Wzgórze psów – Jakub Żulczyk

wzgorze-psowJakub Żulczyk jeszcze o tym nie wie, ale jest moim starym znajomym, bo czytałem jego debiut (Zrób mi jakąś krzywdę) leżąc na wyposażonym w rozciągnięte sprężyny żelaznym łóżku i czekając na capstrzyk oraz podczas zmiany czuwającej na wartowni. Pamiętam, że w tamtej powieści gościnnie pojawiała się konsola GameCube i w tym zapewne powinienem się doszukiwać powodów, które zachęciły mnie do lektury. Pamiętam też, że książka imponowała tragiczną okładką i to w zasadzie tyle. Można jednak uznać, że kojarzyłem i czytałem Żulczyka zanim stał się szerzej rozpoznawalny – zanim przyszły nominacje do nagród, scenariusze do Belfra i Ślepnąc od świateł, zanim zaczęto planować filmowe adaptacje jego powieści, więc pozwolę sobie poczuć się lepszym. Później stale miałem Żulczyka na uwadze i czytelniczym radarze, ale jakoś nigdy nie skusiłem się na lekturę. Każdą jego nową powieść wpisywałem na listę, najczęściej w miejsce poprzedniej, ale zawsze było coś lepszego, ciekawszego, bardziej zachęcającego, z wyższym priorytetem i przede wszystkim innego autorstwa, a efekt taki, że poza debiutem nie przeczytałem żadnej powieści Żulczyka. Tej pewnie też bym nie przeczytał, ale znaleziony pod choinką egzemplarz niczym jakaś wyuzdana nimfomanka sam wpakował mi się do łóżka. Ciężko westchnąłem.
– Miejmy to już z głowy – wymruczałem i dołączyłem do niego.

Czytaj dalej „Wzgórze psów – Jakub Żulczyk”

Reklamy

Mikrotyki – Paweł Sołtys

DrukowanieJeśli komuś nic nie mówi nazwisko autora, a pewnie znajdzie się wielu takich, to podpowiem, że Paweł Sołtys funkcjonuje od wielu lat na scenie artystycznej pod pseudonimem – również artystycznym – Pablopavo. Muzyk, autor piosenek. I jak, coś świta? Jeśli nadal nic, to pewnie dlatego, że obraca się on w sferze polskiego reggae, a wiadomo, że twór to dość specyficzny i używam bezpiecznego określenia „specyficzny”, bo nie chcę w tym miejscu obrażać ani twórców, ani fanów gatunku. Ale wiadomo, że trochę śmiech i chichot na sali. Z tego co widzę, Pablopavo przynajmniej nie nosi dredów, bo wtedy byłbym bezlitosny. Ale porzućmy już murzyńskie rytmy i pozytywne wajby; zajmijmy się tym, po co tutaj przyszliśmy, czyli literaturą, bo Pablopavo już jako Paweł Sołtys wydał zbiór opowiadań. W jednym z nich niejaki profesor Kruk nokautuje agresora tomem opowiadań Iwaszkiewicza, ale tomem opowiadań Sołtysa nikt nikogo by nie skrzywdził, bo to drobna książeczka do ogarnięcia w dwa wieczory, a jeśli się przyłożyć, to nawet w jeden. Więc i ten wpis będzie raczej krótki, bo nie chcę spędzić na pisaniu o Mikrotykach więcej czasu, niż zajęło mi ich czytanie. Rozumiecie, w czym rzecz – muszę zachować jakieś proporcje.

Czytaj dalej „Mikrotyki – Paweł Sołtys”

