Conan Barbarzyńca – Robert E. Howard

conan barbarzyncaSzesnaście opowiadań, jedna powieść, do tego esej wprowadzający nas w realia historyczne fantastycznych ziem, na których toczy się akcja – to wszystko w jednym wydaniu, więc gdyby ktoś planował budować dom, to miałby z tego kolejną, niemałą przecież cegłę. Takie rozmiary książki mogą przerazić niedzielnego czytelnika oraz – według niektórych teorii – zaimponować płci przeciwnej. Była ta sławetna kampania „Nie czytasz? Nie idę z tobą do łóżka!”, której idei nie do końca rozumiem, bo przecież w łóżku czyta się najlepiej, a druga osoba tylko by przeszkadzała i rozpraszała uwagę, więc nie wiem po co mi tam ona. Bez sensu, podobnie jak całkowite wyrywanie sobie brwi tylko po to, by namalować nowe kredką. Ale co ja tam wiem, więc wróćmy już do Conana, w porządku? Aha, jeszcze tylko dodam, że gabaryty wydania tylko pozornie przytłaczają, bo czcionka jest duża jak w elementarzu, lektura idzie sprawnie, a szybkością przerzucanych kartek można nawet wytworzyć niewielki przeciąg, więc porzućcie obawy ci, którzy się lękacie, bo książka nie powinna zalegać miesiącami w niekończącej się fazie czytania i szybko staniecie twarzą w twarz ze znacznie większym problemem – jak znaleźć dla niej miejsce na i tak już ciasnych półkach regałów? Kurde, nie wiem, chyba zacznę je układać na podłodze, bo kto to widział żeby… Ale na Croma!, miało być o Conanie, już już.

Zadebiutował w 1932 roku w magazynie Weird Tales i historia barbarzyńcy szybko rozrastała się o kolejne epizody, a po śmierci Howarda (w wieku zaledwie 30 lat, więc zostawił dość atrakcyjne zwłoki) była z różnych skutkiem kontynuowana przez innych autorów. Jednak to już temat zbyt przepastny, by się nim tutaj zajmować. My skupimy się jedynie na howardowskim kanonie, bo to jego dotyczy wydanie.

– Barbarzyństwo to naturalny stan ludzkości – skonstatował wreszcie osadnik, patrząc posępnie na Cymmeryjczyka. – To cywilizacja jest czymś nienaturalnym, jakimś chorym zbiegiem okoliczności. Barbarzyństwo w końcu i tak zawsze zatriumfuje.[1]

Pochodzący z mroźnej i górzystej Cymmerii Conan leszczem i chuchrem nie był. Jego najwięksi fani mocno starają się przekonać wszystkich innych, że nie był on jedynie bezmyślnym siepaczem wywijającym toporem, ale przypomina to nieco dyplomatyczne wypowiedzi nauczycielki, która postawiona przed rodzicami głupiego ucznia mówi coś w rodzaju: Krzysiek jest zdolny, ale leniwy. Żaden z Conana wybitny myśliciel i choć bez wątpienia nie brakowało mu sprytu, przebiegłości, intuicji oraz niezwykłego instynktu przetrwania, to nie ma co ukrywać, że do wszystkiego doszedł nie dyplomacją, lecz poprzez ścięcie głowy tym, którzy stali mu na drodze. I w porządku. W tym tkwi jego urok, tego oczekiwałem po opowiadaniach z jego udziałem, więc nie rozumiem z czego wynika jakiś kompleks fanów, by dokładać mu więcej atrybutów filozofa, niż to potrzebne. Cymmeryjczyk jest człowiekiem czynu, zuchwałym poetą miecza i topora, a obserwowanie go w działaniu to największa przyjemność. Niech polityka oraz dworskie intrygi będą jedynie pretekstem.

