Droga królów – Brandon Sanderson

droga-krolowTrochę dobrego się o tym cyklu naczytałem, a przecież nawet nie szukałem o nim informacji i opinii. Sanderson pojawiał się jakoś przy okazji, w luźnym powiązaniu z aktualnym tematem dyskusji, niejako na uboczu, nieproszony, na krzywy ryj wręcz. A to ktoś wspomniał, że przeczytał kolejny tom cyklu i jest zachwycony, że Sanderson utrzymuje wysoką formę – powiedzmy, że brzmi to jak zachęta. Ktoś inny pytał o jakiś godny uwagi tytuł z gatunku fantasy i na proponowanej przez innych czytelników liście – mniej lub bardziej oryginalnej – zawsze zaplątała się gdzieś Droga królów, albo od razu cały cykl (Archiwum Burzowego Światła). Do kroćset fur beczki – pomyślałem – muszę w końcu tego Sandersona sprawdzić, bo nie odpuszczą. Tacy są najgorsi. Będą wiercić dziurę w brzuchu, wypominać, namawiać, póki nie ulegniesz. Nie teraz, to wrócą za tydzień, miesiąc, rok – to pewne jak poranny namiot. Siłą rzeczy zainteresowałem się więc lekturą, czyli blisko tysiącem stron pierwszego tomu, mając w perspektywie kolejne tysiące w kolejnych tomach. W dodatku notka na tylnej okładce nieszczególnie zachęca i brzmi po prostu banalnie, czytałem takich setki. Lepiej, żeby to było warte mojego czasu i wzroku, bo jeśli nie… to absolutnie nic na to nie poradzę.

Czytaj dalej „Droga królów – Brandon Sanderson”

Śnieżka musi umrzeć – Nele Neuhaus

sniezka_musi_umrzec01Akurat kryminałów nie brakuje, ale to jeszcze nie znaczy, że łatwo pośród nich wyłowić te rzeczywiście udane. Bo ustalmy coś między sobą: większość z nich opiera się na podobnych zasadach, operuje bliźniaczym i niczym się niewyróżniającym językiem, a coś, co w jednym z nich było oryginalnym zabiegiem szybko staje się sztampowe, gdy jest wykorzystywane po raz trzeci i czwarty. Bo tylko kolonoskopia się nie nudzi i dostarcza równie wiele emocji zarówno za pierwszym, jak każdym kolejnym razem. Ale wszyscy chcą pisać kryminały (i piszą) toteż zakres pomysłów i pole manewru zawęża się w zastraszającym tempie, szczególnie gdy pisarz bądź pisarka poza niepowtarzalnym pomysłem na poprowadzenie intrygi (przynajmniej w swojej ocenie) nie posiada warsztatu, który wyróżniłby ich pisaninę między tysiącami innych kryminałów. Efekt? Dzieło takie rzadko kiedy daje rzeczywistą przyjemność z samego obcowania z literaturą i jest zaledwie formą, w której przekazuje się jakąś historię – formą prostą, pozbawioną ozdobników i tożsamości, aby broń Boże czytelnik się nie zniechęcił jakimś niebanalnym zagraniem, dygresją czy rozdzieleniem wątków. Nie twierdzę, że prostota jest zła, ale im więcej czytam w miarę współczesnych kryminałów, tym częściej mam wrażenie, że pisane są one w zbliżonej, bardzo do siebie podobnej, nieskomplikowanej manierze. Problem z tą ich prostotą zaczyna się wtedy, gdy nie wciągnie mnie wątek fabularny, bo bez angażującej czytelnika intrygi te kryminały nie mają nic, czym mogłyby wynagrodzić czas im poświęcony. Żadnego ciekawego zabiegu stylistycznego, żadnej „złotej myśli”, żadnej przyjemności z lektury, która – owszem – płynie wartko, ale zarazem nie pozostawia nic po sobie.

