Dekorator – Boris Akunin

dekoratorTak, to znowu on. Erast Pietrowicz Fandorin, urzędnik szóstej rangi do specjalnych poruczeń przy moskiewskim generale-gubernatorze, kawaler rosyjskich i zagranicznych orderów. Nie zmyślam. Cytuję autora, a on przecież najlepiej wie o kim pisze. Nie oczekuję, że ktoś zacznie cykl od tego – szóstego już – tomu, ale być może jeśli będę wystarczająco natarczywy w promowaniu Fandorina to a nuż przybędzie mu czytelników, bo powtórzę i zacytuję siebie: warto. Każdy tom to mała perełka, ale różniąca się odrobinę odcieniem od pozostałych i finalnie, mam nadzieję, będzie z nich piękny naszyjnik. Promuje się te cykle skandynawskich i polskich kryminałów, bliźniaczo do siebie podobnych. W księgarniach zmuszony jestem omijać wzrokiem całe półki a niekiedy nawet regały poświęcone pojedynczym autorom, którzy mnie nie interesują, bo jestem świadomy, że gdybym chciał przeczytać wszystko od takiego Mroza, który najwyraźniej pisze szybciej, niż ja czytam, to musiałbym kartkować tylko jego twórczość, a w tak zaborcze układy i związki to ja wolę nie wchodzić. Tymczasem w tej samej księgarni, ale kilka metrów dalej, na skromnej powierzchni jednej z zakurzonych już półeczek stoją sobie niewielkie, niepozorne tomiki cyklu z Fandorinem. I nawet jeśli nie każdy z nich jest równie doskonały, to przynajmniej każdy stara się być zwięzły oraz inny od pozostałych. I póki co im się to udaje.

Czytaj dalej „Dekorator – Boris Akunin”

Wielkie nic – James Ellroy

wielkie nicPrzy okazji opinii na temat Czarnej Dalii napisałem, że idę po drugi tom Kwartetu Los Angeles. Trochę to trwało, ale jak piszę, że idę, to idę i nie musicie mi o tym co trzy lata przypominać. Bo mam ostatnio odrobinę słabszy okres i nie układa mi się z literaturą najlepiej, więc staram się unikać eksperymentów oraz ambitnych wyzwań w tym temacie, by jakoś przeczekać kryzys. A kryminały zawsze wydawały mi się niegroźne, taka bezpieczna inwestycja wolnego czasu, w sam raz do poczytania przed snem, bez zbędnego zmagania się z oporną filozofią i stylistyką. Przejrzałem listę potencjalnych lektur i przypomniałem sobie o Ellroyu. Przecież Czarna Dalia była świetnym kryminałem – bezpośrednim, z jajami i odwagą fabularną. Czymś, co bez wahania niektórzy nazywają męską literaturą i choć osobiście nie lubię tego określenia, bo nie wiem jak go odbierać, to faktem jest, że jeśli ktokolwiek planuje kupić mężczyźnie książkę, to Ellroy będzie doskonałym wyborem. Argumenty? Po pierwsze to kryminał, a po drugie to wyborny kryminał. To powinno wystarczyć, aby obdarowany facet po lekturze nie miał pretensji w stylu „co wy mi tutaj, kurła, za historyjki dla bab kupujecie, włanczajcie lepiej telewizor, bo Stoch skacze”. Do Wielkiego nic podchodziłem więc z dużą pewnością siebie i przekonaniem, że Ellroy nie rozczaruje oraz da mi pewne oparcie. I zgadnijcie. Nie rozczarował. Był oparciem. Zero zaskoczenia i chwała mu za to.

Czytaj dalej „Wielkie nic – James Ellroy”

Walet pikowy – Boris Akunin

walet-pikowyZapomnijcie o Sherlocku Holmesie, Herkulesie Poirot i przemieszczającym się na rowerze Ojcu Mateuszu. Erast Fandorin jest lepszy, fajniejszy, ciekawszy i zasługujący na więcej uwagi. Ja mu ją chętnie poświęcam, bo to już kolejna powieść cyklu, a ja w chwilach powątpiewania zaczynam zastanawiać się nad sensownością opisywania tutaj każdej z osobna. Jednak zacząłem to robić, a ponieważ obok zaczynania lubię też kończyć, więc póki co staram się trzymać postanowienia i rozbijam tutaj cykl na jego części składowe. Zobaczymy na ile wystarczy mi uporu, niczego nie obiecuję, ale przyda się kilka komentarzy w rodzaju „nie dasz rady”, abym miał motywację i na przekór niedowiarkom jednak dał radę. Naturalnie piszę to przy śmiałym, wręcz bezczelnym założeniu, że ktoś to w ogóle czyta i kogoś to w ogóle interesuje. Bo ja osobiście rzadko czytam w Sieci opinie innych (nie lubię sobie niczego sugerować), więc nie mam prawa tego wymagać od pozostałych. Koniec dygresji. Mogłem sobie na nią pozwolić, bo Walet pikowy jest krótką opowieścią, więc i wpis o niej będzie raczej telegraficzny.

