Paragraf 22 – Joseph Heller

paragraf-22Wielu już było takich pisarzy, którzy za punkt honoru obrali sobie, by w swoich powieściach ukazać bezsens i okrucieństwo wojny. Jakiejkolwiek. No bo w zasadzie każda wojna opiera się na okrucieństwie. Tak, nawet wojna nerwów, inaczej nie byłaby wojną. Czytamy więc lepsze lub gorsze historie z różnych frontów, opowieści z okopów tak namacalne, że czujemy błoto w ustach, a błota to tam akurat nie brakowało. Poznajemy wspomnienia obozowych więźniów, jesteśmy świadkami rozdzielania ukochanych i rodzin, najczęściej już na zawsze. Towarzyszymy bohaterom w tych rzadkich chwilach ciszy, spokoju między kolejnymi bitwami, które być może będą dla nich ostatnimi. Obserwujemy jak z kompanami jedzą posiłek, przekomarzają się, rozmawiają o ukochanych kobietach, dzieciach i rodzicach pozostawionych w domu, jak wędrują do nich myślami. A potem stopniowo – bądź nagle! – napięcie wzrasta, wreszcie dochodzi do starcia, chaos, tumult, oderwane kończyny, wiadro pełne okrucieństwa się przewraca, tworząc kałużę bólu i cierpienia, pozostanie po tym okropna plama. Bohater ginie lub nie (może dopiero w kolejnej bitwie). O jego śmierci będzie się mówiło z patosem, bez, lub wcale.
Znamy te i im podobne historie. Przewijają się tu i tam, często, gęsto. Zetknął się z nimi każdy, kto w życiu przeczytał coś więcej niż etykietę Domestosa albo proszku do prania podczas wizyty w toalecie. I tak, zgadliście – Paragraf 22 też jest o wojnie, sęk w tym, że trochę inaczej.

Yossarian jest przekonany, że wszyscy chcą go zabić. I z racji, że jest bombardierem uczestniczącym w czasie II Wojny Światowej w niebezpiecznych nalotach, to ma w tym przekonaniu zapewne dużo racji. W końcu na zabijaniu wroga polega wojna. Problem w tym, że Yossarian o niecne zamiary pozbawienia go życia podejrzewa również własne dowództwo. Limit lotów, które każdy bombardier musi odbyć, aby móc starać się o zwolnienie ze służby stale jest podnoszony tuż przed tym, jak Yossarian go osiągnie. To jakbyś biegł do mety, a gdy jesteś już kilka metrów przed nią, ktoś ją przenosi gdzieś indziej. No można się zdenerwować odrobinę. Frustracja i buntowniczy nastrój w Yossarianie wzrasta, bo z każdym lotem czuje, że jest bliższy śmierci. Ratunkiem dla niego może się okazać tytułowy paragraf 22, który pozwala zwolnić ze służby żołnierza uznanego za, oględnie mówiąc, wariata. Rzecz w tym, że wcześniej taki delikwent musi się zgłosić na badania stwierdzające jego szaleństwo, jednak taka prośba uznawana jest za przejaw zdrowia psychicznego. Wszak to przecież normalne i naturalne, że lotnik obawia się o swoje życie, więc żaden z niego wariat i niech się ładuje do samolotu, bo nalot czeka.

– Oni chcą mnie zabić – powiedział spokojnie Yossarian.
– Nikt nie chce cię zabić! – krzyknął Clevinger.
– To dlaczego do mnie strzelają? – spytał Yossarian.
– Oni strzelają do wszystkich – odpowiedział Clevinger. – Chcą zabić wszystkich.
– A co za różnica?
(…)
– Co to znaczy oni? – dopytywał się [Clevinger]. – Kto, według ciebie, chce cię zamordować?
– Oni wszyscy – odpowiedział mu Yossarian.
– Jacy oni?
– A jak ci się wydaje?
– Nie mam pojęcia.
– No to skąd wiesz, że nie chcą mnie zamordować?
– Stąd, że… – Clevingera zatkało i umilkł zbity z tropu.[1]

Absurd? No, trochę. Ale przygotujcie się na więcej, bo Heller unurzał swoją powieść w absurdzie właśnie i tragikomicznym nastroju. Dialogi to najczystszy purnonsens z jakim miałem do czynienia (albo jaki zapamiętałem, nie mam pewności) w literaturze. Te wszystkie rozmowy między bohaterami bywają tak komicznie absurdalne, iż szybko nabieramy przekonania, że to właśnie Yossarian jest tutaj najbliższy temu, co uznajemy za poczytalność umysłową. Pogawędki początkowo z łatwością oczarują czytelnika nie tylko umiłowanego w takich klimatach, ale w zasadzie każdego. Pytaniem pozostaje natomiast to, gdzie leży granica, po przekroczeniu której absurd zawarty w dialogach zacznie męczyć zamiast bawić. Domyślam się, że będzie to indywidualna kwestia, bo o ile ja uniknąłem znużenia (chociaż czuję, że ledwo-ledwo, jeszcze sto stron i mogło być różnie), to zdaję sobie sprawę, że innych czytelników ten zaserwowany chwilami w nadmiarze specyficzny humor może po pewnym czasie zwyczajnie zemdlić.

