Lincoln w Bardo – George Saunders

lincolnwbardoJa nie wiem, zachwycają się tym Saundersem od jakiegoś czasu, a będąc precyzyjniejszym, to od czasu, gdy ukazał się przekład Dziesiątego grudnia i polski czytelnik mógł na szerszą skalę zapoznać się z twórczością tego autora. Kiedy wszyscy byli już po lekturze, tu i tam było słychać brawa, a pośród aplauzu było nawet słychać pojedyncze okrzyki o kolejnym Królu Opowiadań. Iluż to mieliśmy tych monarchów i monarchiń krótkiej formy! Zapewne mogliby już założyć własne, autonomiczne państwo, a jego sąsiadem na mapie byłby prężnie rozwijający się kraj Nowych Królów i Królowych Skandynawskiego Kryminału, bo jego populacja stale rośnie, a berło codziennie jest w innych dłoniach. Przynajmniej sprawiedliwie. Opowiadania Saundersa miałem okazję czytać i muszę przyznać, że były całkiem niezłe, a niektóre wciągnęły mnie nawet bardziej, niż się spodziewałem. Ale w przypadku tej formy literackiej puentę mam zwykle taką samą: chętnie poczytałbym danego autora w wydaniu powieściowym, więc lepiej dla nich, żeby już zaczęli pisać. George Saunders z pewnością czytał moją poprzednią opinię i poczuł motywację, bo oto możemy cieszyć oczy jego powieściowym debiutem, w dodatku nie byle jakim, bo książka od razu zgarnęła Bookera i choć to zawsze pozostaje kwestią gustu, to jednak jest przynajmniej zwiastunem wyższej jakości. A to wszystko niewątpliwie dzięki mnie, więc nie ma za co, George.

W lutym 1862 roku państwo Lincolnowie organizują bankiet. Podczas gdy zaproszona na spęd towarzyska elita beztrosko korzysta z poczęstunku i popijając szampana kurtuazyjnie dyskutuje między sobą, na górnym piętrze, w jednym z licznych pokojów leży ciężko chory i rozpalony od gorączki William Lincoln, jedenastoletni syn prezydenckiej pary. Relację z przebiegu bankietu poznamy przede wszystkim z ust ludzi bezpośrednio zaangażowanych: gości, mieszkańców domu, obsługi i służących. To rozbrzmiewająca w przeróżnych tonach symfonia głosów, ale jej nuty rzadko kiedy dźwięczą w zgodzie ze sobą. Ktoś twierdzi, że tego wieczoru księżyc wyraźnie zaznaczył swoją obecność na niebie. Ktoś inny jest zdania, że to była noc bezksiężycowa. Nie ma nawet porozumienia co do tego czy Abraham Lincoln siwiał oraz jakiego koloru miał oczy. Jednak żaden z tych głosów nie dociera na wyższe piętro do nieprzytomnego z powodu poważnej choroby Williego. Prawdopodobnie dur brzuszny, tyfus. Dwudziestego lutego 1862 roku Willie Lincoln umiera.

Ten chłopiec słodki jak pączuś, pulchny i blady, któremu długa kędzierzawa grzywka często między oczy opadała, w chwilach wzruszenia lub onieśmielenia zaczynał bezwiednie podnosić i zamykać powieki, szybko mrugając.

Opal Stranger, Mali ludkowie rezydenta
[1]

Czy Abraham Lincoln szlochał na pogrzebie syna? Trudno stwierdzić, bo świadkowie nadal nie opracowali wspólnej wersji i według jednych było tak, według innych inaczej. Ostatecznie i niezależnie od ilości wylanych (bądź nie) łez zimne, niewzruszone kamienne ściany grobowca głucho witają zwłoki chłopca, a żałobnicy mogą się rozejść, by nadal wieść swoje życie z dala od zmarłych. Wreszcie nad cmentarzem zapada noc i jedyną żywą duszą w okolicy pozostaje stróż, który… no cóż, stróżuje, bo jest rzetelnie podchodzącym do swoich obowiązków pracownikiem. Ale chwila! Zbliża się do niego jakaś sylwetka, a stróż zamiera, bo to prawdziwa niecodzienność. Tajemniczy mężczyzna prosi o klucz do grobowca, w którym leży pusta skorupa dawnego Williego Lincolna. Stróż początkowo się waha, bo to najwyraźniej wbrew regulaminowi, aby ktokolwiek się włóczył po cmentarzu nocną porą. Mało to szalonych naukowców, których pasją jest wykopywanie trupów, by złożyć sobie własnego potwora? Prawda, panie Frankenstein? Ale tym razem stróż szybko wyzbywa się wszelkich wątpliwości i bez zbędnych pytań wręcza mężczyźnie klucz. Po pierwsze nie wyglądał on na szalonego naukowca, a po drugie prezydentowi Stanów Zjednoczonych się przecież nie odmawia.