Czytaj dalej „Walet pikowy – Boris Akunin”

To, co ukryte – Laura Lippman

to-co-ukryteUf, udało się. Coraz trudniej poruszać się między kryminałami i jednocześnie unikać tych rodem ze Skandynawii i okolic. Doszło do tego, że trafiając na z rożnych względów interesujący mnie tytuł i towarzyszące mu nazwisko autora, które nic mi nie mówi, zaczynam powtarzać sobie w głowie: obyś tylko nie pochodził z Norwegii, Szwecji czy innej Islandii; obyś nie był jednym z tych, którzy mają na koncie prestiżowe miano Nowego Króla Skandynawskiego Kryminału. Że to niby taki zaszczyt i obligujący tytuł? Gdzie tam. Wystarczy, że napiszesz powieść z trupem (jeden obowiązkowy, ale wedle uznania można dorzucić mu towarzystwo) i najlepiej parą przekomarzających się nawzajem policjantów, którzy tropią mordercę, jednocześnie zmagając się przy tym z problemami natury osobistej. I gotowe, chcesz czy nie, potrafisz pisać czy nie, jesteś świeżo koronowanym monarchą gatunku, pogódź się z tym. To działa na tej samej zasadzie co przydzielanie pseudonimów przez dzieci w szkole: rudowłosy chłopak zawsze dostanie ksywę Rudy i koledzy zmuszeni siedzieć z nim w ławce będą ze zdwojoną uwagą pilnować swoich piórników, a w domu pytać rodziców, czy rudością można się zarazić, natomiast imię tego najbardziej pulchnego od dzisiaj brzmi Gruby i to właśnie on na lekcjach wuefu będzie bronił dostępu do bramki. Tak, dzieci są bezwzględne w swoim okrucieństwie wobec rówieśników i Laura Lippman najwyraźniej uznała, że warto zgłębić ich naturę.

Czytaj dalej „To, co ukryte – Laura Lippman”

Śmierć Achillesa – Boris Akunin

smierc achillesaPrzyznaję, że zaniedbałem nieco cykl Erasta Fandorina, choć nigdy o nim nie zapomniałem i stale zamierzałem wrócić. No, ale nic nie tłumaczy faktu, że poprzedni jego tom – Lewiatan – pojawił się tutaj dawno, zbyt dawno temu, bo aż w maju 2013 i jeśli nie podkręcę tempa, to najprawdopodobniej w swoim życiu nie zdążę dotrzeć do jego końca. Zakładam, że w chwili śmierci nieukończenie cyklu nie będzie moim największym problemem, ale zawsze byłoby miło mieć jedno małe zmartwienie mniej i przeczytać całego Fandorina przed czasem, bo jestem przekonany, że warto. Powtórzę: warto. Wiedziałem o tym już wtedy, gdy czytałem poprzednie tomy i uświadomiłem to sobie na nowo, gdy tylko zacząłem lekturę Śmierci Achillesa. To jest po raz kolejny świetne – znajome, ale zarazem w jakimś sensie świeże, bo Akunin bardzo sprawnie potrafi urozmaicać swoje historie. Oto bowiem, po epizodach na froncie wojny rosyjsko-tureckiej i rejsie Lewiatanem (odpowiednio drugi i trzeci tom) Erast Fandorin wraca do ojczyzny. Zapowiada się więc nowy start, ale przeszłość jest zbyt podstępną suką, by miała tak łatwo naszemu bohaterowi odpuścić.

Czytaj dalej „Śmierć Achillesa – Boris Akunin”

