Justyna – Lawrence Durrell

justynaKwartet Aleksandryjski od wielu lat był pod moją – niezbyt baczną, ale jednak – obserwacją. Figuruje on w wielu zestawieniach, jest wysoko oceniany i doceniany przez liczne instytucje. W związku z małą dostępnością cyklu sprzedawcy często sobie świrowali z cenami – 500 zł za zestaw czterech książek to była norma, zdarzały się również oferty wyższe, a jeśli trafiła się jakaś w okolicach 300 zł, to z dziwnie przemilczanym stanem egzemplarzy. Nie zawsze mi się to zdarza, ale tym razem rozsądek brał górę, więc wstrzymywałem się przed wywaleniem takiej sałaty na książki, gdzie nawet nie miałem pewności, że te powieści mi się spodobają. A gdyby nie? Pewnie musiałbym sobie potem wmawiać, że są wspaniałe i warte swojej ceny, by stłamsić świadomość wywalenia pieniędzy w błoto. I nie – nie mówcie mi tutaj o bibliotekach, bo od kiedy w podstawówce zostałem przez okrutną bibliotekarkę wytargany za pejsy, to mam traumę i nie przekraczam progu tych komnat bólu oraz poniżenia. Ale pojawił się ratunek w postaci nowego wydania Justyny, pierwszego tomu tetralogii, więc każdy może dzieło Durrella sprawdzić w rozsądnych warunkach cenowych oraz bez narażania własnych pejsów. Jak temat chwyci i kogoś stać, to może sobie nawet potem kupić cały kwartet za 500 zł, bo czemu nie. Albo po prostu poczekać na wznowienia kolejnych tomów. A teraz spróbuję sobie odpowiedzieć, co ja zrobię.

Podobno narratorem pierwszego tomu jest Darley, Irlandczyk. Podobno, bo informacja ta pochodzi z opisu książki, a nie przypominam sobie, bym w samej treści trafił na wspomniane imię. Zgaduję, że fakt ten wyniknie z innych tomów. Więc Darley opowiada. Opowiada o swoich zawiłych relacjach uczuciowych z innymi postaciami powieści – tancerką Melissą, przyjacielem Nessimem i jego małżonką Justyną, kobietą wiodącą innych na pokuszenie. Trochę to wszystko pogmatwane, bo kombinację związków łączących bohaterów niełatwo streścić w jednym zdaniu. Darley na pierwszej randce z Melissą opowiada jej pasjonującą historię swoich chorób wenerycznych. Pewnie właśnie tak wyglądają randki z Tindera, gdy zabraknie tematów do rozmowy, a na seks jeszcze nie pora, by nie wyjść na łatwego/łatwą. Metoda chyba dość skuteczna, bo potem Darley i Melissa są już parą. Następnie on poznaje Justynę i zostają kochankami. Tytułowa postać to kobieta iście fatalna, która paru chłopów już pod sobą miała, niektórzy użyją w tym miejscu nawet określenia nimfomanka. A że ma męża? Co z tego? Mąż nie ściana, da się przestawić.

Darley i Justyna w trakcie swoich miłosnych uniesień na przemian szukają dla tej sytuacji wytłumaczenia, czują winę, to znowu niczego nie żałują. On co rano budzi się w bolesnym imadle miłości między Melissą a Justyną. Jest mocno przywiązany do tej pierwszej, pożąda tej drugiej. Często spotykamy go spacerującego po Aleksandrii – wielokulturowej stolicy pamięci – rozważającego swoją sytuację, filozofującego, czasem próbującego niby przypadkiem zanudzić czytelnika. Cała historia dyktowana jest dość sennym rytmem, nigdzie się nie spieszy, nawet reakcje i zachowania bohaterów są wyjątkowo stonowane, pozbawione wybuchowości i charakteru. Żadnych wyrzutów; jeśli uraza, to głęboko skrywana. A przecież mówimy o pożądaniu, zazdrości, miłości, zdradzie, znam ludzi, którzy na przesoloną zupę reagują gorliwiej. Nie czepiam się, bo podejrzewam, że ten leniwy nastrój opowieści miał za zadanie przyporządkować się śródziemnomorskiemu klimatowi i co by nie mówić, chyba mu się udało.

Durrell operuje słowem niezwykle zręcznie, jego styl nosi znamiona bogactwa językowego, ale jest w swojej kwiecistości subtelny, stara się nie przesadzać, choć oczywiście pięknych, poetycznych sformułowań nie zabraknie. Sprawnie wychodzi mu wyrażanie uczuć poprzez metaforę, porównanie, a czasem – kiedy zachodzi potrzeba – nie zawaha się posunąć do bezpośredniości. I o ile technicznie do niczego się nie przyczepię, bo brak mi podstaw, to chwilami dałem się opowieści znudzić. Durrellowi zdarzało się popaść w przesadę, przeciągać treść, zgęszczać ją filozoficznymi dyrdymałami, których nie jestem wielkim fanem. Uważam, że za dużo zbędnego filozofowania czyni nas nieszczęśliwymi smutasami z problemami społecznymi. Mile widziany i wskazany byłby umiar w tej kwestii. Wszystkim zrobiłby dobrze. Ale to może tylko moje zdanie.

Interesujące i intuicyjnie pochłaniane przeze mnie fragmenty były przetykane momentami monotonnymi, w niezamierzony sposób zachęcającymi mnie do snu – taki we mnie obraz Justyny Durrella. Nie mogę powiedzieć, że jestem zachwycony czy oczarowany. Umiarkowanie zadowolony jestem, ale daleki od robienia kwaśnych min. Podobało mi się zwieńczenie historii, ale to jeszcze nie sprawi, że zapomnę te mniej udane chwile z lekturą. Gdybym zapłacił za Kwartet 500 zł, to pewnie byłbym rozczarowany, a tak to ograniczę się do wirtualnego wzruszenia ramionami, bo zdarzało mi się gorzej wydać te 30 zł. Czy wrócę do cyklu przy okazji kolejnych tomów? Nie wykluczam, ale szanse oceniam na 27,3%. To według mnie dość wysoko, bo koncepcja innych perspektyw brzmi jednak zachęcająco. Się zobaczy, jak będzie okazja.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s