Wzgórze psów – Jakub Żulczyk

wzgorze-psowJakub Żulczyk jeszcze o tym nie wie, ale jest moim starym znajomym, bo czytałem jego debiut (Zrób mi jakąś krzywdę) leżąc na wyposażonym w rozciągnięte sprężyny żelaznym łóżku i czekając na capstrzyk oraz podczas zmiany czuwającej na wartowni. Pamiętam, że w tamtej powieści gościnnie pojawiała się konsola GameCube i w tym zapewne powinienem się doszukiwać powodów, które zachęciły mnie do lektury. Pamiętam też, że książka imponowała tragiczną okładką i to w zasadzie tyle. Można jednak uznać, że kojarzyłem i czytałem Żulczyka zanim stał się szerzej rozpoznawalny – zanim przyszły nominacje do nagród, scenariusze do Belfra i Ślepnąc od świateł, zanim zaczęto planować filmowe adaptacje jego powieści, więc pozwolę sobie poczuć się lepszym. Później stale miałem Żulczyka na uwadze i czytelniczym radarze, ale jakoś nigdy nie skusiłem się na lekturę. Każdą jego nową powieść wpisywałem na listę, najczęściej w miejsce poprzedniej, ale zawsze było coś lepszego, ciekawszego, bardziej zachęcającego, z wyższym priorytetem i przede wszystkim innego autorstwa, a efekt taki, że poza debiutem nie przeczytałem żadnej powieści Żulczyka. Tej pewnie też bym nie przeczytał, ale znaleziony pod choinką egzemplarz niczym jakaś wyuzdana nimfomanka sam wpakował mi się do łóżka. Ciężko westchnąłem.
– Miejmy to już z głowy – wymruczałem i dołączyłem do niego.

No dobrze, co my tu mamy. Mikołaj i Justyna są – jak to się często mówi – po przejściach. On był na dnie, ona mu pomogła, zakochali się w sobie i już, takie to proste. Ale teraz pora na kolejne przejścia, bo oboje popadają w kłopoty finansowe: ona z istotnych dla siebie powodów nagle rezygnuje z pracy, on jest pisarzem, który dobrze sprzedał jedną książkę i do tej pory jakoś się toczy siłą tamtego sukcesu, no ale ile można, w końcu impet ustaje, a nowego bestselera Mikołaj napisać nie potrafi. Szuka ratunku w zredagowaniu biografii Beaty Kozidrak Zdzisławy Sośnickiej Maryli Rodowicz, ale najwyraźniej publiczne zainteresowanie książką nie przebija pierzastych kogucików i baloników na druciku. Poniekąd w akcie desperacji oboje postanawiają tymczasowo wprowadzić się pokątnie do ojca Mikołaja, daleko od miasta, na jakieś zadupie, gdzie Mikołaj spędził dzieciństwo, więc będzie mnóstwo powodów do sentymentalnych wspomnień.

To kraina nadziei i brudu, w której z wielkim trudem, łamiąc sobie kości, nadwyrężając mięśnie, postawiono domy, gdzie ludzie mogą się do siebie uśmiechać.[1]

Zybork to mieścina z rodzaju tych, w której cała społeczność zna się po imieniu i nazwisku, a dzieciaki marzą jedynie o tym, by po ukończeniu szkoły jak najszybciej z niego wyjechać. To kilka ulic na krzyż i jedno centrum towarzyskie w postaci tutejszej speluny, gdzie podaje się ciepłe piwo bez gazu i oczywiście można dostać w ryj. Gdzieś pośród tej wąskiej społeczności musi znaleźć się jakaś tutejsza piękność, do której wzdychają wszyscy faceci. Ktoś musi też zostać naczelnym dziwakiem, tajemniczym człowiekiem na uboczu, z którym nikt zadawać się nie chce i najlepiej gdyby nadać mu jakąś mało wyszukaną ksywę (tak, Zybork posiada własnego Wiedźmna). Wiecie, znacie to, słyszeliście, widzieliście. Niby lekko przerysowane, ale ostatecznie całkiem wiarygodne tło zdarzeń.

Mikołaj i Justyna wracają do Zyborka, a w zasadzie on wraca, a ona jest tutaj nowa, więc przez chwilę szowinistycznie skupię się na nim. Bo że będzie miał on w trakcie opowieści od groma okazji, by snuć wspomnienia, to wiadomo. Znajome miejsca, znane osoby, przeszłość stale rezonująca w teraźniejszych ścianach. Mikołaj był i jest fanem Punishera, chciałby być takim odważnym twardzielem bez skrupułów (a kto by nie chciał, sam mam wszystkie jego komiksy z TM-Semic), ale niestety za duży z niego lamus. W zasadzie trudno mi nawet w tym miejscu przytoczyć jakieś zalety Mikołaja, bo zapamiętałem go jako stale użalającego się nad sobą, biernego i pozbawionego pewności siebie przeciętniaka. Przygniata go cień surowego i wymagającego ojca. Uważa się za niegodnego Justyny, stale odczynia jakiś szajs, chwilami krzesło ma więcej temperamentu i charakteru. Nigdzie nie jest powiedziane, że każdy powieściowy bohater powinien być wyrazisty, ale cóż, zawsze byłaby to jakaś zaleta, a tak mamy kulinarną ucztę dla koneserów ciepłych kluch. Charakterologiczny wizerunek postaci próbuje ratować Justyna, bo to ona przez całą powieść jest tą, która przechodzi z decyzji do czynów, choć nie zawsze dobrze przemyślanych (sama w nocy do lasu? czemu nie? co może się stać?). Najwyraźniej to ona od zawsze nosiła spodnie w tym związku. Jest konkretna, impulsywna, odważna. Nadal żadna to maestria kreacji, ale Justyna przynajmniej jest jakoś określona.