Śnieżka musi umrzeć – Nele Neuhaus

sniezka_musi_umrzec01Akurat kryminałów nie brakuje, ale to jeszcze nie znaczy, że łatwo pośród nich wyłowić te rzeczywiście udane. Bo ustalmy coś między sobą: większość z nich opiera się na podobnych zasadach, operuje bliźniaczym i niczym się niewyróżniającym językiem, a coś, co w jednym z nich było oryginalnym zabiegiem szybko staje się sztampowe, gdy jest wykorzystywane po raz trzeci i czwarty. Bo tylko kolonoskopia się nie nudzi i dostarcza równie wiele emocji zarówno za pierwszym, jak każdym kolejnym razem. Ale wszyscy chcą pisać kryminały (i piszą) toteż zakres pomysłów i pole manewru zawęża się w zastraszającym tempie, szczególnie gdy pisarz bądź pisarka poza niepowtarzalnym pomysłem na poprowadzenie intrygi (przynajmniej w swojej ocenie) nie posiada warsztatu, który wyróżniłby ich pisaninę między tysiącami innych kryminałów. Efekt? Dzieło takie rzadko kiedy daje rzeczywistą przyjemność z samego obcowania z literaturą i jest zaledwie formą, w której przekazuje się jakąś historię – formą prostą, pozbawioną ozdobników i tożsamości, aby broń Boże czytelnik się nie zniechęcił jakimś niebanalnym zagraniem, dygresją czy rozdzieleniem wątków. Nie twierdzę, że prostota jest zła, ale im więcej czytam w miarę współczesnych kryminałów, tym częściej mam wrażenie, że pisane są one w zbliżonej, bardzo do siebie podobnej, nieskomplikowanej manierze. Problem z tą ich prostotą zaczyna się wtedy, gdy nie wciągnie mnie wątek fabularny, bo bez angażującej czytelnika intrygi te kryminały nie mają nic, czym mogłyby wynagrodzić czas im poświęcony. Żadnego ciekawego zabiegu stylistycznego, żadnej „złotej myśli”, żadnej przyjemności z lektury, która – owszem – płynie wartko, ale zarazem nie pozostawia nic po sobie.

Czytaj dalej „Śnieżka musi umrzeć – Nele Neuhaus”

Czarna Dalia – James Ellroy

czarna daliaDoszły mnie pewne słuchy na temat Jamesa Ellroya, więc postanowiłem poszukać jakichś namacalnych dowodów potwierdzających te niezwykle intrygujące opinie. Szpiegujące mnie na każdym kroku Google (co mi w sumie nie przeszkadza, bo nie mam nic do ukrycia) przekierowało mnie czym prędzej w znajome rejony bloga Bibliomiśka, którego przy okazji pozdrawiam, bo zdarzało się, że tu zaglądał – cześć! Znalazłem tam pewien wywiad z 2011 roku, którego lektura sprawiła, że wielokrotnie uśmiechnąłem się jak głupi do monitora, bo Ellroy rozbija w tej rozmowie bank megalomanii, a jego ego może służyć jako kula burząca. Pisarz sam siebie porównuje to do Beethovena (był taki grajek, ponoć niezły), to znów do Tołstoja, a przy okazji wymyśla sobie imponujące przydomki w rodzaju „demonicznego psa czarnej literatury”. Robi to aby uprzedzić tych wszystkich durnych pismaków, których stać jedynie na nazwanie go następcą Raymonda Chandlera, a akurat tego pisarza Ellroy nie ceni i wykreowanego przez niego Philipa Marlowe’a nazywa otwarcie „przestylizowaną pizdą”. Waginalną zniewagą oberwał także John F. Kennedy, „jebaka, którego bardziej od polityki kręciły cipki”, więc można założyć, że zamach uchronił go przed licznymi chorobami wenerycznymi. Ale James Ellroy potrafi być również nieco bardziej umiarkowanym w swoich poglądach, stąd Baracka Obamę określa jedynie fatalnym prezydentem, a Conana O’Briena delikatnie mówiąc pajacem (ale taka jego praca). Ceni za to twórczość m. in Dona DeLillo (przy okazji: chce ktoś sprzedać „Biały szum”?; płacę jak za prezydenta) oraz Dashiella Hammetta, więc jednak potrafi też nie być burakiem. Tak bezpośrednich, barwnych postaci nam trzeba i nie sposób Ellroyowi odmówić charyzmy nawet gdy sam przyznaje, że większość tego co robi, robi dla pieniędzy oraz promocji. No i na zdrowie James. Aha, poza tym, doszły mnie również słuchy, że podobno zupełnie przy okazji pisze on świetne kryminały.

Czytaj dalej „Czarna Dalia – James Ellroy”

