Dygot – Jakub Małecki

malecki_dygotJakub Małecki poproszony o to, by w jakiś nietypowy sposób zachęcił do przeczytania omawianej powieści stwierdził, że czytanie Dygotu ujędrnia pośladki. Nie wiem jak to zmierzyć u siebie (bo już jestem po fakcie), ale jeśli ktoś jest jeszcze przed planowaną lekturą, to polecam zawczasu się obmacać i zrobić jakieś zdjęcie, by po lekturze mieć materiał porównawczy. I wrzucić tę fotkę w komentarzu do tego tekstu, to wszyscy chętnie ocenimy postęp w kwestii jędrności. Już nie mogę się doczekać. Porzucając jednak chwytliwy temat pośladków i wracając do Jakuba Małeckiego to zaznaczę, że jego twórczość od kilku lat kręciła się gdzieś na orbicie moich zainteresowań, a nawet parę razy zaczepiłem wzrokiem o jego Dżozefa na różnych półkach, ale… no właśnie, jakoś nam nie wyszło. Nic osobistego. Rozdzieliły nas inne plany, odrębne priorytety, nasze koryta nie okazały się wspólne. Więc kiedy na odległym horyzoncie wydawnictw pojawił się Dygot natychmiast go dostrzegłem, odżyło dawne pożądanie, a czytając zapowiedź powieści wiedziałem już, że tym razem pójdę z Jakubem Małeckim do łóżka. Bo ostatnio tylko tam i na krótko przed snem czytam książki, stąd wynika pewne spowolnienie w temacie. Może gdybym się nudził w pracy, częściej i dłużej podróżował komunikacją miejską, albo chociaż siedział w więzieniu to miałbym więcej okazji do lektury, ale pocieszam się, że jeśli już czytam, to robię to z czystej ochoty, nie nudy. Strasznie dygresyjny i nie na temat mi ten wstęp wyszedł, więc po raz wtóry wróćmy do Jakuba Małeckiego, ok?

Czytaj dalej „Dygot – Jakub Małecki”

Nie tylko Wiedźmin – Marcin Kosman

nie tylko wiedzminTen związek trwa już od ponad dwudziestu lat, a uczucie, które nas łączy jest tak samo silne, jak na początku lat 90. tylko może bardziej dojrzałe oraz niekoniecznie tak bezwarunkowe i ślepe. Początków miłości mógłbym szukać w licznych wypadach do lokali, które w tamtym czasie nazywało się dumnie salonami gier, choć zwykle były to ciemne, bo bezokienne zaplecza sklepów spożywczych, gdzie wstawiano kilka jakimś cudem zdobytych amerykańskich automatów z bajecznie kolorową grafiką. Istny obłęd, prawdziwa Arkadia, gdzie całymi dniami można było wypalać sobie gałki oczne od wściekle migających ekranów. I co z tego, że więcej się patrzyło jak inni grają, niż grało samemu. Było doskonale. Potem udało się tę miłość przenieść w zacisze rodzinnego domu i choć najpopularniejszy w tamtych czasach Pegasus znacznie ustępował w możliwościach maszynom z salonu, to był prywatny i ograniczony w dostępie jedynie przez goniących do nauki rodziców. O tamtych szalonych czasach każdy z graczy mógłby napisać bardzo osobistą książkę, podobnie jak o pierwszym PlayStation, które szturmem zawładnęło polskimi realiami, bo taka jakość rozgrywki i tego rodzaju standard grafiki 3D był dotychczas najzwyczajniej w świecie niedostępny dla naszego kraju. Myślę, że mężczyzna tak naprawdę nigdy nie wyrasta z gier, jedynie zaczyna brakować mu na nie czasu. Ale nie o tym, bo ja tu o książce i to książce o grach. Polskich grach w dodatku. Mogę się mylić (choć wątpię), ale chyba niewiele mamy takich publikacji. Pewnie aż jedną, o której właśnie będzie mowa.

