Kolej podziemna – Colson Whitehead

kolej-podziemnaTaaa. Jak by to ująć? Powieść Whiteheada ma dumny podtytuł Czarna krew Ameryki, bo dotyczy niechlubnych czasów niewolnictwa, gdy modnym było, aby być białym, mieć pole bawełny i liczną grupę Murzynów do jej zbierania. O tej książce było zresztą swego czasu dość głośno (m.in. Pulitzer 2017), a podobno jest to również ulubiona powieść Baracka Obamy i Oprah Winfrey. Cóż, kiedy ostatnio sprawdzałem, to oboje nadal byli czarni, więc nie wiem, na ile taką rekomendację traktować poważnie, bo rzecz wydaje się nieco naciągnięta. Podobnie, jak naciągnięta jest metaforyczna lina, na której teraz balansuję, gdy pod nią zieje przepaść rasizmu, więc taktycznie się wycofam. Ale sami przyznacie, że to lekko podejrzana sytuacja, bo oto powieść opowiadająca o ciemiężonej czarnoskórej rasie, autorstwa czarnoskórego pisarza, zachwalana na okładce przez wpływowe, acz wyłącznie czarnoskóre persony (plus przez reporterkę Gazety Wyborczej, ale to akurat żadna zachęta). Naturalne więc, że przed lekturą pęczniała we mnie obawa czy powieść ma szansę mi się spodobać, skoro jestem biały i taki być lubię. A teraz zrzucam już swój szpiczasty kaptur z wyciętymi dziurami na oczy, bo nie widzę w nim klawiatury i zerknijmy, co tam między stronami powieściowej Kolei podziemnej słychać.

Czytaj dalej „Kolej podziemna – Colson Whitehead”

Na Wodach Północy – Ian McGuire

na wodach polnocyJejku, jejku, jakie pyszne porównania dostała ta powieść od łaskawych recenzentów. Mówi się, że to takie trochę Jądro ciemności, trochę Moby Dick, a poza nazwiskami Conrada i Melville’a przywołuje się też szacownego Charlesa Dickensa, więc McGuire towarzystwo ma nie od parady. Cóż, od tego w końcu są klasyki, by do nich porównywać i szukać wspólnych cech, a czas oraz kolejne pokolenia czytelników już ocenią czy było to uzasadnione. Tego rodzaju odniesienia to dla mnie zawsze dogodny punkt zaczepienia, by zacząć pisać notkę, bo wiecie, że stworzenie pierwszych akapitów jest najtrudniejsze i pełnią one rolę rozgrzewki, swoistej gry wstępnej zanim przejdę do penetrowania treści książki. Potem już jakoś leci. A dodanie do wpisu/recenzji nazwisk z klasy panów powyżej zawsze wywiera pozytywny efekt i tworzy wrażenie w rodzaju „ooo, ten to się musi na książkach znać, pewnie oczytany w światowej literaturze, że ze swadą szasta takimi nawiązaniami, fiu fiu”. I co z tego, że Moby Dicka nadal nie przeczytałem, bo czekam na godny mojej uwagi egzemplarz pozbawiony zbędnych udziwnień. To nic, że Conrad to dla mnie żaden autorytet, bo ominął mnie zachwyt podczas lektury Jądra ciemności. i nieważne, że Dickens jest u mnie na wiecznej liście TO DO i tylko dodaję do niej kolejne dzieła jego autorstwa, ale żadnego nie czytam. Więc McGuire nawet z takim wsparciem i wstawiennictwem starszych kolegów nie miał u mnie na starcie żadnej przewagi. Zaleta sytuacji jest taka, że wygórowanych oczekiwań też nie miałem.

Czytaj dalej „Na Wodach Północy – Ian McGuire”

Król – Szczepan Twardoch

krolKiedy tylko Szczepan Twardoch postanowił, że jednym z ważniejszych motywów jego nowej powieści będzie boks, w tym samym momencie zorientował się, że tak naprawdę o boksie nie wie nic. Co robi w takiej sytuacji stereotypowy intelektualista i literat? Idzie do księgarni bądź biblioteki, zaopatruje się w kilka, a nawet kilkanaście książek o boksie, wraca do domu i zaczyna czytać. Je jajecznicę i czyta. Wychodzi do kawiarni gdzie przy pączku i filiżance kawy czyta biografie pięściarzy. Ogląda filmy dokumentalne dotyczące boksu. Zapoznaje się z archiwalnymi walkami (a jest ich sporo, bo w świecie boksu co roku odbywają się przynajmniej dwie Walki Stulecia). Czyta, ogląda, słucha, a potem siada do pisania. A co robi Szczepan Twardoch, gdy uzmysławia sobie, że chciałby pisać wiarygodnie o boksie? Zapisuje się do bokserskiego klubu na treningi, uczęszcza na nie regularnie, ćwiczy, na własnej skórze poznając poetykę tego sportu i pozwala, by lepsi od niego obijali mu twarz na ringu. No, to się nazywa zaangażowanie, ambicja i odpowiednie podejście. Co ciekawe, sam Twardoch twierdzi, że odnalazł w tych treningach ogromną przyjemność, romantyzm wręcz, więc o żadnym przymusie nie może być mowy. Nie jest on zresztą pierwszym pisarzem, który dał się uwieść pięściarstwu, a takie mało znane nazwisko jak Ernest Hemingway będzie chyba tego najlepszym przykładem. Nasz rodzimy Twardoch trenował (może nadal trenuje; prośba do jego sparing partnerów: nie zepsujcie go, bo polska literatura na tym straci), czasem obijał mordy innym, czasem sam blokował ciosy twarzą, a potem brał prysznic i siadał pisać Króla. Sprawdźmy czy liczne wstrząśnienia czaszki dobrze służą twórczości pisarskiej.

Czytaj dalej „Król – Szczepan Twardoch”