Czytaj dalej „Śnieżka musi umrzeć – Nele Neuhaus”

Czik – Wolfgang Herrndorf

czikZdarzyło mi się kilka razy siedzieć w ostatniej ławce, która była niczym innym, jak symbolem wygnania i wykluczenia z grupy. Oczywiście to nie reguła, ale jeśli banda okrutnych dzieci decydowała się już kogoś odizolować ze swojego społeczeństwa, to ten ktoś pokornie siadał w ostatniej ławce i tam w samotności mógł delektować się swoim nieszczęściem. Ja najczęściej zajmowałem ją z własnej i nieprzymuszonej woli, bo wtedy wydawało mi się, że jest to superfajne i luzackie. Natomiast w jednej z pierwszych klas miałem kolegę Rafała, który z racji swojego upośledzenia umysłowego i nieprzewidywalności w zachowaniu zawsze ostatnią ławkę miał na własność, a kiedy reszta uczniów (w tym niestety ja) trudziła się nad ćwiczeniami z matematyki czy środowiska, on – ten przeklęty szczęściarz! – dostawał do zabawy klocki LEGO, kolorowanki i gry planszowe. Uważałem, że to strasznie niesprawiedliwe, żałowałem nawet, że nie jestem upośledzony i rozważałem czy opłaci mi się upośledzonego udawać. Rafał najwyraźniej w układaniu klocków nie osiągał zadowalających rezultatów, bo jeszcze przed końcem roku został deportowany do szkoły specjalnej, gdzie w spokoju oraz daleko od nienawistnych spojrzeń mógł szlifować swoje umiejętności. I Czik jest w dużej mierze opowieścią o chłopcach „z ostatniej ławki” – indywidualnościach z jakiegoś powodu wykluczonych ze zwartej grupy rówieśników; chłopców uznanych za nudziarzy, biedaków i ofermy w sporcie (w ostatniej kolejności wybieranych do drużyny na WF-ie, po czym stawianych na bramce, a następnie bezlitośnie obijanych piłką). Nie muszę tłumaczyć, bo każdy wie w czym rzecz. Czyli tematyka trudnego dojrzewania, daleka od oryginalności, wałkowana tyle razy, że jest już wręcz przezroczysta jak zbyt cienkie ciasto na pizzę, ale bez zadzierania nosa jeszcze raz podjąłem wyzwanie, licząc jeśli nie na nowatorstwo, to chociaż na kilka zabawnych fragmentów.

Czytaj dalej „Czik – Wolfgang Herrndorf”

Chochoły – Wit Szostak

wit-szostak-chocholySam nie do końca wiedziałem, czego mogę i powinienem oczekiwać od twórczości Wita Szostaka. Nie żebym jakoś szczególnie gorliwie poszukiwał informacji na ten temat, ale te, na które przypadkowo trafiałem były tak mgliste, że aż wysuwałem dolną wargę i wzruszałem ramionami, bo wyjaśniały mi tyle co pyszne, soczyste nic. I znów musiałem zdać się na swój instynkt, nigdzie oparcia; przeklęty, nieprzydatny Internet. Naturalnie nie mogę jednocześnie zagwarantować, że poniższa opinia komukolwiek przyniesie coś dobrego, ale tego nikt i nigdy tutaj nie obiecywał. To chyba też najlepszy moment by się przyznać, że nie wiem od czego zacząć. Jak zacząć? Mógłbym spróbować określić gatunkową przynależność Chochołów, ale przypominałoby to zabawę w ciuciubabkę: zakładając, że uda się nam cokolwiek uchwycić, to jeszcze wypadałoby pomiętolić to w dłoniach, posmakować na podniebieniu i jakoś nadać temu imię. Tymczasem Szostak zaprasza nas do krakowskiej kamienicy, którą prawie w całości zaanektowała wielopokoleniowa familia Chochołów. Dziadkowie, babcie, matki, ojcowie, wujkowie, ciotki, kuzynki – do wyboru, wszyscy rozrzuceni po wielu piętrach jednego budynku. Nie zabraknie też kilku psów, bo psy są fajne. Gdzieś pośród tego tłumu postaci jest bohater i zarazem narrator opowieści: bezimienny reprezentant jednego z młodszych pokoleń, czujny obserwator nocnego życia Domu. Tak, Domu, bo idea scalenia w jednym miejscu niemałej przecież rodziny nie pozwala kamienicy nazywać inaczej, niż używając wielkiej litery. I tyle wypada wiedzieć na dobry początek. Podsumujmy więc wstępnie:

a) Dom;
b) liczna familia Chochołów;
c) nasz ździebko nieżyciowy bohater (byłoby mi łatwiej, gdyby jednak nadano mu jakieś imię, a niech cię, Wicie Szostaku!).