Co nas nie zabije – David Lagercrantz

co nas nie zabijeTrochę mnie ciekawi, jakie myśli zmotywowały Lagercrantza do podjęcia się tego śmiałego zadania. Jeśli ktoś jeszcze nie wie o jakie wyzwanie chodzi, to przypominam, że Co nas nie zabije jest oficjalną kontynuacją głośnej trylogii Millenium, która jeszcze kilka lat temu wywindowała skandynawski kryminał jako gatunek na szczyty popularności wśród masowego czytelnictwa. Było to wydarzenie o wielkiej sile literackiego rażenia i jeśli ktoś się nie zetknął z tematem to prawdopodobnie żył w tamtym okresie w jaskini, albo pod jakimś głazem. Nawiasem mówiąc to mam wrażenie, że autor Millenium musiał umrzeć, by świat się przekonał jak udane powieści spłodził. Ale może to tylko wrażenie właśnie. Więc co z tymi motywacjami Lagercrantza? Bo niby można się zasłaniać wyzwaniem literackim i próbie dorównania Larssonowi, ale bądźmy szczerzy – autor oryginalnej trylogii jakimś wybitnym wirtuozem prozy nie był, a siła jego książek leżała według mnie w przemyślanej intrydze, krwistych postaciach i płynnym stylu, który przede wszystkim miał nie przeszkadzać w chłonięciu treści. W takim razie może chodzi o splendor i rozgłos, bo czy można sobie wyobrazić lepszą promocję dla mało znanego (szczególnie poza Szwecją) pisarza, jakim jest Lagercrantz? Owszem – ten musiał się przy okazji wykazać trochę jajami ze stali, a trochę śmiałą bezczelnością oraz wiarą we własne możliwości, ale kiedy już podjął decyzję to było jak wspomniałem: warsztatowo poprzeczka nie wisiała wcale na jakimś niebotycznym poziomie, a całą czarną robotę odwalił wcześniej sam Larsson, zostawiając następcy gotowy kryminał-instant. Bo bohaterowie wraz ze swoim rysem psychologicznym już gotowi, sprawdzeni, zatwierdzeni przez czytelników i – co najważniejsze – obdarzeni przez nich sympatią. Środowisko działania i relacje między postaciami również wyraźnie nakreślone, na dobrą sprawę wystarczyło więc zalać to wszystko wrzątkiem nowej intrygi, a potem patrzeć co z tego wyniknie. A ponieważ Lagercrantz jest również dziennikarzem śledczym i spiski to jego codzienność, to inspiracji fabularnych zabraknąć mu nie powinno. Wiem: wymądrzam się niepotrzebnie, tak jakby napisanie kryminału to była bułka z mleczkiem i kaszka z masłem, ale chciałbym przez to zwrócić uwagę, że być może poziom wyzwania wcale nie był tak wysoki, jak mogłoby się z początku wydawać.

Czytaj dalej „Co nas nie zabije – David Lagercrantz”

Sokół maltański – Dashiell Hammett

sokol-maltaskiTak. Ja również nie mam pojęcia czym jest to coś na okładce mojego egzemplarza Sokoła maltańskiego. Przed lekturą żyłem jeszcze nadzieją, że w jej trakcie ta tajemnica się wyjaśni, ale nie – nic z tego. Nie chcę też zgadywać, bo natura moich skojarzeń jest raczej bez związku z tematyką powieści, choć pytanie „co chciał nam przekazać autor tej ilustracji?” będzie mi towarzyszyć każdorazowo, gdy ją ujrzę. Mógłbym w tym miejscu dodać parę oklepanych, ale celnych uwag o ocenianiu książki po okładce, ale mi się nie chce. W zamian napiszę, że Hammett według wielu źródeł wiedzy uznawany jest za ojca czarnego kryminału – gatunku być może szerzej znanego jako noir. Czym w zasadzie jest noir? Tego rodzaju powieść powinna charakteryzować się przede wszystkim mocnym fatalizmem (łącznie z klasyczną femme fatale) i brakiem jednoznacznie określonych postaci. W sensie, że nikt tu nie jest do końca dobry, ani zły, a przynajmniej nikt z postaci pierwszoplanowych. Na kreacji bohaterów i bohaterek zasadza się siła gatunku, bo to od nich wywodzi się cały cynizm oraz gorycz przedstawionej historii. To dzięki ich wątpliwej moralności tempo wydarzeń jest odpowiednie, a dialogi cięte. Noir to tak naprawdę cały zespół cech, ale chyba udało mi się wymienić te najważniejsze. Jednakże byłoby wskazane, by główny bohater był przy okazji prywatnym detektywem działającym w latach 40. ubiegłego wieku, koniecznie nosił kapelusz, jednego papierosa odpalał drugim i siedział w swoim zadymionym biurze oczekując na kolejne zlecenie. W tle leciałby jakiś jazzowy kawałek. Wtedy w drzwiach (takich koniecznie z szybą z mlecznego szkła) staje elegancka, ponętna kobieta i drżącym głosem prosi go o pomoc. Noir jak w mordę strzelił!

