Śnieżka musi umrzeć – Nele Neuhaus

sniezka_musi_umrzec01Akurat kryminałów nie brakuje, ale to jeszcze nie znaczy, że łatwo pośród nich wyłowić te rzeczywiście udane. Bo ustalmy coś między sobą: większość z nich opiera się na podobnych zasadach, operuje bliźniaczym i niczym się niewyróżniającym językiem, a coś, co w jednym z nich było oryginalnym zabiegiem szybko staje się sztampowe, gdy jest wykorzystywane po raz trzeci i czwarty. Bo tylko kolonoskopia się nie nudzi i dostarcza równie wiele emocji zarówno za pierwszym, jak każdym kolejnym razem. Ale wszyscy chcą pisać kryminały (i piszą) toteż zakres pomysłów i pole manewru zawęża się w zastraszającym tempie, szczególnie gdy pisarz bądź pisarka poza niepowtarzalnym pomysłem na poprowadzenie intrygi (przynajmniej w swojej ocenie) nie posiada warsztatu, który wyróżniłby ich pisaninę między tysiącami innych kryminałów. Efekt? Dzieło takie rzadko kiedy daje rzeczywistą przyjemność z samego obcowania z literaturą i jest zaledwie formą, w której przekazuje się jakąś historię – formą prostą, pozbawioną ozdobników i tożsamości, aby broń Boże czytelnik się nie zniechęcił jakimś niebanalnym zagraniem, dygresją czy rozdzieleniem wątków. Nie twierdzę, że prostota jest zła, ale im więcej czytam w miarę współczesnych kryminałów, tym częściej mam wrażenie, że pisane są one w zbliżonej, bardzo do siebie podobnej, nieskomplikowanej manierze. Problem z tą ich prostotą zaczyna się wtedy, gdy nie wciągnie mnie wątek fabularny, bo bez angażującej czytelnika intrygi te kryminały nie mają nic, czym mogłyby wynagrodzić czas im poświęcony. Żadnego ciekawego zabiegu stylistycznego, żadnej „złotej myśli”, żadnej przyjemności z lektury, która – owszem – płynie wartko, ale zarazem nie pozostawia nic po sobie.

Czytaj dalej „Śnieżka musi umrzeć – Nele Neuhaus”

Reklamy

Czarna Dalia – James Ellroy

czarna daliaDoszły mnie pewne słuchy na temat Jamesa Ellroya, więc postanowiłem poszukać jakichś namacalnych dowodów potwierdzających te niezwykle intrygujące opinie. Szpiegujące mnie na każdym kroku Google (co mi w sumie nie przeszkadza, bo nie mam nic do ukrycia) przekierowało mnie czym prędzej w znajome rejony bloga Bibliomiśka, którego przy okazji pozdrawiam, bo zdarzało się, że tu zaglądał – cześć! Znalazłem tam pewien wywiad z 2011 roku, którego lektura sprawiła, że wielokrotnie uśmiechnąłem się jak głupi do monitora, bo Ellroy rozbija w tej rozmowie bank megalomanii, a jego ego może służyć jako kula burząca. Pisarz sam siebie porównuje to do Beethovena (był taki grajek, ponoć niezły), to znów do Tołstoja, a przy okazji wymyśla sobie imponujące przydomki w rodzaju „demonicznego psa czarnej literatury”. Robi to aby uprzedzić tych wszystkich durnych pismaków, których stać jedynie na nazwanie go następcą Raymonda Chandlera, a akurat tego pisarza Ellroy nie ceni i wykreowanego przez niego Philipa Marlowe’a nazywa otwarcie „przestylizowaną pizdą”. Waginalną zniewagą oberwał także John F. Kennedy, „jebaka, którego bardziej od polityki kręciły cipki”, więc można założyć, że zamach uchronił go przed licznymi chorobami wenerycznymi. Ale James Ellroy potrafi być również nieco bardziej umiarkowanym w swoich poglądach, stąd Baracka Obamę określa jedynie fatalnym prezydentem, a Conana O’Briena delikatnie mówiąc pajacem (ale taka jego praca). Ceni za to twórczość m. in Dona DeLillo (przy okazji: chce ktoś sprzedać „Biały szum”?; płacę jak za prezydenta) oraz Dashiella Hammetta, więc jednak potrafi też nie być burakiem. Tak bezpośrednich, barwnych postaci nam trzeba i nie sposób Ellroyowi odmówić charyzmy nawet gdy sam przyznaje, że większość tego co robi, robi dla pieniędzy oraz promocji. No i na zdrowie James. Aha, poza tym, doszły mnie również słuchy, że podobno zupełnie przy okazji pisze on świetne kryminały.