Tym bardziej, że świat, który przyjdzie nam wraz z Conanem zwiedzić do najbardziej pokojowych nie należy. Cywilizacje upadły pod barbarzyńskim naporem, wykwintne jedwabie nie dorównały tygrysim skórom, nauka przegrała z mordem, grabieżą, a nawet epizodami kanibalizmu. Trwają wojny, na dywanach trupów i trucheł toczą się zażarte batalie o resztki cywilizacji. Wszędzie tkwią kikuty dawnych kultur, ruiny wymarłych społeczności i opuszczone świątynie, w ścianach których odbywają się mroczne, często krwawe rytuały. A jak są rytuały, to wiadomo, że nie zabraknie też potężnych oraz koniecznie nikczemnych czarnoksiężników, zwykle martwych od stuleci, a teraz wskrzeszonych, przez to jeszcze potężniejszych i jeszcze bardziej nikczemnych. W ogóle czarnoksiężnicy to chyba najliczniej obsadzona grupa zawodowa w opowiadaniach z Conanem. Na szczęście ten dzielnie kontroluje ich populację, regularnie ścinając im głowy. To już chyba lepiej wskrzeszać martwe od stuleci, ale piękne jak dawniej księżniczki, bo te Cymmeryjczyk traktuje znacznie lepiej.

W ogóle kobiety otaczające Conana to istotny wątek. Bo loszki nie potrafią się oprzeć temu napompowanemu testosteronem mięśniakowi, a on też raczej nie należy do tych, którzy odmawiają. I nieistotne czy to księżniczka, niewolnica, a może wskrzeszona z letargu bogini – zadanie tych kobiet często ogranicza się do roli damy w opałach, wpadania w łapy wroga, piszczenie, wrzeszczenie i czekanie, aż Conan przyjdzie im z pomocą. Ten oczywiście przychodzi, cały na bia… tylko w przepasce biodrowej, zwykle przy okazji wyrzynając po drodze wszystkich przeciwników oraz koniecznie jakiegoś przerośniętego gada albo płaza (najczęściej są to ogromne węże), uwalnia kobietę, ona cała aż drży z wdzięczności, on rubasznie się śmiejąc daje jej klapsa, bierze ją pod pachę (aby go nie spowalniała) i wspólnie uciekają z zagrożonej strefy. Nie zmyślam. W wyjątkowych sytuacjach trafi się jakaś kobieta awanturniczka, która potrafi trzymać miecz i przynajmniej próbuje pomagać Conanowi, miast mu tylko zawadzać, ale pod jednym względem nie różnią się one od pozostałych kobiet: prędzej czy później nie potrafią się Cymmeryjczykowi oprzeć. Zrozumiałe, sam nie wiem czy bym się oparł.

Nie da się ukryć, że większość tych opowiadań może razić pewnymi schematami typowymi dla gatunku, ale to między innymi Howard ten gatunek kreował, więc rzecz jest całkowicie do zaakceptowania, jeśli świadomie do sprawy podejść. Czytelnikowi trudniej będzie się pogodzić ze schematami językowymi, bo te przy którymś z kolei opowiadaniu zaczynają coraz mocniej doskwierać i z czasem najzwyczajniej nudzić. Oczy Conana zawsze płoną błękitnym ogniem, a jego skóra jest ogorzała od słońca. W przeciwieństwie do każdej napotkanej kobiety, której skóra musi być koniecznie alabastrowa. O zbliżającym się zagrożeniu Cymmeryjczyk zawsze jest ostrzegany przez własne włosy – albo stają mu na głowie dęba, albo jeżą się na karku. Wtedy jest niczym pantera. Polująca. Podejrzliwa. Cicha. Zwinna. Wygłodzona. Osaczona. Ale zawsze jak pantera. Tak jakby finezja Howarda niedomagała językowo i czytelnikowi trudno wykrzesać w sobie podziw, gdy po raz -nasty widzi porównanie Conana do rodziny kotowatych. Bo domyślam się, że tak to wyglądało w oryginale i nie jest to jedynie „twórczy” zabieg polskiego tłumacza.