Czytaj dalej „Sokół maltański – Dashiell Hammett”

Betonowy pałac – Gaja Grzegorzewska

Betonowy_mWstęp bym może jakiś napisał. Wypadałoby, żeby nie tak od razu na głęboką wodę z wiadrem pełnym betonu zamiast butów. Wobec tego w akapicie pierwszym i zapoznawczym napiszę, że Betonowy pałac aspiruje do miana polskiego kryminału z najwyższego szczebla, a o wysokiej jakości powieści próbują przekonać nas cytaty z Magdaleny Cieleckiej, zamieszczone tu i tam na okładce. To taka aktorka o warsztacie wąskim jak sztacheta, choć Kasia Cichopek depcze jej już po piętach, przynajmniej takie odnoszę wrażenie, bo na całym tym aktorstwie się w sumie nie znam. I wmawia się nam, czytelnikom, że niby Betonowy pałac to taka świetna lektura, męska, brutalna oraz wymarzony materiał na filmowy scenariusz. Prawda jest natomiast taka, że polska myśl reżyserska już nie takie rzeczy potrafiła koncertowo – przepraszam za wyrażenie – spierdolić, więc wypadałoby się z takimi odważnymi wnioskami pohamować i nie pchać od razu wszystkiego na ekran. Zresztą o ile sobie przypominam, to właśnie Magdalena Cielecka zagrała jedną z głównych ról w kamieniu milowym polskiej kinematografii, jakim z pewnością była ekranizacja S@motności w Sieci Janusza Leona Wiśniewskiego. Podejrzewam, że również była zachwycona potencjałem scenariusza, a film obecnie jest puszczany w zakładach penitencjarnych jako tortura i kołysanka zarazem. Czyli z aktorki żaden autorytet, bo gust ma najwyraźniej mocno wątpliwy, ale nie drżyjcie z obawy: szczęśliwie w sukurs przychodzę ja i zaraz ustalę czy Betonowy pałac jest warty uwagi, czy też od lektury książki można dostać literackiej biegunki i lepiej się nie zbliżać.

Czytaj dalej „Betonowy pałac – Gaja Grzegorzewska”

Dramat na polowaniu – Antoni Czechow

dramat-na-polowaniuWikipedia podpowiada mi, że Czechow (znany również jako Człowiek bez śledziony) napisał około dziesięciu dramatów, kilka najbardziej znanych opowiadań (o tych najbardziej nieznanych nie wspomniano) i ponad dwadzieścia nowel. Powieści w jego dorobku doliczono się aż jednej – Dramatu na polowaniu właśnie. Czytając tę książkę nawet nie wiedziałem na jak wyjątkowe dzieło trafiłem, bo okazuje się, że Czechow powieści nie pisał. I teraz mówią mi, żebym się za bardzo nie sugerował, bo z wszystkiego co stworzył Antoni, ja trafiłem na coś dalekiego od jego literackiej natury, coś dalece niereprezentatywnego i coś, co może być rozpatrywane jedynie w kategoriach autorskiego eksperymentu oraz kaprysu. Bo obudził się w Czechowie duch parodysty i to miała być swoista karykatura oraz satyra w związku z ówczesną popularnością kryminałów. W takim razie przez przypadek wyszedł mu świetny, jak na XIX-wieczne realia, kryminał i teraz nie wiadomo, czy poczytywać to jako porażkę Czechowa na gruncie satyrycznym, czy raczej jako pokaz jego wszechstronności literackiej? Pytanie pozostanie bez odpowiedzi, bo za mało w życiu Czechowa czytałem (do tej pory wcale) i zbyt rzadko jadam na obiad warzywa (czasem zupę szczawiową), by móc stawiać w tej kwestii uargumentowane wyroki. Autora znam więc jedynie od strony Dramatu na polowaniu, ale dzięki temu mogę też szpanować, że przeczytałem w życiu wszystkie powieści Czechowa i będzie to całkowitą prawdą. Szalenie imponujące.

Czytaj dalej „Dramat na polowaniu – Antoni Czechow”

Lewiatan – Boris Akunin

lewiatan kopiaSzokująca zbrodnia w arystokratycznej dzielnicy wstrząsnęła Paryżem. Znany i szanowany wśród mieszkańców lord Littleby został bestialsko zamordowany we własnej willi na rue de Grenelle, wieczorem 15 marca 1878 roku. Będąc precyzyjnym trzeba dodać, że fragment jego czaszki na stałe rozstał się z resztą ciała. Będąc jeszcze bardziej precyzyjnym: przy okazji bałaganu z mózgiem lorda rozsmarowanym po całym pokoju, na parterze odnaleziono dziesięć innych zwłok, tym razem grzecznie usadzonych wokół stołu i, co rozczarowujące, u każdego denata odnotowano całą czaszkę. Jak to się mówi w branży pogrzebowej – wyglądali, jakby zasnęli (poza kilkoma wykrzywionymi w przedśmiertnym grymasie twarzami). Zgodnie uznano, że doszło do morderstwa, wielokrotnego nawet. Rozwojową sprawę prowadzi komisarz Gauche, rumiany prawie-emeryt, a pewne istotne poszlaki zaprowadzą go na rozhuśtany pokład Lewiatana – luksusowego statku wyruszającego właśnie na swój pierwszy, dziewiczy rejs wokół Eurazji. Paryski śledczy ma wszelkie prawa podejrzewać, że na Lewiatanie znajduje się morderca lorda Littleby i z zaangażowaniem podejmuje się zadania jego wykrycia. Traf chciał, że jednym z pasażerów jest zajmujący kajutę numer osiemnaście i udający się z dyplomatyczną misją w kierunku Japonii nie kto inny, jak doskonale nam znany, fanfary, Erast Fandorin. Będąc po raz kolejny precyzyjnym dodam, że nasz bohater jest jednym z podejrzanych. Zaznajomieni z Fandorinem czytelnicy pewnie uniosą brwi w geście zainteresowania, a niezaznajomieni wzruszą pewnie ramionami – im polecam lekturę pierwszego tomu – Azazela.