Czytaj dalej „Czarna Dalia – James Ellroy”

Co nas nie zabije – David Lagercrantz

co nas nie zabijeTrochę mnie ciekawi, jakie myśli zmotywowały Lagercrantza do podjęcia się tego śmiałego zadania. Jeśli ktoś jeszcze nie wie o jakie wyzwanie chodzi, to przypominam, że Co nas nie zabije jest oficjalną kontynuacją głośnej trylogii Millenium, która jeszcze kilka lat temu wywindowała skandynawski kryminał jako gatunek na szczyty popularności wśród masowego czytelnictwa. Było to wydarzenie o wielkiej sile literackiego rażenia i jeśli ktoś się nie zetknął z tematem to prawdopodobnie żył w tamtym okresie w jaskini, albo pod jakimś głazem. Nawiasem mówiąc to mam wrażenie, że autor Millenium musiał umrzeć, by świat się przekonał jak udane powieści spłodził. Ale może to tylko wrażenie właśnie. Więc co z tymi motywacjami Lagercrantza? Bo niby można się zasłaniać wyzwaniem literackim i próbie dorównania Larssonowi, ale bądźmy szczerzy – autor oryginalnej trylogii jakimś wybitnym wirtuozem prozy nie był, a siła jego książek leżała według mnie w przemyślanej intrydze, krwistych postaciach i płynnym stylu, który przede wszystkim miał nie przeszkadzać w chłonięciu treści. W takim razie może chodzi o splendor i rozgłos, bo czy można sobie wyobrazić lepszą promocję dla mało znanego (szczególnie poza Szwecją) pisarza, jakim jest Lagercrantz? Owszem – ten musiał się przy okazji wykazać trochę jajami ze stali, a trochę śmiałą bezczelnością oraz wiarą we własne możliwości, ale kiedy już podjął decyzję to było jak wspomniałem: warsztatowo poprzeczka nie wisiała wcale na jakimś niebotycznym poziomie, a całą czarną robotę odwalił wcześniej sam Larsson, zostawiając następcy gotowy kryminał-instant. Bo bohaterowie wraz ze swoim rysem psychologicznym już gotowi, sprawdzeni, zatwierdzeni przez czytelników i – co najważniejsze – obdarzeni przez nich sympatią. Środowisko działania i relacje między postaciami również wyraźnie nakreślone, na dobrą sprawę wystarczyło więc zalać to wszystko wrzątkiem nowej intrygi, a potem patrzeć co z tego wyniknie. A ponieważ Lagercrantz jest również dziennikarzem śledczym i spiski to jego codzienność, to inspiracji fabularnych zabraknąć mu nie powinno. Wiem: wymądrzam się niepotrzebnie, tak jakby napisanie kryminału to była bułka z mleczkiem i kaszka z masłem, ale chciałbym przez to zwrócić uwagę, że być może poziom wyzwania wcale nie był tak wysoki, jak mogłoby się z początku wydawać.

