Droga królów – Brandon Sanderson

droga-krolowTrochę dobrego się o tym cyklu naczytałem, a przecież nawet nie szukałem o nim informacji i opinii. Sanderson pojawiał się jakoś przy okazji, w luźnym powiązaniu z aktualnym tematem dyskusji, niejako na uboczu, nieproszony, na krzywy ryj wręcz. A to ktoś wspomniał, że przeczytał kolejny tom cyklu i jest zachwycony, że Sanderson utrzymuje wysoką formę – powiedzmy, że brzmi to jak zachęta. Ktoś inny pytał o jakiś godny uwagi tytuł z gatunku fantasy i na proponowanej przez innych czytelników liście – mniej lub bardziej oryginalnej – zawsze zaplątała się gdzieś Droga królów, albo od razu cały cykl (Archiwum Burzowego Światła). Do kroćset fur beczki – pomyślałem – muszę w końcu tego Sandersona sprawdzić, bo nie odpuszczą. Tacy są najgorsi. Będą wiercić dziurę w brzuchu, wypominać, namawiać, póki nie ulegniesz. Nie teraz, to wrócą za tydzień, miesiąc, rok – to pewne jak poranny namiot. Siłą rzeczy zainteresowałem się więc lekturą, czyli blisko tysiącem stron pierwszego tomu, mając w perspektywie kolejne tysiące w kolejnych tomach. W dodatku notka na tylnej okładce nieszczególnie zachęca i brzmi po prostu banalnie, czytałem takich setki. Lepiej, żeby to było warte mojego czasu i wzroku, bo jeśli nie… to absolutnie nic na to nie poradzę.

Ale to zawsze jest w jakimś stopniu ekscytujące. Mam na myśli urok i przyjemność poznawania nowego, innego świata, wytworu niezwykłej fantazji autora. Zakładając, że ten w ogóle się w tej materii wysilił i wymyślił coś własnego, zamiast tylko posługiwać się wytartymi jak moje prześcieradło kliszami. A Sanderson z pewnością odrobił zadanie domowe. Wykreowany przez niego Roshar jest szalenie finezyjny i niepowtarzalny w swoim charakterze. To świat cyklicznie nawiedzany przez Arcyburze i skrzący się ich potężnym blaskiem. Burzowe Światło jest tutaj wszystkim: napełnione nim klejnoty są jednocześnie walutą i głównym źródłem… no, oświetlenia. Jest również esencją nieprzeciętnej mocy, odpowiednika tutejszej magii, ale aby móc się nią posługiwać trzeba mieć ku temu predyspozycje, więc nie każdy skorzysta. No i przede wszystkim są Pancerze Odprysku oraz Ostrza Odprysku – napełnione Burzowym Światłem elementy uzbrojenia dające właścicielowi nieprawdopodobną moc – jeden Odpryskowy Rycerz potrafi przechylić wynik bitwy na korzyść strony; to chodzące machiny wojenne, niszczyciele armii wroga, Goliaci w pełnych zbrojach pośród Dawidów w przepaskach na biodrach. Czołgi pośród Fiatów 126p.

Mogę sobie wyobrazić, że wszystko czego dotyczy powyższy akapit nie brzmi przesadnie oryginalnie, ale koncepcja Sandersona jest wystarczająca, by od początku zaintrygować czytelnika, a być może nawet go zafascynować, więc motywacji do dalszego czytania nie powinno zabraknąć. A przecież to nie zamyka tematu, bo do kwestii Burzowego Światła wypada doliczyć nieprzeciętną faunę i florę Rosharu dostosowaną do niecodziennych warunków życia, gdzie nawet pojedyncze rośliny chowają się w glebie na czas trwającej Arcyburzy, bo jeśli w porę nie znajdziesz przed tą potężną siłą natury schronienia to jest równoznaczne z wyrokiem śmierci.

Co jeszcze? Tutejszej polityki trochę i związanych z nią spisków, koniecznie. Jednak nawet te wątki muszą dostosować się do zasad panujących w tym świecie i jego licznych protokołów społecznych. A poznawanie ich i przyswajanie to jedna z największych przyjemności płynąca z lektury, bo Sanderson stara się wszystkiemu nadać jakiejś aury świeżości i wyróżnić się z tłumu, abyśmy nie musieli Drogi królów znudzeni czytać mechanicznie. Autor co jakiś czas absorbuje nas nowymi informacjami, które poszerzają naszą wiedzę o Rosharze, a my musimy poświęcić chwilę uwagi na analizę nowej reguły świata oraz jak ona wpływa na już poznane. I nikt mi nie wmówi, że nie jest to zaletą każdej powieści gatunku, bo właśnie tego ekscytującego uczucia odkrywania „nieznanych lądów” czytelnik fantasy najczęściej szuka. Sanderson zdaje się o tym wiedzieć, więc dostarcza pożywki i to jeden z jego sukcesów.

