. No, mimo to spróbujmy, osłaniając oczy od sypiącego śniegu, przyjrzeć się tej „Zamieci”.

Czytaj dalej „Zamieć – Władimir Sorokin”

Król Bólu – Jacek Dukaj

krolbolu1Niby żyję na tym świecie już jakiś czas (niektórzy są zdania, że zbyt długo), niby nie powinno mnie dziwić, że nie wszystko idzie po mojej myśli i nie wszystko układa się tak, jak to zawczasu zaplanowałem. Ale mimo to – nie jestem z siebie do końca zadowolony. Czuję, że nie dałem z siebie wszystkiego, ale po prostu nie czułem się na siłach. Nie przebrnąłem przez całego „Króla Bólu” i długi czas będzie mnie to trapiło. W związku z tym, jeszcze bardziej znienawidziłem zbiory opowiadań. Za brak miejsca dla autora na rozwinięcie koncepcji i brak czasu dla czytelnika na zaangażowanie się w lekturę. Upraszczam i uogólniam, ale wyraźnie to odczułem w przypadku „Króla Bólu” właśnie. Ilekroć zaczynałem się pewnie poruszać w realiach danego opowiadania, te się kończyło i dupa blada, pogódź się z tym. Nie. Będę się buntował, bo w Dukaja lubię długo wchodzić (bez skojarzeń proszę) i lubię, gdy jest w co wchodzić. Lubię u niego przestrzeń, rozbudowanie – w krótkich formach jest dla mnie jak wałach przy rumaku. Nie zrozumcie mnie źle – to nadal kawał ponadprzeciętnej prozy, ale pragnę jakiejś spektakularnej historii na miarę „Lodu” i „Innych pieśni”, pragnę romansu z jakąś opasłą księgą, której trzymanie w dłoniach męczy nadgarstki, a która w zamian daje satysfakcję i sprawia, że szeroko otwieram oczy z zachwytu. „Król Bólu” to natomiast osiem dłuższych, lub krótszych opowiadań, które krystalizowały się w umyśle Dukaja w latach 1994-2010. Brzmi jak gratka dla fanów? Łe tam.

Czytaj dalej „Król Bólu – Jacek Dukaj”

Marzenie Celta – Mario Vargas Llosa

Czytałem artykuł na temat tej powieści i jej głównego bohatera – Rogera Casementa, postaci jak najbardziej autentycznej. Trzy zdania: „Dla świata – bojownik o prawa człowieka. Dla Irlandczyków – męczennik. Dla Anglików – zdrajca i pedał”.* Nie wypowiem się za innych, ale mnie to przekonało do lektury. No dobra, w zasadzie szalę przeważyło ostatnie zdanie, bo brzmi najbardziej intrygująco, ale dla kontrastu niech zostaną wszystkie. Zresztą nieważne, nie muszę się nikomu tłumaczyć. Nie oceniajcie mnie. Dla niektórych wystarczającym powodem powinno być, że Llosa uznał postać Casementa za fascynującą, podjął się szczegółowej analizy jego życia i stworzył na tej podstawie powieść. A jednak „Marzenie Celta” trudno wrzucić na półkę z biografiami, bo w książce aż roi się od śmiałych wniosków samego Llosy, opartych jedynie na poszlakach, a nie na twardo udokumentowanych zdarzeniach. Tam, gdzie życie Rogera Casementa stanowiło dla pisarza czarną plamę – czy to z powodu braku notatek z tamtego okresu, czy też w związku z wzajemnie wykluczającymi się informacjami – wtedy Llosa daje popis swoich umiejętności i płynnie splata fakty z własnymi, chwilami niezwykle odważnymi domysłami. Mieszanka ta zapewnia czytelnikowi godziny z na pewno interesującą lekturą, choć mającą swoje zarówno lepsze, jak i słabsze (niestety) momenty. Ale po kolei (jak powiedział Indianin, podkładając dynamit pod tory).

Czytaj dalej „Marzenie Celta – Mario Vargas Llosa”

Powiedz wszystko – Chuck Palahniuk

Wydawnictwo Niebieska Studnia metodycznie i konsekwentnie zmierza najwyraźniej do obranego celu, którym jest przełożenie i wydanie na polskim rynku wszystkich powieści Palahniuka. Do tej pory sprawy idą dobrym tempem, a sam Palahniuk zajmuje coraz większą przestrzeń na mojej półce, rozpychając się na boki grzbietami kolejnych książek. Czyli z ilością wszystko w jak najlepszym porządku, ale co z jakością? No, tutaj jest już znacznie gorzej, a fani twórczości Chucka mogą okazywać lekkie zniecierpliwienie, bo prawdą jest, że od czasu polskiego wydania „Opętanych” (podobno tak obrzydliwych, że niektórzy nie przebrnęli przez ich lekturę; ja tam nie zauważyłem) rodzimy czytelnik narażony był na raczej miałkie powieści tego charyzmatycznego pisarza. Zarówno „Niewidzialne potwory” jak i „Pigmej”, gdyby ukazały się pod nazwiskiem innego autora, byłyby co najmniej udanymi kawałkami prozy, ale w zestawieniu z „Fight clubem”, „Rozbitkiem”, „Udław się”, czy wspomnianymi „Opętanymi”, wypadają zaledwie przeciętnie, a nawet wyraźnie poniżej przeciętnej. Jednak zwolennicy stylu Palahniuka nie mają zamiaru zrezygnować z kolejnych ślepych prób i naiwnie czekają na powieść, która znów olśni ich blaskiem geniuszu autora. Czekam i ja.

Czytaj dalej „Powiedz wszystko – Chuck Palahniuk”