Kolej podziemna – Colson Whitehead

kolej-podziemnaTaaa. Jak by to ująć? Powieść Whiteheada ma dumny podtytuł Czarna krew Ameryki, bo dotyczy niechlubnych czasów niewolnictwa, gdy modnym było, aby być białym, mieć pole bawełny i liczną grupę Murzynów do jej zbierania. O tej książce było zresztą swego czasu dość głośno (m.in. Pulitzer 2017), a podobno jest to również ulubiona powieść Baracka Obamy i Oprah Winfrey. Cóż, kiedy ostatnio sprawdzałem, to oboje nadal byli czarni, więc nie wiem, na ile taką rekomendację traktować poważnie, bo rzecz wydaje się nieco naciągnięta. Podobnie, jak naciągnięta jest metaforyczna lina, na której teraz balansuję, gdy pod nią zieje przepaść rasizmu, więc taktycznie się wycofam. Ale sami przyznacie, że to lekko podejrzana sytuacja, bo oto powieść opowiadająca o ciemiężonej czarnoskórej rasie, autorstwa czarnoskórego pisarza, zachwalana na okładce przez wpływowe, acz wyłącznie czarnoskóre persony (plus przez reporterkę Gazety Wyborczej, ale to akurat żadna zachęta). Naturalne więc, że przed lekturą pęczniała we mnie obawa czy powieść ma szansę mi się spodobać, skoro jestem biały i taki być lubię. A teraz zrzucam już swój szpiczasty kaptur z wyciętymi dziurami na oczy, bo nie widzę w nim klawiatury i zerknijmy, co tam między stronami powieściowej Kolei podziemnej słychać.

A rzecz dotyczy Cory, szesnastoletniej, może siedemnastoletniej (przynajmniej tak podejrzewa) niewolnicy, która pewnego dnia postanawia uciec z plantacji, gdzie – rzecz jasna – nikt jej do tej pory nie rozpieszczał, bo przecież bawełna sama się z pola nie zbierze. Ale zanim wraz z Corą ruszymy na północ, w stronę wolności, zdążymy nieco zaznajomić się z plantacyjnym życiem niewolników, gdzie o rzeczywiste przyjaźnie niezwykle trudno, bo każdy sobie rzepkę skrobie, że tak przytoczę znaną rymowankę. W wiosce czarnoskórych niewolników brakuje poczucia jedności, na każdym kroku czai się zdrajca, gwałciciel, donosiciel czy inny wątpliwej moralności osobnik, który myśli wyłącznie o własnych korzyściach. I przychodzi taki Caesar do Cory, wtajemnicza ją w plan, proponuje wspólną ucieczkę. Zaufać? Nie? Oczywiście, że zaufać, choćby dla dobra czytelnika, bo akcję trzeba pchnąć do przodu. Caesar i Cora uciekają, a w pościg za nimi ruszają łowcy niewolników, żyjący dla takich chwil i w ten sposób zarabiający na życie. Dodam, że jeśli taki uciekinier miałby wybór: zostać schwytanym lub umrzeć, to bez zastanowienia wolałby drugą opcję, bowiem po przymusowym powrocie na plantację nie czeka ich nic miłego, a kilkudniowe zakucie w dyby to zaledwie pieszczota i gra wstępna.

Oczywiście Caesar i Cora nie uciekają jak kury z odciętymi głowami, bo mają coś w rodzaju planu. Chcą wykorzystać legendarną Kolej Podziemną, czyli głęboko zakonspirowany system przerzutu zbiegłych niewolników. To grupa ludzi dobrego serca, którzy często stawiając na szali własne życie ryzykują i w tajemnicy wywożą czarnoskórych zbiegów coraz dalej na północ kraju, gdzie niewolnictwo traci na sile. U Whiteheada ten szlak ucieczki został ubrany w silnie metaforyczne szaty, bo Kolej Podziemna jest tutaj… rzeczywiście koleją podziemną – takim wiekowym metro, ale ciągnącym się przez całą Amerykę. Cora zalicza kolejne etapy swojej podróży i czasem wychodzi na powierzchnię, by obserwować toczące się wokół życie, a gdzieniegdzie może się nawet poczuć wolna, no, przynajmniej częściowo, bo ciągle jest na liście zbiegów, a jej właściciel nie zamierza odpuścić. Czy Cora ma w ogóle szanse na skuteczną ucieczkę? Na poczucie prawdziwego bezpieczeństwa? A może przy okazji uda się jej odnaleźć własną matkę, która lata temu również zbiegła z plantacji i słuch o niej zaginął?

Autor nie pozostawia większych złudzeń i bez litości unaocznia czytelnikowi okrutną naturę człowieka. Oczywiście w większości sytuacji najgorzej na tym wychodzą czarnoskórzy uciekinierzy, bo ci często są głównymi atrakcjami podczas widowiskowych egzekucji, czegoś w rodzaju przedstawienia dla publiczności, cyrkowego show. Niewolnicy czasem pełnią też rolę królików doświadczalnych, modelów treningowych, są na nich przeprowadzane eksperymenty medyczne, poddawani są eugenice, a czasem pracują jako żywe okazy muzealne (takie zoo, ale z Murzynami i nikomu nie przyjdzie nawet na myśl, żeby ich dokarmiać przez ogrodzenie). Trafi się w powieści – zapewne dla kontrastu – kilka dobrych dusz, ale Whiteheadowi optymizm najwyraźniej nie w smak i postępuje z nimi dość sadystycznie, w myśl zasady „złe rzeczy przytrafiają się dobrym ludziom”. No co ty.

Ale czy Kolej podziemna to rzeczywiście aż tak dobra książką, jak chcieliby niektórzy? W moim odczuciu – nie. Jej treść przyswoiłem bez większego entuzjazmu. Historia mnie ani nie przygnębiła (a podejrzewam, że według zamysłu autora choć trochę powinna), ani nie oczarowała literackim kunsztem czy charakterem. Trochę ze wzruszeniem ramion i obojętnością mówiłem do siebie: powieść, jak powieść; poprawna, ale bez spodziewanego temperamentu. Może się komuś narażę, ale w moim odczuciu tematykę niewolnictwa już lepiej potraktował Ptak Dobrego Boga, który przynajmniej miał jakiś wyrazisty pomysł na siebie, nutkę humoru, a i mrocznych akcentów nie brakowało. Kolej podziemna w żadnym momencie nie pozwoliła mi pomyśleć, że to mogłaby być moja ulubiona powieść. Może do tego trzeba być czarnym.

Przynajmniej okładka cieszy zmysły.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s