Ostatni Powiernik Pierścienia – Kirył Jeskow

ostatni powiernik1Na półkach stoją i czekają literackie nowości oraz zaległości, a ja po raz trzeci czytam powieść Jeskowa. Zastanawiałem się nawet przez chwilę, co ten fakt może oznaczać i czy ta książka rzeczywiście jest tak dobra, by stale do niej wracać. Chyba sam sobie w tej kwestii nie ufam, stąd co kilka lat czuję potrzebę zweryfikowania swojej opinii na temat Ostatniego Powiernika Pierścienia – ponownego przekonania się czy entuzjazm, którym obdarzyłem tę powieść osiem lat temu miał sensowne podstawy i, co ważniejsze, czy przetrwały one do dziś. Wtedy dzieło Jeskowa podobało mi się zaskakująco mocno, elektryzowało mnie i absorbowało, a lekturę polecałem nie tylko każdemu fanowi Tolkiena, ale również (a może przede wszystkim) każdemu, kto jego prozie nie dał się uwieść. Bo zbyt patetyczna, bo zbyt rozwleczona, rozbuchana, bo za dużo w niej czerni i bieli oraz karłów z zaniedbanymi stopami. Bo zabrakło w nim smoków i seksu. Osobiście uwielbiam trylogię Władcy Pierścieni, ale z różnymi opiniami oraz argumentami na jej temat się spotykałem, więc jestem wyrozumiały i Tolkiena za wszelką cenę bronił nie będę (przynajmniej nie tu i teraz). Natomiast łatwo się domyślić, że Ostatni Powiernik Pierścienia silnie nawiązuje do szeroko znanej historii Frodo Bagginsa i Wojny o Pierścień, a gdyby ktoś nadal miał wątpliwości, to powieść Jeskowa ukazała się w Polsce również pod dźwięcznym marketingowo tytułem Ostatni Władca Pierścienia. Preferuję trafniejszego powiernika, bo choć pewien pierścień się tutaj pojawia, to jest tylko i wyłącznie pierścieniem: kawałkiem stopu, niewiele znaczącym suwenirem, więc nie za bardzo jest czym buńczucznie władać.

Czytaj dalej „Ostatni Powiernik Pierścienia – Kirył Jeskow”

Reklamy

Sputnik Sweetheart – Haruki Murakami

sputnik_sweetheart-Co z tym Murakamim, to ja już sam nie wiem. Nazwisko popularne i stale pojawiające się w towarzystwie opinii, że idą za nim miliony fanów na całym świecie, że czytają, że uwielbiają. Może go z kimś mylą. To, że we własnym kraju Murakami bywa ubóstwiany jestem jeszcze w stanie zrozumieć, bo Japończycy to jednak naród specyficzny i w kwestii mody nadążyć za nimi nie sposób. Ale co z resztą świata i w czym tkwi źródło rzekomej popularności tego autora? Bo niech mnie regał z książkami przygniecie, jeśli w jakości jego pisarstwa. O szerokim rozprzestrzenieniu murakamizmu niech świadczy fakt, że co jakiś czas trafiają do mnie (zazwyczaj w dziwnych okolicznościach) jego książki, chociaż wcale ich nie szukam. Same się narzucają, niczym jakieś pijane nastolatki. I czytam je, bo tak w przypływie chwili obiecuję osobie, od której pożyczam, a słowa dotrzymywać lubię, choć nie zawsze mam na to ochotę. Próbuję przy okazji zrozumieć przyczyny tego fenomenu, bo Murakami pojawiał się u mnie już dwukrotnie, ale na kolana nikogo nie rzucił (w komentarzach dominuje słowo rozczarowanie), choć akurat Norwegian Wood z niezrozumiałych dla siebie przyczyn uważam za dobrą historię, głównie dzięki postaci lekko zbzikowanej, bezpośredniej Midori, która nadal siedzi mi w pamięci, a to już coś. I jedynie nadzieja na spotkanie z podobnie udaną kreacją bohaterki spontanicznie popchała mnie do następnej książki Murakamiego. Przeczytałem Sputnik Sweetheart, a moja wiara w tego autora stygnie z każdym dniem, niczym zwłoki porzucone w lesie.