Jednak niezwykle trudno o nudę w takim towarzystwie. Eskadra pilotów do której należy Yossarian to ekipa tak urozmaicona i barwna, że w sumie jestem pełen podziwu dla Hellera. Nately jest beznadziejnie zakochany w zblazowanej, włoskiej dziwce. Orr, który gdy był mały, nosił jabłka w ustach, po jednym w każdym policzku. Na pytanie dlaczego?, odpowiada, że są lepsze niż kasztany (w sumie racja). Appleby ma muszki w oczach, ale ich nie dostrzega, bo… ma muszki w oczach. Milo Minderbinder to oficer żywnościowy niestroniący od pokątnych interesów na czarnym rynku, które są tak pogmatwane (i dotyczą m.in. polskiej kiełbasy), że aż niezwykle opłacalne dla wszystkich. Roztrzęsiony i mający koszmary nocne Joe Głodomór to były fotograf tygodnika Life, którego dawne nawyki zmuszają do robienia zdjęć każdej nagiej kobiecie. Aarfy jest kompletnie pozbawiony wyobraźni – a co za tym idzie – nie odczuwa strachu, więc jest ciągłym zagrożeniem dla siebie i całej załogi. Podobnie jak Dobbs, który planuje zamordować wszystkich, ale brakuje mu pewności siebie, więc potrzebuje zachęty i potwierdzenia, że to jednak dobry pomysł. Jest porucznik Scheisskopf, fanatyk defilad, którego samo nazwisko jest wystarczająco niesamowite, podobnie jak major Major Major Major. Albo generał Dreedle, którego ulubionym rozkazem za nawet najmniejsze przewinienie jest „wyprowadzić i rozstrzelać”. A na deser Mudd, nieboszczyk z namiotu Yossariana, który zanim zginął zdążył się co prawda rozpakować, ale nikt go nie wprowadził do ewidencji i raportów, więc teraz nie wiadomo co zrobić z jego rzeczami, bo oficjalnie nie istniał.

Najlepsze w tym wszystkim, że powyższym akapitem nie wyczerpałem tematu, ale mam nadzieję, że wystarczająco nakreśliłem bogactwo niebanalnych postaci, które Heller upchał w swojej powieści. Co więcej, każdego z nich poznamy znacznie bliżej, bo autor nie żałuje im miejsca na ich perypetie i charaktery, więc to nie jest tak, że pełnią oni rolę wyłącznie zabawnych akcentów. A iście komediowych scen będzie pod dostatkiem, bo przecież absurdalność niektórych wojskowych zasad (a będąc precyzyjnym – ich praktyczne zastosowanie oraz sposób ich egzekwowania) nadaje się jedynie do wyśmiania i wie to każdy, kto miał z nimi jakąkolwiek styczność.

– (…) Ona zachowuje się jakbyś ją rżnął.
– Nie, nie rżnąłem. A jak ona się zachowuje?
– Tak, jakby cię nie lubiła.
– Ona nikogo nie lubi.
– Lubi kapitana Blacka – przypomniał Orr.
– To dlatego, że on ją traktuje jak szmatę. W ten sposób każdy może oczarować dziewczynę.[2]

Oj, no można się przy Paragrafie 22 uśmiać, chociaż im głębiej w treść, tym większą tolerancją na spore ilości czarnego oraz nonsensownego humoru trzeba się wykazać. Ale tak jak wcześniej pisałem – to już nie mój problem. Mnie do tej pory bawi wątek dziwki Nately’ego zasadzającej się na życie Yossariana i nie potrafię tego skomentować inaczej, jak poprzez XDDD. Albo scena w szpitalu, ta z kciukiem wskazującym za siebie i wojskową komendą „spierdalaj!”. Owszem, zdaję sobie sprawę, że im bliżej końca tym nastrój powieści odrobinę się zmienia, mrocznieje i trudno już ją postrzegać wyłącznie pod kątem komediowym. W końcu to wojna, a nie Benny Hill Show, dzieją się różne okropieństwa, ludzie giną, z tym, że u Hellera robią to przynajmniej w nastroju książki – czyli bezsensownie i często w absurdalny sposób. A jednak giną, więc czytelnikowi jakoś trudniej pohamować uczucie smutku oraz straty, gdy liczebność tej niezwykłej i barwnej ekipy sprzed dwóch akapitów maleje na jego oczach.

– I nie mów mi, że Bóg działa w sposób dla nas niepojęty – mówił Yossarian, nie zwracając uwagi na jej protesty. – Nie ma w tym nic niepojętego. On nie działa, On się nami bawi. Albo w ogóle o nas zapomniał. Taki jest ten Bóg, o którym tyle mówicie: ciemny chłopek, niezdarny fuszer, bezmyślny, zarozumiały, nieokrzesany ciemniak. Dobry Boże, ile szacunku można żywić do Najwyższej Istoty, która uważała za niezbędne włączyć do swojego boskiego planu stworzenia takie zjawiska, jak flegmę i próchnicę zębów? Cóż, u licha, powodowało Jego spaczonym, złośliwym, skatologicznym umysłem, kiedy pozbawił starych ludzi kontroli nad stolcem? Po co, u licha, stworzył ból?[3]

To świetna książka pełna kapitalnych i niesilących się na powagę fragmentów, których wynotowałem sobie tyle, że miałem poważny, wynikający z bogactwa problem, by wybrać zaledwie kilka do zacytowania, a resztę bezdusznie pominąć. Teraz je czytam i znów mnie bawią. Ponoć jedno z najwybitniejszych dzieł amerykańskiej literatury XX wieku. Pewnie, czemu nie? Nie zamierzam jakoś gorliwie protestować. Cóż, w takim razie chyba polecam.


[1] Joseph Heller, Paragraf 22, tłum. Lech Jęczmyk, wyd. Albatros, Warszawa 2017, str. 26;
[2] Tamże, str. 334;
[3] Tamże, str. 193.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s