Czytaj dalej „Lewiatan – Boris Akunin”

Jaskinia filozofów – José Carlos Somoza

jaskinia-filozofowSomozę już znamy. „Klara i półmrok” pomimo wahań formy i pewnych udziwnień, była lekturą więcej niż znośną, z udanym wątkiem kryminalnym i dla równowagi mało przekonującym założeniem hiperdramatyzmu, który był pomysłem tak absurdalnym, że nawet moja autokorekta w kreatorze tekstu przypomina mi czerwonym szlaczkiem o jego niedorzeczności. Cóż, każdemu zdarzają się potknięcia, jednak doceniam u Somozy pewną samodzielność, kreatywność i chęć, aby powieść o zabijaniu człowieka przez innego człowieka, by tego drugiego mógł potem ścigać trzeci człowiek (nuda!) uatrakcyjnić w jakiś niekonwencjonalny sposób. Ten cały hiperdramatyzm nie sposób uznać niczym innym, jak kocopołami (precz z autokorektą!), ale pierwsze śliwki-robaczywki za płoty, więc skusiłem się na ponowne podejście do Somozy. A trzeba wiedzieć, że „Jaskinia filozofów” jest polecana w większości modnych ostatnio zestawień kryminałów spoza Skandynawii i już to samodzielnie powinno wystarczyć na zachętę. Dodatkowym bodźcem (dla mnie kluczowym i decydującym) okazały się realia powieści, bo starożytna Grecja zawsze jest w stanie przyciągnąć moje skupienie oraz uwagę. I wcale nie dlatego, że funkcjonowało wtedy społeczne przyzwolenie na to, by starzy i obowiązkowo brodaci filozofowie oraz poważani artyści urządzali homoseksualne orgietki z nastoletnimi efebami o młodych, umięśnionych i błyszczących od oliwki ciałach. A teraz to nawet poczciwego trójkąta zorganizować nie wolno, bo sąsiedzi dzwonią po policję, że za głośno. Pewnie, bo taki chaos, że nie wiadomo za co się złapać. Stąd zrozumiała moda na kneblowanie (ja tam nie wiem o czym w ogóle piszę, ale kolega opowiadał, więc chciałem się podzielić).

Czytaj dalej „Jaskinia filozofów – José Carlos Somoza”

Trzy sekundy – Börge Hellström, Anders Roslund

Nie uwolnimy się. Z półek atakuje nas skandynawska literatura. Z lodówki wypadają kolejne tomy szwedzkiej i norweskiej powieści. Media donoszą o każdym nowo koronowanym królu skandynawskiego kryminału, bo rotacja na tronie większa niż w ochronie kas Tesco. Można się irytować, można się z tego śmiać, ale można również postawić stówę przeciw garści orzechów, że się nie uwolnimy. „Trzy sekundy” to podobno zdobywca tytułu najlepszej szwedzkiej powieści kryminalnej 2009 roku, ale kto by ich tam sprawdzał, czy rzeczywiście tak było i co za autorytet tak zadecydował. Niemniej ciekawe, że dopiero teraz, po trzech latach, ukazuje się polski przekład powieści. I choć „Trzy sekundy” figurują w bibliografii autorów jako piąta część cyklu (z czego po polsku ukazały się trzy, a czwarta z niezrozumiałych przyczyn została pominięta) to z powodzeniem i bez poczucia dyskomfortu można czytać ją jako samodzielne dzieło. A już na wstępie przyznam szczerze, że przeczytać warto. Powieść Roslunda i Hellströma może bowiem się pochwalić swoistym magnetyzmem, za którym nieco tęskniłem od czasu Larssona. Tak! Właśnie w pełni świadomie porównałem „Trzy sekundy” do trylogii Millenium (prawdopodobnie już uznanej za dobro narodowe Szwecji). Nie w kwestii tematyki, bo to bardziej thriller, niż kryminał, ale w potencjalnej zdolności do przyciągnięcia wzroku czytelnika, że to tak skomplikowanie nazwę. No, cholernie dobrze się to czyta, po prostu.