— Po jaki chuj kolorowy ty w ogóle tu przylazłaś, kalapyto pierdolona?[2]

Aha, zapomniałem wspomnieć, że w Zyborku dochodzi do zbrodni? Że znikają ludzie? Gapa ze mnie. Ale z drugiej strony miałem solidne podstawy, by o tym wątku zapomnieć, bo nie odgrywa on tak istotnej roli, jak mogłoby się wydawać. Nie dajcie się zmylić. Wzgórze psów w większej części dotyczy międzyludzkich relacji, to taka bardziej obyczajówka ze zgonem i tajemnicą w tle, niż kryminał czy sensacja. Akcja rozwija się bardzo wolno i takim też tempem sunie przez treść, długimi fragmentami całkowicie porzucając temat zbrodni. W zamian otrzymujemy dużo scen, w których dochodzi do ścierania się charakterów, do stawiania naprzeciw sobie kontrastujących natur ludzkich, licznych sytuacji konfliktowych na płaszczyźnie mentalnej. Budowania zażyłości oraz wyostrzania dysharmonii między bohaterami. Jakub Żulczyk najwyraźniej lubuje się w długich ujęciach, bo Wzgórze psów wydaje mi się zbyt rozciągnięte, a nawet sztucznie i niepotrzebnie spulchnione. Uwielbiam długie książki, ale nie czuję, by akurat ta powieść potrzebowała takiej przestrzeni. Jej objętość stanowi jakąś obietnicę i potencjał, a koniec końców jest powodem małego rozczarowania.

W ogóle mam poczucie, że to wszystko już gdzieś widziałem, gdzieś już było, coś, jakoś. Nawet bohaterowie tacy znani, utarci, bez tej iskry indywidualności. Sama historia cierpi na brak zrywów, z kolei wątek zbrodni zawodzi, co prawda pod koniec wyraźnie przyspiesza, ale co z tego, skoro przez 600-700 stron każe się za sobą wlec, bez możliwości wyprzedzenia. Zaoszczędza nam również większych fabularnych zaskoczeń i każdy średnio rozgarnięty czytelnik szybko zorientuje się, że przeszłe wydarzenia miały inny przebieg, niż autor próbuje nam sugerować. Jeżeli miałbym szukać zalet tej powieści, to dążyłbym w kierunku jej obyczajowych walorów, międzyludzkich napięć, o których wspominałem wcześniej, bo jako kryminał ma zbyt rzucający się w oczy niedowład. A autor? Psiakostka, brakuje mi u niego trochę pazura, bigla, ostrego i odważnego cięcia stylistycznego. Wielu polskich pisarzy czytało mi się miło choćby dla samego czytania, obserwowania, jak posługują się stylem, słownictwem, językiem. Jak starają się wyróżnić w tłumie. Żulczyka czytało mi się lekko, przyjemnie, ale bez refleksji. Było kilka bardziej udanych fragmentów, ale nie będę ukrywał, że pozostał we mnie w tej kwestii spory niedosyt i rosnące z czasem uczucie rozczarowania.


[1] Jakub Żulczyk, Wzgórze psów, wyd. Świat Książki, Warszawa 2017, str. 854
[2] Tamże, str. 420

Reklamy

2 uwagi do wpisu “Wzgórze psów – Jakub Żulczyk

  1. A mi tak dobrze się czytało! Takie to było smakowite, mięsiste – niby nie było Żulczykowej ostrości, ale pazur był, bystre oko obserwatora i bezlitosny obraz miasta skażonego. Dobre to było i nawet przeczytałabym „Wzgórze psów” raz jeszcze. :)

    1. No tak, nie jesteś jedyną, której Wzgórze psów się podobało, być może nawet jesteś w większości, ale – jak zawsze – nie ma jednej, słusznej racji w odbiorze tej powieści. Miałem uczucie, że Żulczyk próbuje mnie zagadać na śmierć, trajkotał bez końca i przeciągał sceny z czego zazwyczaj nie wynikało nic poza… przeciągniętymi scenami. Pazur? Mam dziwne odczucie, że już w debiucie było go więcej, ale od tamtej lektury minęła ponad dekada, więc dopuszczam możliwość, że się mylę. Co nie zmieni faktu, że Żulczyk mnie trochę do siebie zniechęcił i teraz będzie musiał mocno zaintrygować tematyką kolejnej powieści, bym zdecydował się na lekturę. A jeśli mu się nie uda, to… absolutnie nic się nie stanie – ja nie przeczytam, Żulczyk nawet nie zauważy tego faktu i wszyscy będą żyli dalej, mniej, lub bardziej szczęśliwie :)

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s