Czytaj dalej „Sputnik Sweetheart – Haruki Murakami”

Poszukiwany Jesse James – Desmond Barry

jesseCiemna, bezksiężycowa noc. Spomiędzy drzew, niczym pojedynczy świetlik wyłania się rozżarzona lampa naftowa, a tuż za nią ludzka sylwetka, bo lampy naftowe z natury nie lewitują i wypadałoby, aby ktoś ją jednak trzymał. Mężczyzna przystaje tuż przy torach kolejowych, odstawia lampę, wchodzi między szyny i przyklęka – kładzie się wręcz – przykładając ucho do zimnej stali. Zamyka oczy i zastyga w bezruchu, czujnie nasłuchując oraz wyczulając zmysły na drżenie tej monstrualnej struny. Przytłumione, ledwie słyszalne: łup, łup, łup, nieuchwytna wibracja. Mężczyzna otwiera oczy i energicznie prostuje sylwetkę. Zgodnie z rozkładem, krzyczy. Ukryci w głębi lasu pozostali mężczyźni gaszą własne lampy, wszyscy naciągają na twarz zawiązane wokół szyi chusty. Ten przy torach pochyla powoli głowę i wpatruje się w coraz wyraźniej drżące pod jego nogami szyny, a kamyki między podkładami zaczynają nieznacznie tańczyć. Mężczyzna podnosi wzrok i wędruje nim wzdłuż dwóch srebrnych nitek, w dal, w węglowy mrok. Kamera podąża za jego spojrzeniem. Pośród czerni słychać monotonne, jednostajne dudnienie, jęk setek ton stali, a daleką ciemność zaczyna rozjaśniać snop coraz bardziej jaskrawego światła. Niepokojąco piękna muzyka Nicka Cave’a i Warrena Ellisa dokłada swoją cegiełkę w budowie atmosfery. Zaczyna się robić coraz jaśniej, jak w dzień, a stopniowo ogarniający całą okolicę oślepiający blask jest szatkowany jedynie przez wątłe drzewa rosnące tuż przy usypisku, rzucające wąskie, ruchome cienie. Pociągowi przypatrują się zahipnotyzowani zamaskowani mężczyźni, a jeden z nich, ten pozostający nadal przy torach, odstawia spokojnie na ziemię ciągle palącą się lampę i – jak w teatrze cieni – na tle reflektora z odległej jeszcze lokomotywy wspina się na stertę pni, bel drewna oraz prawdopodobnie kamieni, które zagradzają dalszą drogę zbliżającemu się stalowemu kolosowi. Mężczyzna ponownie zastyga w wyzywającym bezruchu. Rozlega się pisk, pióropusze iskier eksplodują spod kół. Maszyna zatrzymuje się tuż przed gruzowiskiem, a desperacki wysiłek włożony w wyhamowanie rekompensuje sobie wypluciem obfitej ilości gorącej pary, która natychmiast szczelnie wypełnia cały ekran, pochłania wszystko, wraz z mężczyzną na szczycie bariery – nadal spokojnym i jakby oczekującym. W oddali słychać pierwsze strzały i przytłumione okrzyki. Rozpoczyna się rabunek.

Czytaj dalej „Poszukiwany Jesse James – Desmond Barry”

Gniazdo światów – Marek S. Huberath

Myślałem, namiętnie myślałem i stwierdziłem, że trudno mi będzie uniknąć w tej recenzji pewnych kluczowych kwestii dotyczących idei „Gniazda światów”, o których wolałbym nie wspominać, by nie psuć zabawy innym. Rzecz dla mnie nieprzyjemna, bo zdaję sobie sprawę, że cały koncept to najmocniejszy element powieści, ale trudno bez jego opisania podjąć się jakiegokolwiek wyrażenia opinii i odczuć związanych z książką. Jednocześnie opisując jego założenia, odbieram przyszłemu czytelnikowi możliwość samodzielnej wyprawy poznawczej wgłąb treści, a samo „Gniazdo światów” odzieram ze składnika czyniącego powieść niepowtarzalną, unikającą przeciętności, a nade wszystko zaskakującą. W zasadzie nie odzieram w ścisłym znaczeniu, bo on nadal tam jest, ale element zaskakujący przestaje być zaskakującym, jeśli wiesz co mam na myśli. To tak, jakby zedrzeć z kobiety intrygującą kieckę – golaska nic nie traci ze swojej kobiecości, ale nam już zaczyna brakować przyjemnego łaskotania ciekawości w brzuszku. No trudno, mnie też nikt w życiu nie oszczędzał, ale bez obaw, zdradzę jedynie niezbędne minimum, żeby cokolwiek zostało w zanadrzu i recenzja nie zastąpiła lektury.
Chaotycznie zacząłem, ale może to i lepiej.