Ce zawarte w Be, zawarte w A.

Czytaj dalej „Chochoły – Wit Szostak”

Zamieć – Władimir Sorokin

zamiecSorokin? Nie znam człowieka. A ponoć jest to jeden z najwybitniejszych pisarzy współczesnej Rosji i pomimo rezerwy z jaką podchodzę do tego rodzaju sloganów, poczułem niewielki wstyd, że Sorokina nie kojarzę. Nie wydaje mi się, by sam Władimir miał mi to za złe, ale niesmak pozostał, bo literaturę rosyjską przecież uwielbiam, a to zobowiązuje mnie w moich własnych oczach. Popychany nagłym impulsem podrażnionej ambicji czym prędzej postanowiłem nadrobić straty, bo jakże to tak, tak nie można po prostu nie znać. Sposobność nadeszła odpowiednia, bo „Zamieć” nie należy do gatunku pożeraczy licznych wolnych wieczorów i przy sprzyjających okolicznościach można ją przeczesać wzrokiem w kilka godzin – jak to mówią meblarze – od deski, do deski. Ja nie tyle nie lubię krótkich powieści, ile zauważyłem że znacznie trudniej im mnie uwieść – nie bez powodu większość dzieł, które cenię  dobija do okolic tysiąca (i więcej) stron. A te poniżej trzystu, albo dwustu? Ledwo się zaczną, już trzeba wkładać buty i wychodzić, a nie zawsze krótka znajomość bywa tą reprezentatywną. Na bok jednak prywatne dylematy, które nie interesują nikogo poza mną. Chciałem tylko zaznaczyć, że nie sztuką jest utrzymać zainteresowanie czytelnika na krótko. Spróbujcie to zrobić przez pięćset i więcej stron – o, do tego trzeba mieć już talent. Więc o ile po lekturze „Zamieci” mogę stwierdzić, że coś tam Sorokina czytałem, tak z tezami, że znam i mam podstawy by oceniać jego twórczość – z tym bym się jeszcze zdecydowanie wstrzymał. No, mimo to spróbujmy, osłaniając oczy od sypiącego śniegu, przyjrzeć się tej „Zamieci”.

Czytaj dalej „Zamieć – Władimir Sorokin”

Król Bólu – Jacek Dukaj

krolbolu1Niby żyję na tym świecie już jakiś czas (niektórzy są zdania, że zbyt długo), niby nie powinno mnie dziwić, że nie wszystko idzie po mojej myśli i nie wszystko układa się tak, jak to zawczasu zaplanowałem. Ale mimo to – nie jestem z siebie do końca zadowolony. Czuję, że nie dałem z siebie wszystkiego, ale po prostu nie czułem się na siłach. Nie przebrnąłem przez całego „Króla Bólu” i długi czas będzie mnie to trapiło. W związku z tym, jeszcze bardziej znienawidziłem zbiory opowiadań. Za brak miejsca dla autora na rozwinięcie koncepcji i brak czasu dla czytelnika na zaangażowanie się w lekturę. Upraszczam i uogólniam, ale wyraźnie to odczułem w przypadku „Króla Bólu” właśnie. Ilekroć zaczynałem się pewnie poruszać w realiach danego opowiadania, te się kończyło i dupa blada, pogódź się z tym. Nie. Będę się buntował, bo w Dukaja lubię długo wchodzić (bez skojarzeń proszę) i lubię, gdy jest w co wchodzić. Lubię u niego przestrzeń, rozbudowanie – w krótkich formach jest dla mnie jak wałach przy rumaku. Nie zrozumcie mnie źle – to nadal kawał ponadprzeciętnej prozy, ale pragnę jakiejś spektakularnej historii na miarę „Lodu” i „Innych pieśni”, pragnę romansu z jakąś opasłą księgą, której trzymanie w dłoniach męczy nadgarstki, a która w zamian daje satysfakcję i sprawia, że szeroko otwieram oczy z zachwytu. „Król Bólu” to natomiast osiem dłuższych, lub krótszych opowiadań, które krystalizowały się w umyśle Dukaja w latach 1994-2010. Brzmi jak gratka dla fanów? Łe tam.