Roshar to świat, w którym mężczyźni nie potrafią czytać. No, przynajmniej w większości. Bo przecież czytanie jest takie dziewczyńskie, więc to kobiety zajmują się lekturami dawnych ksiąg, to one pełnią tutaj rolę tej uczonej części cywilizacji. Gary zamieniły na książki, sprytnie. A faceci? Do wojaczki oczywiście, bo wywijać żelastwem to każdy potrafi, z lepszym lub gorszym skutkiem. I jeśli Roshar jest szalenie oryginalny w wielu kwestiach, to w jednym się nie rożni od pozostałych – ciągle gdzieś się ktoś z kimś tłucze, stale jest jakaś bitwa do stoczenia i wojna do wygrania. Droga królów co jakiś czas zabiera nas na Strzaskane Równiny i raczy sceną batalistyczną. Jak Sandersonowi idzie ich kreowanie? Są bez wątpienia wartkie, wciągające i, co ważne, czytelne. A ich apogeum, do którego dochodzi pod koniec tomu to spektakularne i angażujące starcie pełne cieszących wyobraźnię czytelnika scen, podczas których naprawdę trudno pozostać obojętnym i gdyby nie fakt, że trzeba przewracać kartki książki, to nawet bym nie puszczał kciuków trzymanych za powodzenie bohaterów. Próbowaliście kiedyś przewracać strony bez pomocy kciuków? Tortura.

Jeśli już przy bohaterach jesteśmy, to czuję się w pewnym obowiązku wspomnieć, że jest ich troje. Kaladin to były włócznik, obecnie dezerter i niewolnik. Shallan to młoda oszustka z misją uratowania własnego rodu. Dalinar to arcyksiążę uczestniczący w wojnie, honorowy do przesady i dręczony niezrozumiałymi wizjami. Wszyscy oni na przestrzeni tomu znacznie ewoluują, a ich priorytety się zmieniają, więc nie przywiązywałbym większej uwagi do powyższych, krótkich opisów. Ponoć jest jeszcze czwarty bohater, który bez wątpienia będzie istotny dla fabuły cyklu, ale – tak między nami – póki co pojawia się epizodycznie i swoją obecnością nie naznacza treści Drogi królów tak intensywnie jak wspomniana trójka.

Bo wiadomo, że ten opasły, z ciasno upchanym tekstem tom to zaledwie początek opowieści. Trzeba być tego świadomym i liczyć się z faktem, że przeczytanie całego cyklu to zadanie na wiele, wiele jesiennych wieczorów, więc niektórzy pewnie wolą nawet nie zaczynać. W sumie to nawet nie wiem czy Sanderson już zakończył Archiwum Burzowego Światła, czy jeszcze coś tam skrobie, ale to dla mnie nieistotne, bo do Rosharu i tak zamierzam za jakiś czas wrócić. Co prawda Droga królów nie rozkochała mnie w sobie doszczętnie, ale zaoferowała wiele rozkosznych chwil oraz odebrała wiele godzin snu, który wolałem poświęcić na lekturę. Wyczuwam w tym cyklu oczywisty potencjał na coś więcej (być może wreszcie rozkochanie) i dla mnie to taka pewna inwestycja: nawet jeśli Sanderson nie przeskoczy pewnego poziomu, to i tak będzie warto przeczytać całość, bo to misternie obmyślone, fascynujące i przyjemne w lekturze dzieło. Normalnie byłbym zachwycony, ale póki co zachowam powściągliwość, by zostawić sobie margines ekscytacji na przyszłe tomy cyklu.

Więc do ponownego zobaczenia przy okazji Słów Światłości, chorzy od powietrza ludzie z nizin.

2 uwagi do wpisu “Droga królów – Brandon Sanderson

  1. Cóż, Sandersonowi trzeba przyznać, że co jak co, ale nowe światy potrafi kreować. Tu już nawet nie chodzi o rodzaj magii, arcyburze czy nawet podział na jasno- i ciemnookich. Ale te wszystkie szczegóły typu: bezpieczna dłoń, łączotrzciny, parshmeni, dzień powszedni w różnych kulturach, niuanse religijne itp. W połączeniu z dobrze zarysowanymi i wciąż ewoluującymi bohaterami- naprawdę dobra robota!

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s