Płomienna korona – Elżbieta Cherezińska

plomienna koronaKazano nam czekać, więc czekaliśmy, a pani Cherezińska pisała. I pisała. Nadal pisała. A kiedy Płomienna korona (trzeci i ostatni tom cyklu Odrodzone Królestwo) wreszcie trafiła na półki, wyjaśniło się dlaczego zajęło jej to tyle czasu. Zapełnienie około 1100 stron musiało trochę zająć, a przecież autorka miała w tym czasie na głowie również inne projekty, co tylko udowadnia jak wielozadaniowe potrafią być kobiety. No ale wreszcie jest: zwieńczenie trylogii Piastów, zawierające w swojej treści wydarzenia zmierzające do tego, że cykl finalnie zasłuży na swoją nazwę, a Królestwo Polskie stanie na nogach na tyle stabilnie, by wierzyć, że nie upadnie gdy tylko na chwilę odwrócimy wzrok. Naturalnie największym problemem przed lekturą było dla mnie przypomnienie sobie wątków i postaci z poprzednich tomów, wszak minęły trzy lata, a wspomnienia się nieco zatarły. Jednak odrobina riserczu, przegląd notatek (przewidując taką sytuację przygotowałem sobie ich więcej podczas lektury poprzedniego tomu), weryfikacja wpisów i wrażeń z tego blogaska – wreszcie sam sobie się na coś przydałem z tą pisaniną – i już: większość motywów i bohaterów wróciła w mojej pamięci przynajmniej na tyle, bym mógł bez obaw przyjrzeć się kolejnej koronie, tym razem płomiennej. A! Sss, parzy.

Czytaj dalej „Płomienna korona – Elżbieta Cherezińska”

Cyberiada – Stanisław Lem

CyberiadaMłode pokolenie może tego nie pamiętać, ale ja już kiedyś czytałem Lema – Solaris będąc dokładnym i byłem w zauważalnym stopniu rozczarowany lekturą. Nie wszystko mi tam zagrało w odpowiednim rytmie, choć ogromny potencjał autora nie uszedł mojej uwadze, więc Lema skreślać nie zamierzałem. Teraz, po blisko pięciu latach do niego wróciłem. Pod tamtym wpisem pojawiło się kilka komentarzy z propozycjami tytułów, z którymi powinienem spróbować: Niezwyciężony czy też Głos Pana. A co robię ja? Kupuję Cyberiadę, bo tak mną pokierował spontaniczny kaprys, a logika i rozsądek niech umierają w męczarniach. Cóż, przynajmniej w razie ponownego rozczarowania będę mógł winić wyłącznie siebie. Samego Lema przedstawiać bliżej chyba nie muszę, bo i bez tego uchodzi on za Dobro Narodowe. Coś w tym ogólnym uwielbieniu Lema jest, bo nawet ja i to jeszcze długo przed pierwszą lekturą, czułem do autora jakiś podskórny szacunek. Nie wiem, to jakaś magiczna sztuczka, czy coś? Zresztą nawet chłodno przeze mnie przyjęty Solaris nie odebrał Lemowi prestiżu w niczyich (nawet moich) oczach, więc pan Stanisław z pewnością musiał być potężnym czarodziejem, że dzieją się wokół niego takie cuda.

Czytaj dalej „Cyberiada – Stanisław Lem”

Dom dzienny, dom nocny – Olga Tokarczuk

dom dzienny dom nocnyKurczę blaszka, znów jestem nieco zbity z tropu, bo przed chwilą skończyłem czytać opinie innych czytelników na temat tej powieści i sam nie wiem, co o tym myśleć. Dominują zachwyty, wiele pozytywnych wrażeń, niektórzy chwalą się nawet, że czytali Dom dzienny… kilka razy i każdorazowo odnajdują w nim coś nowego, świeżą interpretację, przeoczony wcześniej detal. Jest problem z odnalezieniem neutralnej opinii, nie wspominając już o negatywnej – te są równie rzadkie, co uczciwy handlarz samochodami. A jestem zbity z tropu, ponieważ te wszystkie zachwyty zupełnie nie pokrywają się z moimi odczuciami po lekturze. Tłumaczę to sobie tym, że jeśli komuś nie podobała się ta powieść, to pewnie nie chciał dodatkowo tracić czasu na chwalenie się tym – przeczytał, przeszedł się po pokoju, zapomniał. Dał sobie spokój z drążeniem tematu, smażeniem niesmacznej opinii. Najwyraźniej tylko ja jestem taki dziwny, że chcę się nadal znęcać nad Domem dziennym…, a przede wszystkim nad sobą samym. Chciałbym też już na wstępie zaznaczyć, że nie uważam, by ta powieść była zła, w sensie ZŁA. Akurat wiem, że Oldze Tokarczuk literackiego talentu nie powinienem odmawiać i podskórnie wyczuwam w tej lekturze niemały potencjał. Jakiegoś rodzaju szumy i piski, ale nadawane na takiej częstotliwości, której moja percepcja nie rejestruje. Niby trochę żal, że mnie coś omija, ale nie pierwszy i zapewne nie ostatni raz.