Czytaj dalej „Trzy sekundy – Börge Hellström, Anders Roslund”

Niezwykła podróż Pomponiusza Flatusa – Eduardo Mendoza

Wyobraź sobie mężczyznę (choć łatwo powątpiewać w kwestii jego dojrzałości, za którą przemawia jedynie metryka) częściowo siedzącego, częściowo leżącego na skrzypiącym przy każdym poruszeniu krześle. Wyobraź sobie tego samego chłopka wpatrzonego w mrugający kursor na monitorze, głaszczącego czule klawiaturę z resztkami jedzenia między klawiszami. W końcu wyobraź sobie go odzianego w koszulkę z Myszkiem Miki i zajadającego gumisie Haribo z półkilogramowego zbiorniczka stojącego na biurku. Już? To było łatwe, prawda? Następnie odpowiedz sobie na pytanie, czy tego rodzaju twór wyobraźni mógłby być autorytetem w jakimkolwiek temacie. Na przykład literatury. Czy istnieje sposobność, by jego rekomendację potraktować poważnie? By jego nieuczesane myśli – spisane między pierwszym czerwonym a ostatnim białym gumisiem – były na tyle przekonujące, aby kogokolwiek zmusiły do sięgnięcia po daną lekturę? Jak na mój gust, to nie bardzo. Miej to na uwadze teraz i w przyszłości, a wszystkim będzie łatwiej. Ty się nie rozczarujesz przewracając ostatnią stronę powieści, a ja uniknę odpowiedzialności.
Dobra, sięgam po garść gumisiów i może wreszcie uda mi się napisać coś o książce Mendozy. Wypadałoby.

Czytaj dalej „Niezwykła podróż Pomponiusza Flatusa – Eduardo Mendoza”

Długie pożegnanie – Raymond Chandler

Gdyby ktoś mnie zapytał o ulubiony gatunek literacki, to po pierwsze miałbym problem ze wskazaniem jakiegokolwiek, a po drugie na pewno nie przyszedłby mi do głowy kryminał. To takie mało wyszukane! A tymczasem, kiedy spoglądam na półkę, to dostrzegam tam dosyć liczną grupę grzbietów reprezentujących tenże gatunek. Czyli co? Wychodzi na to, że jednak nie jestem tak wyjątkowy i mam genetycznie zaprogramowaną potrzebę sięgnięcia czasem po powieść, gdzie mężczyźni są bystrzy i twardzi, kobiety piękne i zabójczo zdradliwe, a zwłoki zamordowane na śmierć. I niech się zatnę boleśnie kartką papieru podczas lektury, jeśli oczekuję od każdego kolejnego kryminału czegoś niebanalnego, nieszablonowego. Nie, już nie – wyleczyłem się z tego rodzaju wymagań. Gatunek ten cenię za niewątpliwą satysfakcję płynącą z samodzielnie rozwikłanej zagadki, albo przynajmniej z podjętych prób jej wyjaśnienia. Jak przy oglądaniu Scooby-Doo. Za zarażenie czytelnika detektywistyczną gorączką, igranie z nim, stopniowe podsuwanie mu cennych informacji, ale i mylnych tropów, w myśl zasady „a niech się pogłowi, głupek”. I ja się głowię! W przypadku „Długiego pożegnania” przymykam oko na gatunkowe klisze i drążąc w lekturze, wiążę fakty oraz cierpliwie oczekuję rozwiązania zagadki zbrodni. I jeśli wydaje Ci się, że w połowie książki stwierdzisz z przekonaniem „mordercą jest ogrodnik”, to wiedz, iż nawet jeśli strzelisz celnie, to będzie to zaledwie jedna, wierzchnia warstwa smacznego ciasta o nazwie „intryga”. Tajemnica sięga o wiele głębiej, choć zadanie stojące przed czytelnikiem jest znacznie utrudnione – w fabule nie pojawia się żaden ogrodnik.

Czytaj dalej „Długie pożegnanie – Raymond Chandler”

Wada ukryta – Thomas Pynchon

W ramach cyklu „Spotkajmy się z pisarzami, którzy spotkać się z nami nie chcą” przedstawiam Thomasa Pynchona. Jeśli Cormac McCarthy jest uznawany za tajemniczego autora, to jak należałoby określić Pynchona (urodzonego w 1937 roku), którego ostatnie oficjalne zdjęcie pochodzi z czasów studenckich? Skromny? Intrygujący? Aspołeczny? Jakkolwiek by go jednak nie nazwać, nie zmieni to faktu, że szeroko rozumiana krytyka okrzyknęła Pynchona wielkim współczesnym powieściopisarzem amerykańskim, ustawiając go w jednym szeregu między innymi z McCarthym właśnie. Ponieważ nie wierzę na słowo ludziom, których namacalnie nie znam, postanowiłem osobiście przekonać się co do trafności tej charakterystyki. „Wada ukryta„, najnowsza powieść autora, która trafiła w me dłonie całkowicie nieoczekiwanie, była ku temu okazją nie do pogardzenia i choć wolałbym znajomość z Pynchonem zacząć od którejś z jego wcześniejszych i szerzej zachwalanych powieści („Tęcza grawitacji„, „Mason i Dixon„), to jednak nie zawsze dostajemy to, na co zasługujemy. I nie zawsze zasługujemy na to, co dostajemy. Czyli równowaga jest zachowana. Spójrzmy więc.