Abraham Lincoln część nocy spędza tuląc do siebie zwłoki Williego i gdyby byli na to świadkowie, to zapewne znów nie byliby w stanie dojść do zgody, jak te chwile wyglądały. Ale prezydent w grobowcu jest sam. Chciałby być z synem, ale jest sam. Przynajmniej tak sądzi, ale okazuje się, że w tych intymnych chwilach ma on wcale niemałą widownię, bo towarzyszą mu duchy wielu zmarłych ludzi. Lincoln nigdy się nie dowie, jak wielkim wydarzeniem były jego nocne wizyty u Williego. Pochód udręczonych dusz z zainteresowaniem śledził każdy jego ruch, bo sami już zdążyli zapomnieć jak to jest mieć bliskich, którzy wizytują ich grób. To duchy różnego autoramentu – zdarzają się mordercy i ofiary wypadków, samobójcy i ofiary chorób, pedofile i ofiary wojen. Niektórzy poczciwi za życia, okrutni po śmierci, inni na odwrót. Jedni mogą się poszczycić już wieloletnim życiem pozagrobowym, wiekami w zawieszeniu między kolejnymi wcieleniami (buddyjskie bardo, gdyby ktoś się zastanawiał skąd tytuł), inni są tutaj „świeżakami”, jak Willie właśnie.

I nagle: śpiew. Piękny śpiew, przepełniony tęsknotą, obietnicą, otuchą, cierpliwością, głębokim zbrataniem.

hans vollman

Do głębi nas wzruszał.

wielebny everly thomas

Chciało się, k…wa, tańcować.

betsy baron

Ale też chciało się, k…wa, płakać.

eddie baron

W tańcu.

betsy baron

[2]

Różne są przyczyny, że dusze te nadal tkwią w tym przejściowym stanie między kolejnymi etapami egzystencji. Część istot nie jest nawet świadomych własnej śmierci i ciągle są przekonani, że to jedynie etap choroby i już niedługo, już za chwileczkę wrócą do tamtego życia, tamtych ludzi i tamtej codzienności, którą tylko tymczasowo porzucili. Ta ich nadzieja… nie – te PRZEKONANIE, że wszystko wróci do normy jest poruszające. Inne dusze są po prostu uparte i za nic (oraz z różnych powodów) nie zamierzają dać sobie wmówić, że ich dawne ciało to już tylko wystawione na procesy gnilne resztki, do których nie ma powrotu. I nawet niezależnie od charakteru danej istoty, każdą historię czyta się z większym lub mniejszym smutkiem, a obecne gdzieniegdzie subtelnie maźnięte czarnym humorem fragmenty (m.in. Roger Bevins III i jego kwieciste monologi, których nikt nie chce słuchać) sprawiają jedynie, że żal nad losami bohaterów w czytelniku pęcznieje.

To bardzo dobra lektura i jestem skory użyć również określenia, że wyjątkowa. Może wyłącznie dla mnie, bo zwykle unikam powieści o takiej dialogowej narracji, rozpisanej na pojedyncze głosy o zróżnicowanej stylistyce. Ale jednocześnie mam poczucie, że to powieść silnie uduchowiona, pełna niezaprzeczalnej atmosfery, niby grobowej, ale w jakiś sposób jednak pocieszającej. Jej lektura nie zajmie nikomu wiele czasu, ale może pozostać z nim na długo, więc warto zaryzykować.


[1] George Saunders, Lincoln w bardo, tłum. Michał Kłobukowski, Wydawnictwo Znak, Kraków 2018, str. 66;
[2] Tamże, str. 117.

Jedna uwaga do wpisu “Lincoln w Bardo – George Saunders

  1. A mnie Saunders w ogóle nie leży. Czytałam Bardo i w połowie gdzieś odpadłam, bo nudyyy…, podobnie było z opowiadaniami. Mam brzydkie podejrzenia, że ten Booker dlatego, bo udziwaczniona forma wywołała syndrom gołego cesarza u jury. No i jakoś nie lubię przekładów p. Kłobukowskiego, są takie chłodne, pełne dystansu i beznamiętne w warstwie literackiej – bo technicznie nie mam prawa się czepiać.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s