A propos, to mam parę uwag dotyczących tego wydania (REA, 2015). Z pewnością jest atrakcyjne wizualnie i pod tym kątem niewiele można mu zarzucić – elegancka mapa na wyklejce, to taki uroczy standard i klasyka w gatunku, a oszczędnie dawkowane ilustracje mogą się podobać, bo ich lekka toporność, kanciasta kreska oraz mrok ładnie rezonują z klimatem opowiadań. Co dziwne – mimo, że to drugie (poprawione) wydanie – w początkowych opowiadaniach pojawia się sporo rzucających się w oczy literówek. Później jest ich mniej, albo wcale, więc tylko korektor wie z czego to wynika. Wygląda, jakby nie cała treść była poddana uważnej lekturze przed wydaniem, co zdaje się potwierdzać potworek „najmniejsza linia oporu” (str. 93).

Osobną kwestią wartą dyskusji jest decyzja redaktora (rozumiem, że nie samego tłumacza), by w przekład wpleść odważne przekleństwa. Poważnie, pojawiają się w opowiadaniach takie sformułowania jak: psi pojebaniec, czarnoskóry kutafon, zasrany pojebiec, złamas, długoszyi kutas i w ogóle co jakiś czas ktoś tu jest jebany, choć natężenie przekleństw zdaje się zmieniać w zależności od opowiadania. Redaktor wydania stara się z tego zabiegu tłumaczyć w posłowiu i niby ma to sens, by Conan zamiast mówić: „jestem dogłębnie rozzłoszczony zaistniałą sytuacją i aż drżą mi członki, by kogoś skrzywdzić, ty czworonożny, najlepszy przyjacielu człowieka!”, mówi: „wkurwiłeś mnie, rozjebię cię psie!”. Ale coś mi się tutaj stylistycznie nie komponuje, brzmi to zbyt współcześnie, jakby wyrwane z innych czasów, komicznie wręcz. Trochę mnie to zaskoczyło i mam poważne wątpliwości czy aż takie wyostrzenie języka było niezbędne, szczęśliwie nie ma tego zbyt wiele, więc psuje odbiór tylko odrobinę.

– Toż to Conan, tępy baran, ostry jebaka, a do tego najgorszy ze wszystkich moich zbirów! Powinienem był go powiesić dawno temu, gdyby nie to, że jest najzręczniejszym z fechmistrzów, jacy kiedykolwiek przywdziali kolczugę.[2]

Poza tym chyba nie mam więcej do dodania. Perypetie Conana Barbarzyńcy to masa przygód, bardzo krwawych starć, złych czarnoksiężników, pięknych kobiet w potrzebie, odrobina starć batalistycznych, prostych intryg dworskich, przerośniętych potworów, poszukiwania skarbów, walki o przeżycie, erotyki, a tylko sporadycznie przytrafi się jakiś przygnębiający epizod (Królowa Czarnego Wybrzeża). Te opowiadania dzisiaj już niczym czytelnika nie zaskoczą, nie nastręczą też problemu podczas lektury, ale nie jest wcale głupim pomysłem, by je po prostu przeczytać i znać.


[1] Robert E. Howard, Conan Barbarzyńca, tłum. Agata Bąk, wyd. REA-SJ, 2015, str. 143;
[2] Tamże, str. 553.

3 uwagi do wpisu “Conan Barbarzyńca – Robert E. Howard

  1. Swojego pierwszego (i ostatniego Conana) przeczytałem 30 lat temu. To była „Droga do tronu” pewnie nigdy bym po nią nie sięgnął gdyby nie film ze Schwarzeneggerem :-) Pamiętam swoje rozczarowanie, to już wówczas było co najwyżej wagonowe czytadło i nic więcej.

    1. Nooo, Conan do najbardziej wyrafinowanych postaci nie należy, ale jeśli zmrużyć oczy na ten rozbuchany, kipiący testosteronem wizerunek, to jest w nim trochę prostego uroku. To samo chyba z literaturą Howarda. Ale jeśli ktoś próbuje na siłę dodać im głębi, to zbiera mi się na chichot.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s