Król – Szczepan Twardoch

krolKiedy tylko Szczepan Twardoch postanowił, że jednym z ważniejszych motywów jego nowej powieści będzie boks, w tym samym momencie zorientował się, że tak naprawdę o boksie nie wie nic. Co robi w takiej sytuacji stereotypowy intelektualista i literat? Idzie do księgarni bądź biblioteki, zaopatruje się w kilka, a nawet kilkanaście książek o boksie, wraca do domu i zaczyna czytać. Je jajecznicę i czyta. Wychodzi do kawiarni gdzie przy pączku i filiżance kawy czyta biografie pięściarzy. Ogląda filmy dokumentalne dotyczące boksu. Zapoznaje się z archiwalnymi walkami (a jest ich sporo, bo w świecie boksu co roku odbywają się przynajmniej dwie Walki Stulecia). Czyta, ogląda, słucha, a potem siada do pisania. A co robi Szczepan Twardoch, gdy uzmysławia sobie, że chciałby pisać wiarygodnie o boksie? Zapisuje się do bokserskiego klubu na treningi, uczęszcza na nie regularnie, ćwiczy, na własnej skórze poznając poetykę tego sportu i pozwala, by lepsi od niego obijali mu twarz na ringu. No, to się nazywa zaangażowanie, ambicja i odpowiednie podejście. Co ciekawe, sam Twardoch twierdzi, że odnalazł w tych treningach ogromną przyjemność, romantyzm wręcz, więc o żadnym przymusie nie może być mowy. Nie jest on zresztą pierwszym pisarzem, który dał się uwieść pięściarstwu, a takie mało znane nazwisko jak Ernest Hemingway będzie chyba tego najlepszym przykładem. Nasz rodzimy Twardoch trenował (może nadal trenuje; prośba do jego sparing partnerów: nie zepsujcie go, bo polska literatura na tym straci), czasem obijał mordy innym, czasem sam blokował ciosy twarzą, a potem brał prysznic i siadał pisać Króla. Sprawdźmy czy liczne wstrząśnienia czaszki dobrze służą twórczości pisarskiej.

Czytaj dalej „Król – Szczepan Twardoch”

Reklamy

Ludzka rzecz – Paweł Potoroczyn

ludzka-rzeczUmknął mi gdzieś ten debiut, a przecież nie powinien. Nie słyszałem, ani nie czytałem o Ludzkiej rzeczy aż do czasu, gdy ktoś, kiedyś, w jakimś komentarzu mnie na powieść Pawła Potoroczyna pokierował. Wybacz Dobra Duszo, ale pozostaniesz póki co anonimowa, bo nie przypomnę sobie w tej chwili detali, wszak zapomnieć ludzka rzecz. Dziwi mnie jedynie, że książka ta przekradła się jakoś niezauważona przez mój – i obstawiam, że nie tylko mój – radar. A przecież gdzieś po drodze padła jej udziałem m.in. nominacja do Nike i należało wzmóc czytelniczą czujność, zwrócić uwagę, pozwolić się zainteresować. Jednak pojawiła się jakaś ciemna plama w percepcji, martwy punkt jak w lusterkach wstecznych i zastanawiam się teraz ile tego rodzaju rarytasów mnie ominęło, bo jestem pewien, że nie dopilnowałem wszystkiego. A Ludzka rzecz jest takim właśnie rarytasem, istną delicją wśród powieści i to debiutanckich w dodatku. Piszę o tym już teraz, za nic mając suspens tej opinii i zarzekam się, że nie będzie na koniec żadnych nagłych zwrotów, bo Paweł Potoroczyn stworzył dzieło ze wszech miar świetne, charakterne i choć wydaje się, że po dwóch, trzech latach wszyscy o tym zapomnieli, to jestem pewien, iż nikt nie poczuje się zawiedziony, jeśli dopiero teraz wyciągnie dłonie po Ludzką rzecz.

Czytaj dalej „Ludzka rzecz – Paweł Potoroczyn”