Czytaj dalej „Gniazdo światów – Marek S. Huberath”

Wiedźmin (saga) – Andrzej Sapkowski

Kim jest Geralt z Rivii i czym dla polskiej literatury fantastycznej są jego przygody nie trzeba pisać. Andrzej Sapkowski w latach 90. zeszłego wieku stworzył sagę, która rozkochała w sobie miliony. Udało mi się wejść w posiadanie edycji kolekcjonerskiej Wiedźmina, stylowego, czarnego zestawu sześciu tomów (pięcioksiąg właściwy, plus zestaw opowiadań), w twardej oprawie z autografem samego autora. Nadrukowanym na grzbietach, żebyście nie myśleli, że Sapkowski był u mnie na Sylwestra i własnoręcznie wykoślawił swoją sygnaturkę. Nie pozwoliłbym na tego rodzaju niszczenie moich przyjaciółek – książek. Wracając jednak do meritum,  do czytania zabrałem się z zapałem, który stracił jednak nieco ochłonął, gdy okazało się, że pierwszy tom to dwa zbiory opowiadań („Ostatnie życzenie” i „Miecz przeznaczenia”). Nie jestem fanem tychże, preferuję raczej konkretną, zbitą w całość powieść, bez rozdrabniania się w niekoniecznie połączone ze sobą wspólną intrygą nowelki. Jednak w tym przypadku warto przez nie przebrnąć, bo kilka wątków w nich poruszonych odbije się szerokim echem we właściwym pięcioksięgu. Opowiadania pełnią funkcję czysto poznawczą, wprowadzającą nas w klimat powieści, w mroczny świat wykreowany przez autora. Dla lepszego odbioru wypada je przeczytać, bo przynajmniej jedna z nich stanowi swoisty prolog dla głównej sagi. Następnie z czystym sumieniem możemy wziąć się za „Krew elfów”, który daje początek jednej, długiej powieści. Od razu poczułem się pewniej.

Czytaj dalej „Wiedźmin (saga) – Andrzej Sapkowski”

Niewidzialne potwory – Chuck Palahniuk

Nie jest tajemnicą, że do Palahniuka mam słabość, bo niezwykle łatwo trawię jego prozę, gęstą od cynizmu, czarnego humoru i ironii. Normalny to on też do końca pewnie nie jest, ale kogo to interesuje, bo na pewno nie mnie. Życia sobie z nim układał nie będę.
Autor, któremu rozgłos światowy zapewniła mistrzowska ekranizacja „Fight Clubu”. Może to stwierdzenie lekko na wyrost, ale opieram się na własnym doświadczeniu, więc coś w tym jest. Prawdą natomiast jest, że i bez tego Chuck radziłby sobie doskonale, bo to charakterystyczny autor, na którego wpadłby każdy, kto nieco interesuje się literaturą. Choć często spotykam się z opinią, że Palahniuk na trzy podobne do siebie powieści, pisze jedną dobrą, to mnie jakoś to nie razi. Owszem, da się zauważyć pewne schematy, uwielbienie do pewnych zagadnień, podobną konstrukcję, czy nawet w najmniejszym stopniu niezmienny styl narracji. Zauważam pewne analogie z kolejnymi filmami Tarantino – realia inne, realizacja podobna. I choć niektórzy w przypadku zarówno Chucka, jak i Quentina narzekają na wspomniane schematy, szablony, nie zawsze udane żarty, postaci, przekombinowane sceny, chronologię bez ładu, to zawsze znajdą się wierni fani, którzy po prostu z przyjemnością obejrzą/przeczytają coś od swojego guru. Bez wmawiania komukolwiek czegokolwiek.

Czytaj dalej „Niewidzialne potwory – Chuck Palahniuk”