Neuromancer – William Gibson

trylogia-ciaguPrzymierzałem się do tego Neuromancera, bo jak tego nie robić, skoro cały ten Gibson stale się przewija we wszelakich zestawieniach i opracowaniach. Pisze się o nim, że to twórca cyberpunku, a przynajmniej jeden z tych, którzy zapoczątkowali nurt w literaturze. Znacie to: bliższa lub dalsza przyszłość, Sztuczna Inteligencja, Cyberprzestrzeń, hakerzy, walczące o wpływy megakorporacje trzymające wszystkich i wszystko w szachu. Gatunek łączący wiedzę techniczną z wyobraźnią wykraczającą daleko poza trzy wymiary przestrzeni. Przymierzałem się więc, bo nieco mnie to pociągało i w końcu zdecydowałem, że biorę. Wziąłem Gibsona od razu w komplecie z całą Trylogią Ciągu (Neuromancer, Graf Zero, Mona Liza Turbo), bo co mi szkodzi i co sobie żałował będę. Przeczytałem część pierwszą (Neuromancera), zacząłem drugą i zrezygnowałem. Po dwóch dniach wróciłem, bo uznałem, że dodatkowa szansa się należy i zgadnijcie: dotarłem do połowy Grafa Zero, po czym zrezygnowałem ponownie, zapowiada się, że na stałe. Ale przynajmniej nikt mi nie zarzuci, że nie próbowałem.

Czytaj dalej „Neuromancer – William Gibson”

Reklamy

Nieznośna lekkość bytu – Milan Kundera

milan-kundera-nieznosna-lekkosc-bytuKundera och, Kundera ach. A u Kundery to, u Kundery tamto, Kundera taki i owaki. No właśnie, bo zwykle jeśli już spotykałem się z nazwiskiem czeskiego pisarza (choć niekoniecznie piszącego po czesku), to zazwyczaj odbywało się to w splendorze aplauzów. Mniejszych i większych, ale jednak. I tak jakoś wryło mi się w pamięć jego dźwięczne nazwisko, zakodowało się w roli synonimu dla wysokiej jakości literatury, a moje oczekiwania narastały pomimo przekładanego z roku na rok pierwszego razu z jego twórczością. Ale nawet kiedy już miałem zdobytą (w dosyć przypadkowych okolicznościach) Nieznośną lekkość bytu na półce, to jakoś podświadomie nieśpieszno mi było do podjęcia wyzwania. Powieść przygnieciona brzemieniem oczekiwań stała smutno przez blisko cztery miesiące, bo zawsze jakaś książka brzmiała bardziej zachęcająco, aż w końcu kierowany trochę litością, a trochę już zirytowany widokiem stale tego samego grzbietu westchnąłem, wymamrotałem do siebie coś w rodzaju no dobra, zobaczymy i zacząłem czytać tego przeklętego Kunderę, który przecież wystał już swoje w kolejce i należało mu się choć minimum zainteresowania z mojej strony. Pewnie uznałem, że lepszego momentu już nie będzie. Albo po prostu chciałem w końcu odhaczyć z listy „DO PRZECZYTANIA” jednego z autorów, z którym mi nigdy nie było po drodze. Przyznaję, że mało to chwalebne, bo w jakimś sensie zmusiłem się do lektury, a to nie przystoi żadnemu książkoholikowi. Na swoje usprawiedliwienie dodam, że byłem w swoim podejściu otwarty, uległy oraz chciałem dać się ponieść lekturze, a potem chętnie dołączyć do chóru wyrażającego zachwyty Kunderą i posadzić go na tronie najważniejszych czeskich osobistości świata kultury. Niestety, ale Krecik nie da się tak łatwo strącić ze szczytu.

Czytaj dalej „Nieznośna lekkość bytu – Milan Kundera”