Opowieści z meekhańskiego pogranicza: Północ – Południe – Robert M. Wegner

meekhan-ppMogę obwiniać wyłącznie siebie, skoro do czytania wybrałem coś, co w tytule ma opowieści, a nie opowieść w liczbie pojedynczej. Nie byłem więc szczególnie zaskoczony, gdy okazało się, że Opowieści… (przecież nie będę za każdym razem pisał pełnego tytułu książki, co nie?) to tak naprawdę zbiór opowiadań, a ja przecież fanem opowiadań nie jestem, delikatnie rzecz ujmując. W ogóle chyba nie przepadam za krótkimi formami literackimi i dla odreagowania będę musiał za chwilę zaopatrzyć się w jakąś opasłą powieść, minimum tysiąc stron. Albo tysiąc dwieście, co sobie będę żałował. Z moim tempem czytania to zajęcie na miesiąc i prawie jak detoks od krótkich form. No, ale to pieśń przyszłości, a tu i teraz mamy pierwszy tom opowiadań o przydługim tytule autorstwa Roberta M. Wegnera, z tym, że nikt tak naprawdę nie wie od czego jest ten skrót M., bo pisarz wymyślił sobie taki pseudonim i co mu zrobisz. Nie do końca przemawia do mnie też sama idea posługiwania się pseudonimem przy jednoczesnych publicznych wystąpieniach, ale pisarzem nie jestem, więc co ja tam mogę wiedzieć. Może autor ma mało reprezentatywne nazwisko, z którego koledzy w szkole się śmiali? ALBO może wcześniej podpisywał się nim pod jakimiś opowiadaniami porno i teraz boi się, że ktoś go z tamtą niechlubną twórczością połączy, więc potrzebny był pseudonim? A przecież nie ma się czego wstydzić, bo tego rodzaju opowiadań jest pełno w Sieci i jeszcze przed Erą Szybkich Łącz i Darmowych Serwisów Z Filmami Porno (piękne mamy obecnie czasy, by w nich żyć) to właśnie te erotyczne historyjki dostarczały sporo rozrywki, a nawet fizycznej przyjemności. Coś, czego najlepsze opowiadania fantastyczne nie są w stanie zapewnić czytelnikowi, mówię jak jest.

Czytaj dalej „Opowieści z meekhańskiego pogranicza: Północ – Południe – Robert M. Wegner”

Inna dusza – Łukasz Orbitowski

inna duszaKażdy, kto miał szczęście dorastać w latach 90. będzie uparcie twierdził, że był to najlepszy czas na dzieciństwo, że gimby nie znajo i że łza się w oku kręci na samo wspomnienie. Dużo w tym prawdy, bo sam tak uważam. Codzienność stopniowo spychająca czasy PRL-u w niebyt regularnie dostarczała nowych wrażeń, najczęściej docierających do nas wraz z wiatrem zmian z zachodu. Złoty okres dla rodziców, bo wystarczały dwa sklejone taśmą patyki, a potomstwo cały dzień mogło się bawić w wojnę, Terminatora, albo Wojownicze Żółwie Ninja. Nie było sposobu, by dzieciaki ściągnąć do domu – ani na obiad, ani kolację, a do łóżka kładły się spać z wciąż zarumienionymi od emocji policzkami i kolanami żółtymi od klęczenia w piaskownicy. Niepocieszone, ale jakże szczęśliwe i modlące się już o jutro. Czasy, gdy szło się do kolegi na komputer i przepadało na cały dzień, a mama kolegi serwowała wszystkim obiad oraz lody Bambino na deser. Dni, gdy biegało się po okolicznym parkingu zaglądając do stojących tam samochodów w poszukiwaniu tego, który będzie miał najwięcej na liczniku prędkości, zaklepywanie wirtualnego miejsca za kierownicą i wpychanie w rurę wydechową śliwek, bo od samego jedzenia ich miało się już notoryczną sraczkę. Z każdym drzewem na osiedlu miało się jakieś wspomnienie, każda ławka przypomina o jakiejś anegdocie, każdy zakątek to slajdy z beztroskiej przeszłości. I nieważne, że większości tych drzew oraz ławek już nie ma – bo one w jakimś sensie tam będą, póki istnieje ich echo w naszych pamięciach. A ja mógłbym tak smęcić bez końca, jednak na rzewne wspomnienia nie wzięło mnie przypadkiem, choć może po kolei.

Czytaj dalej „Inna dusza – Łukasz Orbitowski”

Dygot – Jakub Małecki

malecki_dygotJakub Małecki poproszony o to, by w jakiś nietypowy sposób zachęcił do przeczytania omawianej powieści stwierdził, że czytanie Dygotu ujędrnia pośladki. Nie wiem jak to zmierzyć u siebie (bo już jestem po fakcie), ale jeśli ktoś jest jeszcze przed planowaną lekturą, to polecam zawczasu się obmacać i zrobić jakieś zdjęcie, by po lekturze mieć materiał porównawczy. I wrzucić tę fotkę w komentarzu do tego tekstu, to wszyscy chętnie ocenimy postęp w kwestii jędrności. Już nie mogę się doczekać. Porzucając jednak chwytliwy temat pośladków i wracając do Jakuba Małeckiego to zaznaczę, że jego twórczość od kilku lat kręciła się gdzieś na orbicie moich zainteresowań, a nawet parę razy zaczepiłem wzrokiem o jego Dżozefa na różnych półkach, ale… no właśnie, jakoś nam nie wyszło. Nic osobistego. Rozdzieliły nas inne plany, odrębne priorytety, nasze koryta nie okazały się wspólne. Więc kiedy na odległym horyzoncie wydawnictw pojawił się Dygot natychmiast go dostrzegłem, odżyło dawne pożądanie, a czytając zapowiedź powieści wiedziałem już, że tym razem pójdę z Jakubem Małeckim do łóżka. Bo ostatnio tylko tam i na krótko przed snem czytam książki, stąd wynika pewne spowolnienie w temacie. Może gdybym się nudził w pracy, częściej i dłużej podróżował komunikacją miejską, albo chociaż siedział w więzieniu to miałbym więcej okazji do lektury, ale pocieszam się, że jeśli już czytam, to robię to z czystej ochoty, nie nudy. Strasznie dygresyjny i nie na temat mi ten wstęp wyszedł, więc po raz wtóry wróćmy do Jakuba Małeckiego, ok?