Czytaj dalej „Nie tylko Wiedźmin – Marcin Kosman”

Matka Makryna – Jacek Dehnel

matka makrynaA była taka zakonnica, o której poematy pisał Juliusz Słowacki i o spotkanie z którą zabiegał sam Adam Mickiewicz. Była, była – w połowie XIX wieku i to ponoć najprawdziwsza prawda. Makryna Mieczysławska się zwała i piastowała stanowisko przełożonej w mińskim klasztorze bazylianek. Ale pewnego dnia przyszedł zły Rosjanin (prawosławny biskup konkretnie) zlikwidował ten katolicki kurnik i nakazał Makrynie oraz jej podwładnym siostrom zaprzeć się swojej wiary. Ponoć prawosławie lepsze i to jedyna droga do zbawienia, więc albo jesteś z nami, albo cię skujemy kajdanami i zmusimy. Makrynie – jak przystało na kobietę – pomyliło się „nie” z „tak” no i rozpoczął się festiwal upokorzeń. Przy okazji bazylianki okazały się się twardymi sztukami, które pomimo niedoli porównywalnej z późniejszymi łagrami, swojej wiary się nie wyrzekły. Umierały z przemęczenia i umierały od mrozu, doświadczały wymyślnych tortur, były głodzone, oślepiane, schorowane. Ale kiedy udało im się przeżyć kolejny dzień i spędzały noc w mroźnym lochu swojego klasztoru, to ogrzewała je myśl o Jezusie – jego miłość dodawała im sił, a wiara w niego sprawiała, że rany natychmiast się goiły. Takie rzeczy. Osobiście go nie znam, ale ten cały Jezus brzmi na spoko kolesia. Aż pewnej nocy nadarza się okazja i uciemiężona Makryna wraz z paroma siostrami ucieka z niewoli, po czym natychmiast rusza w stronę Rzymu, by się poskarżyć panu papieżowi. Czeka ją kawał drogi, więc zdąży jeszcze zaliczyć tournée po Europie i niczym dziewiętnastowieczna gwiazda popu opowiedzieć wszystkim zainteresowanym o swoim męczeństwie. Atencja przede wszystkim i gdyby miała taką możliwość, to pewnie pisałaby o tym bloga. Albo chociaż tweetowała.

Czytaj dalej „Matka Makryna – Jacek Dehnel”

Drach – Szczepan Twardoch

drachSłowniki podpowiadają, że drach jest regionalizmem znaczącym tyle, co latawiec, tudzież łobuz. Brzmi mało imponująco, to prawda, ale kiedy zagłębimy się w etymologię, zaczyna nabierać większego sensu i zdecydowanie większych rozmiarów. Wywodzące się z języka niemieckiego słowo Drache budzi już bowiem należny szacunek, bo trudno, żeby smok nie robił wrażenia. I w tych legendarnych stworzeń upatrywałbym genezy tytułu powieści Twardocha, o czym dosyć jednoznacznie wspomina stary mistyk i szaman Pindur w jednej ze swoich natchnionych przemów. Przywołany wprost z proroctw smok jest bowiem wszystkim i niczym jednocześnie: jest doskonałym obserwatorem (grecki drakan znaczy bystrooki), jest żywiołem oraz ziemią, po której stąpają bohaterowie i w której ostatecznie zostają pochowani. To doskonałe ucieleśnienie wszystkowiedzącego, bezstronnego narratora i taką też rolę spełnia w powieści, przemawiając najczęściej z perspektywy oraz głosem śląskiej ziemi nieustannie drążonej i rozsadzanej kopalnianymi szybami – ziemi wielokrotnie w historii dzielonej granicami państwowymi, zaś jeszcze częściej przecinanej torem lotu licznych pocisków oraz ostrzami bagnetów. A przecież mówimy tutaj raptem o niewielkim skrawku terenu w okolicach dzisiejszych Gliwic i Rybnika – rodzinnych stronach autora. Jeśli ktoś w związku z ciasnotą przestrzeni martwi się o stagnację i brak urozmaicenia, to uspokajam: Twardoch jako pisarz ma na swoich usługach coś znacznie potężniejszego, niż zwykłe pole powierzchni. Ma czas. Ma wszystkie te lata i dekady burzliwych dziejów, które łączy jedno miejsce: śląska ziemia właśnie. Nie będę dalej gmatwał, bo za chwilę sam się pogubię we własnym przekazie.