Czytaj dalej „Król Bólu – Jacek Dukaj”

Marzenie Celta – Mario Vargas Llosa

Czytałem artykuł na temat tej powieści i jej głównego bohatera – Rogera Casementa, postaci jak najbardziej autentycznej. Trzy zdania: „Dla świata – bojownik o prawa człowieka. Dla Irlandczyków – męczennik. Dla Anglików – zdrajca i pedał”.* Nie wypowiem się za innych, ale mnie to przekonało do lektury. No dobra, w zasadzie szalę przeważyło ostatnie zdanie, bo brzmi najbardziej intrygująco, ale dla kontrastu niech zostaną wszystkie. Zresztą nieważne, nie muszę się nikomu tłumaczyć. Nie oceniajcie mnie. Dla niektórych wystarczającym powodem powinno być, że Llosa uznał postać Casementa za fascynującą, podjął się szczegółowej analizy jego życia i stworzył na tej podstawie powieść. A jednak „Marzenie Celta” trudno wrzucić na półkę z biografiami, bo w książce aż roi się od śmiałych wniosków samego Llosy, opartych jedynie na poszlakach, a nie na twardo udokumentowanych zdarzeniach. Tam, gdzie życie Rogera Casementa stanowiło dla pisarza czarną plamę – czy to z powodu braku notatek z tamtego okresu, czy też w związku z wzajemnie wykluczającymi się informacjami – wtedy Llosa daje popis swoich umiejętności i płynnie splata fakty z własnymi, chwilami niezwykle odważnymi domysłami. Mieszanka ta zapewnia czytelnikowi godziny z na pewno interesującą lekturą, choć mającą swoje zarówno lepsze, jak i słabsze (niestety) momenty. Ale po kolei (jak powiedział Indianin, podkładając dynamit pod tory).

Czytaj dalej „Marzenie Celta – Mario Vargas Llosa”

Powiedz wszystko – Chuck Palahniuk

Wydawnictwo Niebieska Studnia metodycznie i konsekwentnie zmierza najwyraźniej do obranego celu, którym jest przełożenie i wydanie na polskim rynku wszystkich powieści Palahniuka. Do tej pory sprawy idą dobrym tempem, a sam Palahniuk zajmuje coraz większą przestrzeń na mojej półce, rozpychając się na boki grzbietami kolejnych książek. Czyli z ilością wszystko w jak najlepszym porządku, ale co z jakością? No, tutaj jest już znacznie gorzej, a fani twórczości Chucka mogą okazywać lekkie zniecierpliwienie, bo prawdą jest, że od czasu polskiego wydania „Opętanych” (podobno tak obrzydliwych, że niektórzy nie przebrnęli przez ich lekturę; ja tam nie zauważyłem) rodzimy czytelnik narażony był na raczej miałkie powieści tego charyzmatycznego pisarza. Zarówno „Niewidzialne potwory” jak i „Pigmej”, gdyby ukazały się pod nazwiskiem innego autora, byłyby co najmniej udanymi kawałkami prozy, ale w zestawieniu z „Fight clubem”, „Rozbitkiem”, „Udław się”, czy wspomnianymi „Opętanymi”, wypadają zaledwie przeciętnie, a nawet wyraźnie poniżej przeciętnej. Jednak zwolennicy stylu Palahniuka nie mają zamiaru zrezygnować z kolejnych ślepych prób i naiwnie czekają na powieść, która znów olśni ich blaskiem geniuszu autora. Czekam i ja.

