Zwrotnik Raka – Henry Miller

Zwrotnik_RakaTak, Zwrotnik Raka to jedna z tych książek, które tu i tam, przez krótszy bądź dłuższy czas była zakazana. Tradycja i norma, można napisać. Dzisiaj nie stanowi to już żadnego problemu i z odrobiną samozaparcia mógłbym z takich książek skompletować osobną półkę na swoim regale, ale kiedyś trzeba było pojedyncze egzemplarze przemycać spoza kraju i w ogóle czytanie ich przypominało życie na krawędzi prawa. Ach, cóż to musiała być za ekscytacja wyciągnąć w miejscu publicznym zakazaną książkę i zacząć ją ostentacyjnie czytać. Zakładając, że kogokolwiek z otoczenia by to obeszło, bo – znając życie – pewnie nikogo. Znacznie większe poruszenie wywołałaby publiczna lektura nowego Kaczora Donalda, albo jakiegoś innego komiksu o superbohaterze w rajtuzach. Czysta brudna prawda. Wracając jednak do Millera: Zwrotnik Raka był zakazany w USA, oficjalnie z powodu wątków erotycznych rzekomo zbyt śmiałych, by kalać nimi tak piękną dziedzinę, jaką z pewnością jest literatura. I bardzo dobrze, bo kto to widział, by piękno cielesnego aktu miłosnego sprowadzać do ordynarnego ruchania czy też rżnięcia, no panie Miller, nie wypada być tak bezpośrednim. Tymczasem grono ówczesnych literatów było najwyraźniej innego zdania co do jakości powieści, a Ernest Hemingway brał osobisty udział w przemycie książki do kraju. No proszę, nie dość, że lubieżnik, to w dodatku przestępca.
Hm, zaraz zaraz, a może Zwrotnik Raka rzeczywiście reprezentuje sobą coś więcej niż osławiony oraz wyklęty erotyzm i warto dla niego posunąć się do nielegalnych czynów? Byłem tak zgorszony, że o takiej ewentualności nie pomyślałem.

Czytaj dalej „Zwrotnik Raka – Henry Miller”

Reklamy

To, co ukryte – Laura Lippman

to-co-ukryteUf, udało się. Coraz trudniej poruszać się między kryminałami i jednocześnie unikać tych rodem ze Skandynawii i okolic. Doszło do tego, że trafiając na z rożnych względów interesujący mnie tytuł i towarzyszące mu nazwisko autora, które nic mi nie mówi, zaczynam powtarzać sobie w głowie: obyś tylko nie pochodził z Norwegii, Szwecji czy innej Islandii; obyś nie był jednym z tych, którzy mają na koncie prestiżowe miano Nowego Króla Skandynawskiego Kryminału. Że to niby taki zaszczyt i obligujący tytuł? Gdzie tam. Wystarczy, że napiszesz powieść z trupem (jeden obowiązkowy, ale wedle uznania można dorzucić mu towarzystwo) i najlepiej parą przekomarzających się nawzajem policjantów, którzy tropią mordercę, jednocześnie zmagając się przy tym z problemami natury osobistej. I gotowe, chcesz czy nie, potrafisz pisać czy nie, jesteś świeżo koronowanym monarchą gatunku, pogódź się z tym. To działa na tej samej zasadzie co przydzielanie pseudonimów przez dzieci w szkole: rudowłosy chłopak zawsze dostanie ksywę Rudy i koledzy zmuszeni siedzieć z nim w ławce będą ze zdwojoną uwagą pilnować swoich piórników, a w domu pytać rodziców, czy rudością można się zarazić, natomiast imię tego najbardziej pulchnego od dzisiaj brzmi Gruby i to właśnie on na lekcjach wuefu będzie bronił dostępu do bramki. Tak, dzieci są bezwzględne w swoim okrucieństwie wobec rówieśników i Laura Lippman najwyraźniej uznała, że warto zgłębić ich naturę.

Czytaj dalej „To, co ukryte – Laura Lippman”

300 – Frank Miller

300Widzisz nazwisko Franka i jesteś dziwnie spokojny o jakość dostarczonego przez niego materiału, a dodatkowo zaczynasz podejrzewać, że znowu trzeba będzie o tym sklepać notkę na bloga. Bo Miller to klasa, bo Miller to szyk. Wystarczy przypomnieć goszczący już tutaj Powrót Mrocznego Rycerza, który był zupełnie nowym rozdaniem w historii Batmana, a przede wszystkim nie wypada zapomnieć o niepowtarzalnym i niesamowitym cyklu Sin City, którego bardzo chciałbym tutaj przedstawić w całości, ale od długiego czasu nie mogę zdobyć piątego tomu – tego przeklętego różowego cudeńka – zresztą nie tylko ja mam ten problem, więc nie czuję się wyjątkowy. Miasto Grzechu musi poczekać, a tymczasem przyjrzyjmy się innemu klasykowi o enigmatycznym tytule i dość oryginalnym, choć ogromnie niepraktycznym formacie: pozioma orientacja komiksu będzie zmorą każdego półkowego pedanta, bo regały zwykle okazują się niewystarczająco głębokie, by zmieścić go grzbietem do frontu. No i stoję tak przy tej półce, próbuję go zmieścić, upchać jakoś żeby nie wystawał, aż w końcu poddaję się, załamuję ręce i głośno mówię do siebie to, co chciałby usłyszeć każdy mężczyzna od kobiety podczas łóżkowych igraszek: jest za duży, nie ma mowy, aby wszedł cały.

Czytaj dalej „300 – Frank Miller”

Syn – Philipp Meyer

synTrochę mi przykro, że w 2014 roku Syn przegrał rywalizację o nagrodę Pulitzera ze Szczygłem Donny Tartt. Status laureata to dla pisarza i jego dzieła zawsze duża promocja na całym świecie, a mam wrażenie, że tego rodzaju rozgłos by się przydał powieści Meyera. I nie piszę tego z troski o los autora, bo on sobie z pewnością poradzi. Piszę to z myślą o czytelnikach, którzy mogliby wiele zyskać na lekturze Syna, znacznie więcej, niż na przebijaniu się przez dziesiątki niepotrzebnych stron u zbyt rozwleczonej Tartt. No, ale jury przemówiło i chciało inaczej. Dziełu Meyera pozostała więc nagroda pocieszenia w postaci wielu hojnych recenzji, w których krytycy licytują się na wytarte określenia w rodzaju: wielka powieść, mistrzowskie arcydzieło i klasyka literatury amerykańskiej, a do towarzystwa Meyerowi przywołują nazwiska Steinbecka, McCarthy’ego, McMurtry’ego, a nawet Faulknera, bo czemu nie. Oczywiście ja mam zbyt silną psychikę, aby się na te numery nabrać, jednak tym, obok czego nie mogłem przejść obojętnie jest tematyka powieści, bo historie z Pogranicza jeszcze nigdy mnie nie zawiodły, a w kilku przypadkach nawet zachwyciły, głównie za sprawą króla Cormaca Wspaniałego McCarthy’ego. Zbyt wiele w tych terenach i opowieściach wciąż żywego ducha westernu, bym nie czuł się zachęcony.

Czytaj dalej „Syn – Philipp Meyer”

Dziesiąty grudnia – George Saunders

10-grudniaPisałem o tym już parokrotnie, ale gdyby ktoś nadal nie zauważył to oznajmiam ponownie, że opowiadania nie należą do mojego ulubionego gatunku literackiego. W zasadzie to nawet ich nie lubię i omiatam je jedynie wzrokiem podczas przeglądania nowości wydawniczych. Po prostu jakiś czas temu uznałem, że ze względu na ich krótką formę czytanie nie sprawia mi takiej przyjemności, bo zazwyczaj długo „wchodzę” w lekturę. A w przypadku opowiadań to wygląda tak, że kiedy już uda mi się zaangażować, to zaraz następuje koniec, zaczynamy nowe opowiadanie, a ty czytelniku wczuwaj się od nowa. Znacie to uczucie, gdy na dyskotece leci utwór, który wam się podoba, czujecie jego rytm, rozumiecie słowa, zaczynacie odpowiednio się poruszać, wchodzić w taneczny trans, a wtedy ten kutas w słuchawkach zwany didżejem robi wyciszenie i puszcza jakąś diskopolową abominację muzyki, gawiedź robi głośne ŁUUUU!, bo wreszcie leci coś, co doskonale znają, a wasz taniec robota przestaje mieć rację bytu i musicie wszystkie ruchy komponować od nowa? Nie znacie? Ja też nie, bo żaden ze mnie lew parkietu, a dyskoteki są zbyt głośne i nie w moim guście. Nie chcę ich w ten sposób krytykować oraz negować sensu ich istnienia, bo wielu ludzi uwielbia synchronicznie wywijać kończynami w rytm muzyki, ale po prostu osobiście źle się z nimi czuję. I podobnie jest z literackim gatunkiem zwanym opowiadaniami.

Czytaj dalej „Dziesiąty grudnia – George Saunders”

Dom z liści – Mark Z. Danielewski

dom_z_lisciMuszę pisać cicho, bo mam sąsiada o nazwisku takim samym, jak autor tej powieści i boję się, że mnie usłyszy, zapuka do moich drzwi i powie coś w rodzaju: panie, co pan mnie tam obgaduje w tych swoich internetach, co pan, co pan, CO PAN? Wolałbym tego uniknąć, sami rozumiecie. I choć może się to wydawać z lekka paranoiczne, to poczekajcie aż sami przeczytacie Dom z liści (a bez wątpienia powinniście) – wtedy pewne rozchwianie emocjonalne wyda się wam naturalną rzeczą, zapamiętajcie moje słowa. Bo pan Danielewski napisał powieść, która stymuluje wyobraźnię lepiej, niż niejeden klasyk grozy, ale do tego wrócę, ponieważ nie chcę już teraz wykładać wszystkich najmocniejszych kart, którymi zamierzam zagrać w tej opinii. Tymczasem wyrażę swoje zdziwienie, że tak niecodzienna powieść jak Dom z liści musiała czekać przeszło piętnaście lat na polski przekład, a przecież wystarczy wziąć książkę do ręki i przekartkować, by dostrzec jej teoretyczny potencjał i zachęcającą formę. A to już połowa sukcesu, by przekonać czytelnika do lektury powieści, a także – co ważniejsze z perspektywy wydawcy – jej zakupu. No, ale nie zamierzam tutaj kwasić atmosfery pretensjami o zaniechanie. Ważne, że w końcu można przeczytać Dom z liści po polsku. Bo warto.

Czytaj dalej „Dom z liści – Mark Z. Danielewski”

Ptak dobrego Boga – McBride James

ptak-dobrego-bogaChodzi o dzięcioła. Tytułowym ptakiem jest dzięcioł. Od razu i z całą mocą chciałbym zaznaczyć, że nie jest to tajemnica fabularna i nie opiera się na tej wiedzy żaden zwrot akcji. Więc jeśli ktokolwiek pomyślał oburzony: no pięknie, teraz nie ma już sensu czytać tej książki, skoro wiem o dzięciole, dzięki ty bucu, to się myli. To znaczy – kwestię czy jest sens czytać Ptaka dobrego Boga dopiero poruszymy i – mam nadzieję – ustalimy fakty, ale świadomość, że chodzi o dzięcioła nie ma tutaj nic do rzeczy. Więc sam albo sama jesteś bucem. A czy teraz, kiedy już wzajemne grzeczności mamy za sobą, możemy się wreszcie zająć książką? Tak? Dziękuję. Bo Ptak dobrego Boga rzekomo narobił sporego zamieszania w Stanach, ale niestety nie mogę tego osobiście potwierdzić, ponieważ nie było mnie przy tym. Jednak wspaniałomyślnie załóżmy, że scenariusz to dość prawdopodobny, bowiem powieść McBride’a fabularnie umiejscowiona jest w ciekawym czasie tuż u schyłku niewolnictwa, a nie trzeba chyba nikomu uzmysławiać jak burzliwy to był etap w historii Stanów. W 1854 roku w Kansas rozgorzała wtedy krwawa wojna domowa między abolicjonistami a zwolennikami niewolnictwa, bo argumenty słowne przestały już do kogokolwiek przemawiać („Murzyn też człowiek i swoją godność ma” kontra „bawełna z pola sama się nie zbierze”). Metody walki zaostrzały się więc z miesiąca na miesiąc, a jednym z głównych autorów zamieszania był wtenczas niejaki John Brown – białas, który postawił sobie za cel uwolnić wszystkich Murzynów, nawet jeśli ci nie chcieli być uwalniani. Stary Brown bywał w swoich działaniach subtelny niczym lewatywa z napalmu, a wszelkie dyskusje ze zwolennikami niewolnictwa preferował ucinać szybko, najlepiej pałaszem.

Czytaj dalej „Ptak dobrego Boga – McBride James”