Czytaj dalej „Drach – Szczepan Twardoch”

Księgi Jakubowe – Olga Tokarczuk

Tokarczuk_KsiegiJakubowe_m„Gdyby ludzie umieli zachować swoją wiedzę o świecie, gdyby potrafili ją wyryć w skale, w kryształach, w diamencie i przekazywać w ten sposób swoim następcom, może świat wyglądałby zupełnie inaczej. Cóż nam z tak kruchego tworzywa jak papier? Cóż nam z pisania książek!?[1]”

To są najpiękniejsze momenty w życiu czytelnika. Mam na myśli chwile, kiedy uświadamia on sobie, że trafił na kolejną perłę wśród powieści. Bo na tym to wszak polega: na stałym i niestrudzonym poszukiwaniu kolejnych wspaniałych książek; na syceniu tego niezaspokojonego głodu wielkiej literatury, kiedy po skończonej uczcie z literek klepiemy się z zadowoleniem po brzuszku, jednocześnie zdając sobie sprawę, że uczucie przepełnienia z czasem minie i znów ruszymy na poszukiwanie czegoś wielkiego do skonsumowania. I szukamy, i przebijamy się przez przeciętność, przez wysoki, ale nie wybitny poziom, aż docieramy do kolejnej pod jakimś względem wspaniałej powieści, uzależniającej, pochłaniającej. Procedura się powtarza, książka się kończy, ale w nas na zawsze pozostaje jakiś ślad po niej – sentyment, skojarzenie, cytat, resztka. Po jakimś czasie niby przypadkiem natrafiamy wzrokiem na jej grzbiet pyszniący się na półce i wspomnienia odżywają – cicho, ale uparcie strzelając nam w głowie niczym ugniatana palcami folia bąbelkowa. Po to czytamy, po to też zostawiamy pod ręką najlepsze książki i nie chcemy się z nimi rozstawać. Być może trochę naciągam swoje wrażenia, bo nadal nie jestem w stu procentach przekonany, czy Księgi Jakubowe są dla mnie tym, czym się w tej chwili wydają: powieścią, którą na stałe wpiszę w kanon swoich najważniejszych lektur. Czuję się nią trochę zmęczony, wymiętolony jak dół koszuli włożony w spodnie, przeżyłem w jej towarzystwie ciężkie czytelniczo chwile: fragmentami z mozołem czołgałem się przez treść, charcząc, dysząc i przysypiając ze zmęczenia pośród liter idących wolno jak na pogrzeb. Z drugiej strony miałem świadomość, że jawną niesprawiedliwością byłoby odpuszczenie lektury i zlekceważenie sześciu lat pracy autorki. Ostatecznie zawdzięczam Księgom Jakubowym niełatwe, ale też niezwykle wyraziste chwile spędzone przy czytaniu, stąd moje rozchwianie i niejednoznaczne uczucia. Mam za sobą trudny literacko romans, jestem rozstrojony, więc należy mi się chyba jakaś taryfa ulgowa?