Czytaj dalej „Co nas nie zabije – David Lagercrantz”

Sokół maltański – Dashiell Hammett

sokol-maltaskiTak. Ja również nie mam pojęcia czym jest to coś na okładce mojego egzemplarza Sokoła maltańskiego. Przed lekturą żyłem jeszcze nadzieją, że w jej trakcie ta tajemnica się wyjaśni, ale nie – nic z tego. Nie chcę też zgadywać, bo natura moich skojarzeń jest raczej bez związku z tematyką powieści, choć pytanie „co chciał nam przekazać autor tej ilustracji?” będzie mi towarzyszyć każdorazowo, gdy ją ujrzę. Mógłbym w tym miejscu dodać parę oklepanych, ale celnych uwag o ocenianiu książki po okładce, ale mi się nie chce. W zamian napiszę, że Hammett według wielu źródeł wiedzy uznawany jest za ojca czarnego kryminału – gatunku być może szerzej znanego jako noir. Czym w zasadzie jest noir? Tego rodzaju powieść powinna charakteryzować się przede wszystkim mocnym fatalizmem (łącznie z klasyczną femme fatale) i brakiem jednoznacznie określonych postaci. W sensie, że nikt tu nie jest do końca dobry, ani zły, a przynajmniej nikt z postaci pierwszoplanowych. Na kreacji bohaterów i bohaterek zasadza się siła gatunku, bo to od nich wywodzi się cały cynizm oraz gorycz przedstawionej historii. To dzięki ich wątpliwej moralności tempo wydarzeń jest odpowiednie, a dialogi cięte. Noir to tak naprawdę cały zespół cech, ale chyba udało mi się wymienić te najważniejsze. Jednakże byłoby wskazane, by główny bohater był przy okazji prywatnym detektywem działającym w latach 40. ubiegłego wieku, koniecznie nosił kapelusz, jednego papierosa odpalał drugim i siedział w swoim zadymionym biurze oczekując na kolejne zlecenie. W tle leciałby jakiś jazzowy kawałek. Wtedy w drzwiach (takich koniecznie z szybą z mlecznego szkła) staje elegancka, ponętna kobieta i drżącym głosem prosi go o pomoc. Noir jak w mordę strzelił!

Czytaj dalej „Sokół maltański – Dashiell Hammett”

Betonowy pałac – Gaja Grzegorzewska

Betonowy_mWstęp bym może jakiś napisał. Wypadałoby, żeby nie tak od razu na głęboką wodę z wiadrem pełnym betonu zamiast butów. Wobec tego w akapicie pierwszym i zapoznawczym napiszę, że Betonowy pałac aspiruje do miana polskiego kryminału z najwyższego szczebla, a o wysokiej jakości powieści próbują przekonać nas cytaty z Magdaleny Cieleckiej, zamieszczone tu i tam na okładce. To taka aktorka o warsztacie wąskim jak sztacheta, choć Kasia Cichopek depcze jej już po piętach, przynajmniej takie odnoszę wrażenie, bo na całym tym aktorstwie się w sumie nie znam. I wmawia się nam, czytelnikom, że niby Betonowy pałac to taka świetna lektura, męska, brutalna oraz wymarzony materiał na filmowy scenariusz. Prawda jest natomiast taka, że polska myśl reżyserska już nie takie rzeczy potrafiła koncertowo – przepraszam za wyrażenie – spierdolić, więc wypadałoby się z takimi odważnymi wnioskami pohamować i nie pchać od razu wszystkiego na ekran. Zresztą o ile sobie przypominam, to właśnie Magdalena Cielecka zagrała jedną z głównych ról w kamieniu milowym polskiej kinematografii, jakim z pewnością była ekranizacja S@motności w Sieci Janusza Leona Wiśniewskiego. Podejrzewam, że również była zachwycona potencjałem scenariusza, a film obecnie jest puszczany w zakładach penitencjarnych jako tortura i kołysanka zarazem. Czyli z aktorki żaden autorytet, bo gust ma najwyraźniej mocno wątpliwy, ale nie drżyjcie z obawy: szczęśliwie w sukurs przychodzę ja i zaraz ustalę czy Betonowy pałac jest warty uwagi, czy też od lektury książki można dostać literackiej biegunki i lepiej się nie zbliżać.