Czytaj dalej „Wada ukryta – Thomas Pynchon”

Związek żydowskich policjantów – Michael Chabon

Facet to jednak raz na jakiś czas potrzebuje kryminału. Problemem może być tutaj jedynie odpowiedni dobór lektury, bo co jak co, ale biedy ten gatunek to chyba nigdy nie odczuł. Półki w księgarniach od zawsze uginały się, tocząc nierówny bój z grawitacją i kolejnymi tomami obszernych serii kryminalnych. A gdyby tak czytelnik chciał przeczytać jakąś odrębną powieść, za którą nie stoi kolejnych osiem/trzydzieści osiem tomów i która sama w sobie tworzy zamkniętą całość? No, tutaj jest już gorzej (wiem, dramatyzuję), bo o ile fakt zaistnienia wieloczęściowej serii gwarantuje pewien wysoki poziom literacki (wszak kto by pisał drugą i kolejne części, gdyby debiut okazał się klapą?), to w przypadku pojedynczego, osamotnionego kryminału nikt czytelnikowi takiej gwarancji nie da. I tutaj z pomocą przychodzi komisja jury (w zaszczytnym składzie: ja), która pochwali i poleci „Związek żydowskich policjantów” każdemu zainteresowanemu, choć nie zawaha się też wytknąć powieści kilku klisz. Posiedzenie czas zacząć.

Czytaj dalej „Związek żydowskich policjantów – Michael Chabon”

Klara i półmrok – José Carlos Somoza

Pierwsze, co się rzuca w oczy w przypadku tej powieści, jeszcze zanim na dobre rozpoczniemy lekturę, to fakt, iż polski przekład przygotowały trzy tłumaczki (wyd. Muza, Warszawa 2009 – mój egzemplarz pachnie ślicznie). Dosyć zastanawiające zagranie i chętnie poznałbym przyczyny takiego osobliwego zabiegu, bo „Klara i półmrok” nie jest jakimś literackim molochem, żeby do przekładu angażować aż trójkę kobiet, a poza tym, gdzie kucharek sześć, tam musztarda po obiedzie i sporo menstruacyjnego nabzdyczenia. Ale porzućmy już te zbędne dywagacje, bo oto dostąpiliśmy zaszczytu obcowania z kryminałem, który nie pochodzi z kraju skandynawskiego. Co więcej, powstał on na półwyspie iberyjskim i wyszedł spod ręki Hiszpana urodzonego na Kubie, więc koło wyeksploatowanych mroźnych klimatów on nawet nie stał. Oczywiście nieco po raz kolejny wyolbrzymiam, ale czasami mam wrażenie, że na jeden kryminał spoza Skandynawii przypadają cztery szwedzkie, dwa norweskie i jeden jakiś duński nawet się trafi. Tym bardziej należy docenić okazję do rozgrzania gatunku nieco cieplejszym klimatem, choć przecież „Klara i półmrok” ma już dekadę na karku.

Czytaj dalej „Klara i półmrok – José Carlos Somoza”

Morderca bez twarzy – Henning Mankell

Będzie krótko. Rok 1990 kojarzy mi się z wielkim, zagranicznym kalendarzem z Myszką Miki, ozdabiającym wtenczas ścianę mojego pokoju. Ilekroć budziłem się rankiem, to me oczęta atakował tenże kalendarz i uśmiechnięta, opierająca się łokciem o Garbusa cabrio maskotka Walta Disneya. Gdy sobie pomyślę, że Mankell w tym samym czasie pisał pierwszy tom serii traktującej o Kurcie Wallanderze, to ogarnia mnie pewne rozrzewnienie i pokora nad szwedzkim autorem. To powoduje wewnętrzne zahamowania i zmusza do zweryfikowania mojego podejścia do „Mordercy bez twarzy” – powieści, która pojawiła się rynku w czasach, gdy ja sam byłem małym pypciem – dumnym posiadaczem kolekcji resoraków i zestawów Lego. Trudno mi więc oceniać ją surowo, bo nie przetrwała ona próby czasu. Mająca dwie dekady na grzbiecie książka, ma niewiele do zaproponowania dzisiejszemu czytelnikowi, o ile ten nie traktuje jej sentymentalnie.

Czytaj dalej „Morderca bez twarzy – Henning Mankell”