Czytaj dalej „Powiedz wszystko – Chuck Palahniuk”

Pióropusz – Marian Pilot

Wychodzę z założenia, że choćbym nie wiem jak mocno sceptycznie był nastawiony do wszelakich nagród i wyróżnień w dziedzinie literatury, to są one mimo wszystko pewnym wyznacznikiem i alegorycznym neonowym, oczojebnym kierunkowskazem „zwróć na to uwagę”. Przy takiej postawie niewiele mam do stracenia, bo zachodzi tutaj klasyczna sytuacja zwana naukowo „tak czy srak – ja wygrywam”. Wszak jeśli powieść mi się spodoba, to zyskuję udaną lekturę, na którą nigdy nie żałuję wzroku. Natomiast jeśli buńczucznie nagradzany kawałek prozy okaże się, w moim skromnym mniemaniu, padliną literacką to zyskuję kolejny argument, by pogardzać wyróżnieniami, a mój sceptycyzm i cynizm syci się jakże kaloryczną pożywką. Marian Pilot jest świeżo usmażonym laureatem nagrody Nike, co zapewnia mu towarzystwo takich osobistości jak Czesław Miłosz, Wiesław Myśliwski, Tadeusz Różewicz, czy Olga Tokarczuk między innymi, kolejność alfabetyczna, żeby nie było, że kobiety przodem nie puściłem. Grono zacne i zobowiązujące, ale pan Marian prezentuje się ze swoim „Pióropuszem” całkiem atrakcyjnie i na pewno nie ma się czego wstydzić.

Czytaj dalej „Pióropusz – Marian Pilot”

Synowie boga – M.D. Lachlan

M.D. Lachlan nie istnieje. Zjawisko przybierania sobie pisarskich pseudonimów jest dosyć powszechne. Mark Barrowcliffe, dotychczas szerzej (choć nie tak znowu szeroko, bo ja pierwsze słyszę) znany z powieści spoza nurtu fantastyki, postanowił nieco urozmaicić sobie życie i stworzyć coś w tymże gatunku. Pomysł z pseudonimem wynika z tego, jak sam przyznał, że nie chciał dezorientować czytelników, spodziewających się po „Synach boga” kolejnej ukierunkowanej na komedię powieści. Bardzo altruistyczne z jego strony, ale nie oszukujmy się – w Polsce wszyscy czterej fani jego twórczości jakoś by to przełknęli, więc dla nas nie ma to większego znaczenia. Mając na uwadze wcześniejszy dorobek i zajęcie Lachlana (był z zawodu i jest z natury komikiem), czytelnik mógłby spodziewać się nieco swobodniejszego podejścia do gatunku – kpiącego ze schematów, zabawnego, czasem nawet uderzającego w parodiującą strunę. Tymczasem, borem, lasem, Lachlanowi zachciało się mrocznego fantasy, więc swoją uwagę skierował w stronę mitologii nordyckiej. Posunięcie ze wszech miar słuszne, bo trudno o bardziej posępny i ponury zbiór mitów, niż te z Krajów północnych, przy których greckie oraz rzymskie wydają się baśniowo infantylne (choć sam je uwielbiam i cenię, szczególnie te z Hellady). Wszak bogowi śmierci i zniszczenia – Lokiemu – oraz jego statkowi zbudowanemu z paznokci umarłych, trudno odmówić osobistego uroku, a to zaledwie przykład z ujmująco sympatycznej i zapewne nieco niedocenianej mitologii nordyckiej. Za dobór tematyki Lachlan ma u mnie plusa wielkiego, jak krzyż z Krakowskiego Przedmieścia.

