Paragraf 22 – Joseph Heller

paragraf-22Wielu już było takich pisarzy, którzy za punkt honoru obrali sobie, by w swoich powieściach ukazać bezsens i okrucieństwo wojny. Jakiejkolwiek. No bo w zasadzie każda wojna opiera się na okrucieństwie. Tak, nawet wojna nerwów, inaczej nie byłaby wojną. Czytamy więc lepsze lub gorsze historie z różnych frontów, opowieści z okopów tak namacalne, że czujemy błoto w ustach, a błota to tam akurat nie brakowało. Poznajemy wspomnienia obozowych więźniów, jesteśmy świadkami rozdzielania ukochanych i rodzin, najczęściej już na zawsze. Towarzyszymy bohaterom w tych rzadkich chwilach ciszy, spokoju między kolejnymi bitwami, które być może będą dla nich ostatnimi. Obserwujemy jak z kompanami jedzą posiłek, przekomarzają się, rozmawiają o ukochanych kobietach, dzieciach i rodzicach pozostawionych w domu, jak wędrują do nich myślami. A potem stopniowo – bądź nagle! – napięcie wzrasta, wreszcie dochodzi do starcia, chaos, tumult, oderwane kończyny, wiadro pełne okrucieństwa się przewraca, tworząc kałużę bólu i cierpienia, pozostanie po tym okropna plama. Bohater ginie lub nie (może dopiero w kolejnej bitwie). O jego śmierci będzie się mówiło z patosem, bez, lub wcale.
Znamy te i im podobne historie. Przewijają się tu i tam, często, gęsto. Zetknął się z nimi każdy, kto w życiu przeczytał coś więcej niż etykietę Domestosa albo proszku do prania podczas wizyty w toalecie. I tak, zgadliście – Paragraf 22 też jest o wojnie, sęk w tym, że trochę inaczej.

Czytaj dalej „Paragraf 22 – Joseph Heller”

Solaris – Stanisław Lem

solarisTak jest, jestem dziadem i przyznaję, że do tej pory nie czytałem Lema. Nic, zero, nul. Nawet tego czegoś o pilocie Pirxie, co to było podobno lekturą obowiązkową, kiedyś, w jakiejś szkole, na jakiejś planecie. Zawsze brakowało mi motywacji, a dodatkowo na niekorzyść Lema działał mój przekorny system dobierania lektur. Ilekroć ktoś mi mówił, czy pisał: „przeczytaj Lema” to z rezygnacją spuszczałem głowę wiedząc, że Lem będzie musiał poczekać. Bo tak. Bo nie będziesz mi mówić, co mam robić. Bo kiedy ja robię ci wykład o Dukaju (na twoją wyraźną prośbę, nie żebym kogokolwiek zmuszał do słuchania tego), podczas oracji w brzmienie mojego głosu wkrada się podniecenie, oczy mi się szklą ze szczęścia, a dłonie zaczynają drżeć z zaangażowania w temat – co tam dłonie! – cały drżę z chęci przekazania tylu informacji, że na wszystkie na pewno nie wystarczy nam czasu, a wszystko na co ciebie stać w reakcji, to rzucone między kolejnymi łykami piwa „a czytałeś Lema?”, to zaczynam się rozglądać za jakimś ostrym narzędziem. Albo obuchowym. No zabiję i zgwałcę zwłoki. Więc nie – nie czytałem i za karę nie przeczytam. Doszło do tego, że im częściej ktoś mi proponował Lema, tym dalej w kosmos mojej listy lektur ten Lem odlatywał. Ponieważ jednak ostatnimi czasy lemowskie lobby jakby ucichło, toteż mój upór nieco złagodniał, aż pewnego dnia, nie czując się do niczego zmuszany, zacząłem po cichu czytać „Solaris”. I tak sobie myślę, że ten Lem mógł jeszcze trochę poczekać w sumie.

Czytaj dalej „Solaris – Stanisław Lem”