Czytaj dalej „Dygot – Jakub Małecki”

Nie tylko Wiedźmin – Marcin Kosman

nie tylko wiedzminTen związek trwa już od ponad dwudziestu lat, a uczucie, które nas łączy jest tak samo silne, jak na początku lat 90. tylko może bardziej dojrzałe oraz niekoniecznie tak bezwarunkowe i ślepe. Początków miłości mógłbym szukać w licznych wypadach do lokali, które w tamtym czasie nazywało się dumnie salonami gier, choć zwykle były to ciemne, bo bezokienne zaplecza sklepów spożywczych, gdzie wstawiano kilka jakimś cudem zdobytych amerykańskich automatów z bajecznie kolorową grafiką. Istny obłęd, prawdziwa Arkadia, gdzie całymi dniami można było wypalać sobie gałki oczne od wściekle migających ekranów. I co z tego, że więcej się patrzyło jak inni grają, niż grało samemu. Było doskonale. Potem udało się tę miłość przenieść w zacisze rodzinnego domu i choć najpopularniejszy w tamtych czasach Pegasus znacznie ustępował w możliwościach maszynom z salonu, to był prywatny i ograniczony w dostępie jedynie przez goniących do nauki rodziców. O tamtych szalonych czasach każdy z graczy mógłby napisać bardzo osobistą książkę, podobnie jak o pierwszym PlayStation, które szturmem zawładnęło polskimi realiami, bo taka jakość rozgrywki i tego rodzaju standard grafiki 3D był dotychczas najzwyczajniej w świecie niedostępny dla naszego kraju. Myślę, że mężczyzna tak naprawdę nigdy nie wyrasta z gier, jedynie zaczyna brakować mu na nie czasu. Ale nie o tym, bo ja tu o książce i to książce o grach. Polskich grach w dodatku. Mogę się mylić (choć wątpię), ale chyba niewiele mamy takich publikacji. Pewnie aż jedną, o której właśnie będzie mowa.

Czytaj dalej „Nie tylko Wiedźmin – Marcin Kosman”

Matka Makryna – Jacek Dehnel

matka makrynaA była taka zakonnica, o której poematy pisał Juliusz Słowacki i o spotkanie z którą zabiegał sam Adam Mickiewicz. Była, była – w połowie XIX wieku i to ponoć najprawdziwsza prawda. Makryna Mieczysławska się zwała i piastowała stanowisko przełożonej w mińskim klasztorze bazylianek. Ale pewnego dnia przyszedł zły Rosjanin (prawosławny biskup konkretnie) zlikwidował ten katolicki kurnik i nakazał Makrynie oraz jej podwładnym siostrom zaprzeć się swojej wiary. Ponoć prawosławie lepsze i to jedyna droga do zbawienia, więc albo jesteś z nami, albo cię skujemy kajdanami i zmusimy. Makrynie – jak przystało na kobietę – pomyliło się „nie” z „tak” no i rozpoczął się festiwal upokorzeń. Przy okazji bazylianki okazały się się twardymi sztukami, które pomimo niedoli porównywalnej z późniejszymi łagrami, swojej wiary się nie wyrzekły. Umierały z przemęczenia i umierały od mrozu, doświadczały wymyślnych tortur, były głodzone, oślepiane, schorowane. Ale kiedy udało im się przeżyć kolejny dzień i spędzały noc w mroźnym lochu swojego klasztoru, to ogrzewała je myśl o Jezusie – jego miłość dodawała im sił, a wiara w niego sprawiała, że rany natychmiast się goiły. Takie rzeczy. Osobiście go nie znam, ale ten cały Jezus brzmi na spoko kolesia. Aż pewnej nocy nadarza się okazja i uciemiężona Makryna wraz z paroma siostrami ucieka z niewoli, po czym natychmiast rusza w stronę Rzymu, by się poskarżyć panu papieżowi. Czeka ją kawał drogi, więc zdąży jeszcze zaliczyć tournée po Europie i niczym dziewiętnastowieczna gwiazda popu opowiedzieć wszystkim zainteresowanym o swoim męczeństwie. Atencja przede wszystkim i gdyby miała taką możliwość, to pewnie pisałaby o tym bloga. Albo chociaż tweetowała.

Czytaj dalej „Matka Makryna – Jacek Dehnel”