Czytaj dalej „Synowie boga – M.D. Lachlan”

Balladyny i romanse – Ignacy Karpowicz

Może najsampierw poruszę zagadnienie fabuły, bo wolałbym mieć to za sobą i już do niej szczególnie obszernie nie nawiązywać w przyszłości. Nie dlatego, że mnie ona boli, czy sprawia przykrość. Po prostu jest tak niewytłumaczalna w paru zdaniach, że mnie onieśmiela. Trudno traktować ją poważnie – najtrafniej określają ją pojęcia absurdu i  głupkowatości, ale w tym całkowicie pozytywnym znaczeniu. Ciężko wszak nie uśmiechnąć się mimowolnie, gdy dowiadujemy się, iż bogowie postanawiają zamknąć Niebo (Piekło już dawno zamknęli – nie kalkulowało się ideologicznie) i zstąpić na Ziemię, między szarych ludzi – Polaków (nasz kraj był akurat w promocji). Nie trzeba być szczególnie domyślnym czytelnikiem, by przewidzieć, że wywoła to wiele zamieszania i niecodziennych sytuacji, szczególnie w życiu tych wybranych rodaków, którzy nieświadomie staną się świadkami objawienia boskiego – i nie mam tutaj na myśli byle grzyba na ścianie, tworzącego sylwetkę Jezusa „Zbawcy Ludzkości” Chrystusa. Całe podstawowe założenie fabularne już „na surowo” brzmi mocno bzdurnie oraz ryzykownie, bo łatwo z niego niezauważalnie przeskoczyć w kicz i tanią, nie trzymającą się kupy parodię, jeśli tylko autor nieumiejętnie stylistycznie poprowadzi treść. Niezbędny jest w takim przypadku naturalny balans, aby bezustannie czytelnika frapować i bawić, jednocześnie nie męcząc go lawiną suchych żartów, anegdot oraz wyświechtanych motywów (do dzisiaj mam w sercu ranę, którą zadał mi Daniel Koziarski w swoich „Kronikach socjopaty” – zbiorze zaaranżowanych na nowo dowcipów, legend miejskich i oklepanych, przewidywalnych skeczów).
I Ignacy Karpowicz wywiązał się z tego zadania brawurowo. Uf.

Czytaj dalej „Balladyny i romanse – Ignacy Karpowicz”

Good night, Dżerzi – Janusz Głowacki

Tak, przed lekturą „Good night, Dżerzi” proponuję przeczytać „Malowanego ptaka”. Opcjonalnie „Wystarczy być”, ale niekoniecznie. Potęguje to doznania płynące z lektury powieści Głowackiego, bo kontrowersyjny debiut literacki Kosińskiego (Malowany ptak), który przyniósł mu sławę, obficie się tutaj objawia, jest sporo odniesień do jego treści oraz subtelnych smaczków, nieuchwytnych dla kogoś, kto nie miał styczności z powieścią. To tak tytułem wstępu, bo może ktoś się zastanawiał.
Głowacki nie chciał i nie stworzył biografii Kosińskiego w tradycyjnym tego słowa znaczeniu. Ciężko mianowicie zdać relację z czegoś, co było jedną wielką mistyfikacją, a po śmierci Jurka pozostaje od blisko dwóch dekad ciągiem wielu zdarzeń, z mnóstwem białych plam pomiędzy nimi. Głowacki uderzył więc nieco z innej strony – stworzył scenariusz filmu o Kosińskim. Obrazu, który opowiada kolejne epizody z cyklu „to mogło tak wyglądać, ale nie ma dowodów, że rzeczywiście wyglądało”. Głowacki, jako narrator powieści, zmaga się z próbami wykorzystania i urzeczywistnienia scenariusza; my fragmenty życiorysu Kosińskiego obserwujemy z perspektywy planu filmowego, a tam jest mrocznie i bezkompromisowo. Seks, prostytutki, KGB, geje, transseksualiści, mafia, heroina, tajne kluby sadomaso i parę innych, jakże chwytliwych słówek. Pomimo faktu, że tylko część z tych atrakcji jest rzeczywista, a pozostałe stanowią element autokreacji Dżerziego, to czy z takiego zestawu rozrywek mogło dla niego wyniknąć coś dobrego, poza wielokrotnym orgazmem? Czytelnik zaznajomiony z życiem Kosińskiego wie, do czego historia zmierza. Zadaje sobie wtedy pytanie, czy przy okazji pociągnie on za sobą kogoś na dno?

Czytaj dalej „Good night, Dżerzi – Janusz Głowacki”