Conan Barbarzyńca – Robert E. Howard

conan barbarzyncaSzesnaście opowiadań, jedna powieść, do tego esej wprowadzający nas w realia historyczne fantastycznych ziem, na których toczy się akcja – to wszystko w jednym wydaniu, więc gdyby ktoś planował budować dom, to miałby z tego kolejną, niemałą przecież cegłę. Takie rozmiary książki mogą przerazić niedzielnego czytelnika oraz – według niektórych teorii – zaimponować płci przeciwnej. Była ta sławetna kampania „Nie czytasz? Nie idę z tobą do łóżka!”, której idei nie do końca rozumiem, bo przecież w łóżku czyta się najlepiej, a druga osoba tylko by przeszkadzała i rozpraszała uwagę, więc nie wiem po co mi tam ona. Bez sensu, podobnie jak całkowite wyrywanie sobie brwi tylko po to, by namalować nowe kredką. Ale co ja tam wiem, więc wróćmy już do Conana, w porządku? Aha, jeszcze tylko dodam, że gabaryty wydania tylko pozornie przytłaczają, bo czcionka jest duża jak w elementarzu, lektura idzie sprawnie, a szybkością przerzucanych kartek można nawet wytworzyć niewielki przeciąg, więc porzućcie obawy ci, którzy się lękacie, bo książka nie powinna zalegać miesiącami w niekończącej się fazie czytania i szybko staniecie twarzą w twarz ze znacznie większym problemem – jak znaleźć dla niej miejsce na i tak już ciasnych półkach regałów? Kurde, nie wiem, chyba zacznę je układać na podłodze, bo kto to widział żeby… Ale na Croma!, miało być o Conanie, już już.

Czytaj dalej „Conan Barbarzyńca – Robert E. Howard”

Droga królów – Brandon Sanderson

droga-krolowTrochę dobrego się o tym cyklu naczytałem, a przecież nawet nie szukałem o nim informacji i opinii. Sanderson pojawiał się jakoś przy okazji, w luźnym powiązaniu z aktualnym tematem dyskusji, niejako na uboczu, nieproszony, na krzywy ryj wręcz. A to ktoś wspomniał, że przeczytał kolejny tom cyklu i jest zachwycony, że Sanderson utrzymuje wysoką formę – powiedzmy, że brzmi to jak zachęta. Ktoś inny pytał o jakiś godny uwagi tytuł z gatunku fantasy i na proponowanej przez innych czytelników liście – mniej lub bardziej oryginalnej – zawsze zaplątała się gdzieś Droga królów, albo od razu cały cykl (Archiwum Burzowego Światła). Do kroćset fur beczki – pomyślałem – muszę w końcu tego Sandersona sprawdzić, bo nie odpuszczą. Tacy są najgorsi. Będą wiercić dziurę w brzuchu, wypominać, namawiać, póki nie ulegniesz. Nie teraz, to wrócą za tydzień, miesiąc, rok – to pewne jak poranny namiot. Siłą rzeczy zainteresowałem się więc lekturą, czyli blisko tysiącem stron pierwszego tomu, mając w perspektywie kolejne tysiące w kolejnych tomach. W dodatku notka na tylnej okładce nieszczególnie zachęca i brzmi po prostu banalnie, czytałem takich setki. Lepiej, żeby to było warte mojego czasu i wzroku, bo jeśli nie… to absolutnie nic na to nie poradzę.

Czytaj dalej „Droga królów – Brandon Sanderson”

Płomienna korona – Elżbieta Cherezińska

plomienna koronaKazano nam czekać, więc czekaliśmy, a pani Cherezińska pisała. I pisała. Nadal pisała. A kiedy Płomienna korona (trzeci i ostatni tom cyklu Odrodzone Królestwo) wreszcie trafiła na półki, wyjaśniło się dlaczego zajęło jej to tyle czasu. Zapełnienie około 1100 stron musiało trochę zająć, a przecież autorka miała w tym czasie na głowie również inne projekty, co tylko udowadnia jak wielozadaniowe potrafią być kobiety. No ale wreszcie jest: zwieńczenie trylogii Piastów, zawierające w swojej treści wydarzenia zmierzające do tego, że cykl finalnie zasłuży na swoją nazwę, a Królestwo Polskie stanie na nogach na tyle stabilnie, by wierzyć, że nie upadnie gdy tylko na chwilę odwrócimy wzrok. Naturalnie największym problemem przed lekturą było dla mnie przypomnienie sobie wątków i postaci z poprzednich tomów, wszak minęły trzy lata, a wspomnienia się nieco zatarły. Jednak odrobina riserczu, przegląd notatek (przewidując taką sytuację przygotowałem sobie ich więcej podczas lektury poprzedniego tomu), weryfikacja wpisów i wrażeń z tego blogaska – wreszcie sam sobie się na coś przydałem z tą pisaniną – i już: większość motywów i bohaterów wróciła w mojej pamięci przynajmniej na tyle, bym mógł bez obaw przyjrzeć się kolejnej koronie, tym razem płomiennej. A! Sss, parzy.

Czytaj dalej „Płomienna korona – Elżbieta Cherezińska”

Opowieści z meekhańskiego pogranicza: Północ – Południe – