Wielkie nic – James Ellroy

wielkie nicPrzy okazji opinii na temat Czarnej Dalii napisałem, że idę po drugi tom Kwartetu Los Angeles. Trochę to trwało, ale jak piszę, że idę, to idę i nie musicie mi o tym co trzy lata przypominać. Bo mam ostatnio odrobinę słabszy okres i nie układa mi się z literaturą najlepiej, więc staram się unikać eksperymentów oraz ambitnych wyzwań w tym temacie, by jakoś przeczekać kryzys. A kryminały zawsze wydawały mi się niegroźne, taka bezpieczna inwestycja wolnego czasu, w sam raz do poczytania przed snem, bez zbędnego zmagania się z oporną filozofią i stylistyką. Przejrzałem listę potencjalnych lektur i przypomniałem sobie o Ellroyu. Przecież Czarna Dalia była świetnym kryminałem – bezpośrednim, z jajami i odwagą fabularną. Czymś, co bez wahania niektórzy nazywają męską literaturą i choć osobiście nie lubię tego określenia, bo nie wiem jak go odbierać, to faktem jest, że jeśli ktokolwiek planuje kupić mężczyźnie książkę, to Ellroy będzie doskonałym wyborem. Argumenty? Po pierwsze to kryminał, a po drugie to wyborny kryminał. To powinno wystarczyć, aby obdarowany facet po lekturze nie miał pretensji w stylu „co wy mi tutaj, kurła, za historyjki dla bab kupujecie, włanczajcie lepiej telewizor, bo Stoch skacze”. Do Wielkiego nic podchodziłem więc z dużą pewnością siebie i przekonaniem, że Ellroy nie rozczaruje oraz da mi pewne oparcie. I zgadnijcie. Nie rozczarował. Był oparciem. Zero zaskoczenia i chwała mu za to.

[…] lata pięćdziesiąte zanoszą się na gównianą dekadę.[1]

Nie będzie też żadną niespodzianką to, że miejscem akcji jest Los Angeles (wszak nazwa cyklu zobowiązuje i – gdyby ktoś przegapił cytat powyżej – wydarzenia osadzone są w 1950 roku), a żeby dopełnić listę  braku zaskoczeń dodam, że są też zwłoki, wiadomo, bo kryminał bez trupa jest jak wesele bez wódki – teoretycznie można, ale po co? Przy okazji na miejscu zbrodni poznajemy detektywa Danny’ego Upshawa, ambitnego stróża prawa, który z zapałem zabiera się za rozwiązywanie sprawy. A przynajmniej bardzo by chciał, jednak tym razem zwłokom daleko do atrakcyjności Czarnej Dalii, również siła medialna tej zbrodni jest znikoma. Nikogo nie interesuje zgon podrzędnego grajka jazzowego, jego nafaszerowanego heroiną, pociętego brzytwą i pogryzionego przez jakieś zwierzę ciała, dodatkowo pozbawionego gałek ocznych i z oczodołami wypełnionymi spermą. Upshaw zaczyna uparcie i samotnie drążyć temat, choć jego zwierzchnicy nie są tym zachwyceni.

Ale jest w Wielkim nic też drugi wątek, równie istotny. Malcolm Considine otrzymuje zadanie zinfiltrowania hollywoodzkiego światka, bo istnieją podejrzenia, że niektóre wytwórnie wykorzystują kino oraz dzieła filmowe w roli narzędzi komunistycznej propagandy. Odrobinę tutaj sprawę upraszczam i uzwięźlam (o, nie byłem nawet pewien czy to w ogóle poprawne, choć ładne słowo), ale nie widzę powodu, by ją gmatwać. Chyba nie trzeba też nikomu uświadamiać, że Zimna Wojna była czasem ogromnych napięć i mało która dziedzina życia była wtedy wolna od podejrzeń, a władza miała na tym punkcie hopla. Considine zbiera więc dyskretną i skuteczną ekipę (w której skład wchodzi m.in. uznawany za trzeciego głównego bohatera Turner „Buzz” Meeks), by przeprowadzić polityczne śledztwo i ukrócić komunistyczne wpływy w Hollywood.

– Jest kobieta, do której będziesz musiał się zbliżyć, chłopcze. Być może będziesz musiał ją przelecieć.
Detektyw Danny Upshaw odrzekł:
– Nie mam nic przeciwko temu.[2]

Drapię teraz zaledwie wierzch fabularnej intrygi, ale za nic nie chcę zatracić się w rozgrzebywaniu wątków, bo wyjdzie nudne i przede wszystkim niepotrzebne streszczenie. Zamiast tego parę drobnych uwag z mojej strony. Wątek polityczny może początkowo zniechęcić – pada dużo nazwisk, wyliczane są różne stowarzyszenia, polityczne partie, wpływowe persony. Ale nie warto się zrażać, bo rozwija się on w zadowalającym czytelnika kierunku, powoli, jednak w satysfakcjonujący sposób, więc jeśli ktokolwiek miał obawy – niech je porzuci. James Ellroy nie dyktuje wysokiego tempa, ale wydaje się szalenie pewny w prowadzeniu historii i niech się uderzę w mały palec u stopy, jeśli autor nie przygotował dla czytelników kilku niespodzianek, tak jakby na przekór tym wszystkim dotychczasowym brakom zaskoczenia. I będą to atrakcje dużego kalibru, wobec których niełatwo zachować obojętność. A im bliżej końca, tym lepiej, z większym polotem, szybciej, mocniej, bezwzględniej.

Ellroy do najbardziej subtelnych pisarzy nie należy. Podobnie jak literacko wykreowani przez niego mężczyźni. Ci twardzi, zdarza się, że przy okazji skorumpowani, często prowadzący brudną grę panowie mistrzami powściągliwości nie są – to ten gatunek facetów, którzy biorą kobietę bez pytania o zdanie (najwyraźniej w myśl zasady, że zawsze się trochę gwałci), a i podnieść na nią rękę albo dwie się zdarzy. Z kolei literacko wykreowane przez pisarza kobiety? Najlepiej, żeby były temperamentne i rozwiązłe. Feminizm? A co to, jakiś nurt w malarstwie? Ellroy nie boi się prowokować, nie przebiera też w słowach. Duże znaczenie w powieści odgrywa wątek homoseksualny, ale zapytani o zdanie panowie nie bawią się w wyszukiwanie eufemistycznych określeń, stąd często czytamy o cwelach, pedałach, cieplakach czy ciotach. A żeby środowisko gejów nie czuło się osamotnione w swoim ewentualnym oburzeniu, to czuję się zobligowany poskarżyć, że jeden z bohaterów pyta: co otrzymamy po skrzyżowaniu czarnucha i Żyda? 

Nie podam odpowiedzi, nawet nie proście. Przeczytajcie książkę.

Na samych tego rodzaju wstawkach nikt jednak nie stworzy dobrej powieści, a Wielkie nic bez wątpienia dobrą powieścią jest. Ellroy posługując się swoim niewyparzonym językiem pisze przy okazji kryminał wysokiej klasy, jeden z najlepszych, jaki miałem przyjemność czytać. Właśnie w ten sposób sobie zawsze wyobrażałem gatunek noir – naznaczoną piętnem nieszczęścia historię kilku bohaterów wyrazistych, acz nie ekstrawaganckich. Szalenie dużo przyjemności dała mi ta lektura, choć obiektywnie żaden to Mesjasz gatunku, to w pełni spełnił moje oczekiwania, a nawet więcej. Teraz idę po trzeci tom i może tym razem nie zajmie mi to trzech kolejnych lat.

Choć niczego nie obiecuję.


[1] James Ellroy, Wielkie nic, tłum. Violetta Dobosz, Izabela Pawlak, wyd. Sonia Draga, Katowice 2015, str. 12
[2] Tamże, str. 210

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s