Czytaj dalej „Księgi Jakubowe – Olga Tokarczuk”

Polaroidy z zagłady – Paweł Paliński

polaroidy-z-zagladyEj, ale dobra zagłada ludzkości nie jest zła. Każdy z nas potrafiłby z marszu wymienić co najmniej kilka osobistych problemów, które same by się rozwiązały w przypadku takiej czy innej apokalipsy. To prawda, że w zamian doszłyby inne, ale nie ma co się martwić na zapas. Było już bez liku powieści traktujących o szeroko pojętym wyludnieniu świata: zarazie, katastrofach naturalnych, skażeniu środowiska, najazdach kosmitów, mutantów, zombie, Tatarów, starych ludzi na promocję Crocsów i karpia w Lidlu – w zasadzie każdy temat da się przerobić na doszczętną zagładę i pisarze ochoczo z tego korzystają. Nie wiem czy się zgodzicie, ale rozróżniam dwie szkoły pisania o unicestwieniu człowieka i jego świata. Pierwsza proponuje wartką akcję, nieustanną walkę z zagrożeniem, najczęściej jasno sprecyzowanym, dużo krzyku, krwi, narzędzi mordu i ofiar. W tym temacie brylują szczególnie historie z zombie w tle, bo to takie urocze stworzenia, wręcz idealne do roli kuchennego stojaka na noże, tasaki, maczety. Drugą szkołą jest podejście nieco bardziej kameralne i pozbawione ozdobników – skupienie się na tragedii jednostki, jej samotności w obliczu epidemii, prozaicznych i codziennych czynności, sporadycznie przetykanych żywszymi wydarzeniami. Czyli coś bardziej dla duszy (też tej czytelnika), niż ciała. I o ile dziełom z pierwszej kategorii rzadko udaje się wspiąć ponad poziom udanego czytadła, tak powieści sklasyfikowane w tej drugiej grupie często mają ambicję na „coś więcej”. Droga McCarthy’ego coś komuś mówi? A Gwiazdozbiór psa Petera Hellera? Tak na marginesie dodam, że jest jeszcze trzecia szkoła apokalipsy, dopiero raczkująca, która reprezentowana jest przez liczne filmiki na Youtube z mrożącymi krew w żyłach, iście dantejskimi scenami na promocjach w supermarketach. Zupełnie jakby zagłada była już za nami, a pozostało plądrowanie w poszukiwaniu pożywienia i innych dóbr pierwszej potrzeby. Z tego co mi wiadomo żaden literat jeszcze nie podjął się tego tematu, ale to tylko kwestia czasu. A do której szkoły post-apo spakujemy tornister i poślemy Polaroidy z zagłady?

Czytaj dalej „Polaroidy z zagłady – Paweł Paliński”

Tylko seks – Zygmunt Gołąb

Tylko-seksI nikt mi nie powie, że tytuł nie jest ważny. Dziwnym zbiegiem okoliczności nagle się okazuje, że wszyscy chcieliby ode mnie pożyczyć tę książkę i ją przeczytać. Stają przed moimi regałami, krytycznym okiem przyglądają się licznym powieściowym grzbietom, a ja siedzę i milcząco przyglądam się im przyglądającym się. Myślę sobie: jest tam tyle wartościowych książek, klasyków literatury, zabawnych powieści, polecanych przeze mnie, ogólnie cenionych, ale i tak założę się sam ze sobą, że wybiorą Tylko seks (ewentualnie Terapię narodu za pomocą seksu grupowego, ale to może znaczyć, że są zainteresowani seksem grupowym, a do tego nie każdy jest gotowy się przyznać). Mówią głośno do mnie: o, to mnie interesuje! i ich palec wskazujący jak rakieta startuje przed siebie po czym spoczywa na szczycie grzbietu książki i przechyla ją, a pozostałe palce wyrywają tom z uporządkowanego szeregu. Ja nie muszę patrzeć, bo już wiem, że oni z zaciekawieniem oglądają Tylko seks z każdej strony, czytają notkę wydawnictwa, kartkują strony. Czasem pytają mnie: fajne to?, na co ja robię skwaszoną minę i im odpowiadam, że słabe, że ramota, że daj spokój, ale ja się nie znam, więc pewnie ci się spodoba. Zachęceni moją rekomendacją machają mi okładką książki i mówią: to ja sobie pożyczę, na co ja im odpowiadam: okej, ale za dwa miesiące, bo jest już kolejka.

Czytaj dalej „Tylko seks – Zygmunt Gołąb”