Czytaj dalej „Betonowy pałac – Gaja Grzegorzewska”

Dramat na polowaniu – Antoni Czechow

dramat-na-polowaniuWikipedia podpowiada mi, że Czechow (znany również jako Człowiek bez śledziony) napisał około dziesięciu dramatów, kilka najbardziej znanych opowiadań (o tych najbardziej nieznanych nie wspomniano) i ponad dwadzieścia nowel. Powieści w jego dorobku doliczono się aż jednej – Dramatu na polowaniu właśnie. Czytając tę książkę nawet nie wiedziałem na jak wyjątkowe dzieło trafiłem, bo okazuje się, że Czechow powieści nie pisał. I teraz mówią mi, żebym się za bardzo nie sugerował, bo z wszystkiego co stworzył Antoni, ja trafiłem na coś dalekiego od jego literackiej natury, coś dalece niereprezentatywnego i coś, co może być rozpatrywane jedynie w kategoriach autorskiego eksperymentu oraz kaprysu. Bo obudził się w Czechowie duch parodysty i to miała być swoista karykatura oraz satyra w związku z ówczesną popularnością kryminałów. W takim razie przez przypadek wyszedł mu świetny, jak na XIX-wieczne realia, kryminał i teraz nie wiadomo, czy poczytywać to jako porażkę Czechowa na gruncie satyrycznym, czy raczej jako pokaz jego wszechstronności literackiej? Pytanie pozostanie bez odpowiedzi, bo za mało w życiu Czechowa czytałem (do tej pory wcale) i zbyt rzadko jadam na obiad warzywa (czasem zupę szczawiową), by móc stawiać w tej kwestii uargumentowane wyroki. Autora znam więc jedynie od strony Dramatu na polowaniu, ale dzięki temu mogę też szpanować, że przeczytałem w życiu wszystkie powieści Czechowa i będzie to całkowitą prawdą. Szalenie imponujące.

Czytaj dalej „Dramat na polowaniu – Antoni Czechow”

Lewiatan – Boris Akunin

lewiatan kopiaSzokująca zbrodnia w arystokratycznej dzielnicy wstrząsnęła Paryżem. Znany i szanowany wśród mieszkańców lord Littleby został bestialsko zamordowany we własnej willi na rue de Grenelle, wieczorem 15 marca 1878 roku. Będąc precyzyjnym trzeba dodać, że fragment jego czaszki na stałe rozstał się z resztą ciała. Będąc jeszcze bardziej precyzyjnym: przy okazji bałaganu z mózgiem lorda rozsmarowanym po całym pokoju, na parterze odnaleziono dziesięć innych zwłok, tym razem grzecznie usadzonych wokół stołu i, co rozczarowujące, u każdego denata odnotowano całą czaszkę. Jak to się mówi w branży pogrzebowej – wyglądali, jakby zasnęli (poza kilkoma wykrzywionymi w przedśmiertnym grymasie twarzami). Zgodnie uznano, że doszło do morderstwa, wielokrotnego nawet. Rozwojową sprawę prowadzi komisarz Gauche, rumiany prawie-emeryt, a pewne istotne poszlaki zaprowadzą go na rozhuśtany pokład Lewiatana – luksusowego statku wyruszającego właśnie na swój pierwszy, dziewiczy rejs wokół Eurazji. Paryski śledczy ma wszelkie prawa podejrzewać, że na Lewiatanie znajduje się morderca lorda Littleby i z zaangażowaniem podejmuje się zadania jego wykrycia. Traf chciał, że jednym z pasażerów jest zajmujący kajutę numer osiemnaście i udający się z dyplomatyczną misją w kierunku Japonii nie kto inny, jak doskonale nam znany, fanfary, Erast Fandorin. Będąc po raz kolejny precyzyjnym dodam, że nasz bohater jest jednym z podejrzanych. Zaznajomieni z Fandorinem czytelnicy pewnie uniosą brwi w geście zainteresowania, a niezaznajomieni wzruszą pewnie ramionami – im polecam lekturę pierwszego tomu – Azazela.

Czytaj dalej „Lewiatan – Boris Akunin”