Czytaj dalej „Dom dzienny, dom nocny – Olga Tokarczuk”

Król – Szczepan Twardoch

krolKiedy tylko Szczepan Twardoch postanowił, że jednym z ważniejszych motywów jego nowej powieści będzie boks, w tym samym momencie zorientował się, że tak naprawdę o boksie nie wie nic. Co robi w takiej sytuacji stereotypowy intelektualista i literat? Idzie do księgarni bądź biblioteki, zaopatruje się w kilka, a nawet kilkanaście książek o boksie, wraca do domu i zaczyna czytać. Je jajecznicę i czyta. Wychodzi do kawiarni gdzie przy pączku i filiżance kawy czyta biografie pięściarzy. Ogląda filmy dokumentalne dotyczące boksu. Zapoznaje się z archiwalnymi walkami (a jest ich sporo, bo w świecie boksu co roku odbywają się przynajmniej dwie Walki Stulecia). Czyta, ogląda, słucha, a potem siada do pisania. A co robi Szczepan Twardoch, gdy uzmysławia sobie, że chciałby pisać wiarygodnie o boksie? Zapisuje się do bokserskiego klubu na treningi, uczęszcza na nie regularnie, ćwiczy, na własnej skórze poznając poetykę tego sportu i pozwala, by lepsi od niego obijali mu twarz na ringu. No, to się nazywa zaangażowanie, ambicja i odpowiednie podejście. Co ciekawe, sam Twardoch twierdzi, że odnalazł w tych treningach ogromną przyjemność, romantyzm wręcz, więc o żadnym przymusie nie może być mowy. Nie jest on zresztą pierwszym pisarzem, który dał się uwieść pięściarstwu, a takie mało znane nazwisko jak Ernest Hemingway będzie chyba tego najlepszym przykładem. Nasz rodzimy Twardoch trenował (może nadal trenuje; prośba do jego sparing partnerów: nie zepsujcie go, bo polska literatura na tym straci), czasem obijał mordy innym, czasem sam blokował ciosy twarzą, a potem brał prysznic i siadał pisać Króla. Sprawdźmy czy liczne wstrząśnienia czaszki dobrze służą twórczości pisarskiej.

Czytaj dalej „Król – Szczepan Twardoch”

Ludzka rzecz – Paweł Potoroczyn

ludzka-rzeczUmknął mi gdzieś ten debiut, a przecież nie powinien. Nie słyszałem, ani nie czytałem o Ludzkiej rzeczy aż do czasu, gdy ktoś, kiedyś, w jakimś komentarzu mnie na powieść Pawła Potoroczyna pokierował. Wybacz Dobra Duszo, ale pozostaniesz póki co anonimowa, bo nie przypomnę sobie w tej chwili detali, wszak zapomnieć ludzka rzecz. Dziwi mnie jedynie, że książka ta przekradła się jakoś niezauważona przez mój – i obstawiam, że nie tylko mój – radar. A przecież gdzieś po drodze padła jej udziałem m.in. nominacja do Nike i należało wzmóc czytelniczą czujność, zwrócić uwagę, pozwolić się zainteresować. Jednak pojawiła się jakaś ciemna plama w percepcji, martwy punkt jak w lusterkach wstecznych i zastanawiam się teraz ile tego rodzaju rarytasów mnie ominęło, bo jestem pewien, że nie dopilnowałem wszystkiego. A Ludzka rzecz jest takim właśnie rarytasem, istną delicją wśród powieści i to debiutanckich w dodatku. Piszę o tym już teraz, za nic mając suspens tej opinii i zarzekam się, że nie będzie na koniec żadnych nagłych zwrotów, bo Paweł Potoroczyn stworzył dzieło ze wszech miar świetne, charakterne i choć wydaje się, że po dwóch, trzech latach wszyscy o tym zapomnieli, to jestem pewien, iż nikt nie poczuje się zawiedziony, jeśli dopiero teraz wyciągnie dłonie po Ludzką rzecz.

Czytaj dalej „Ludzka rzecz – Paweł Potoroczyn”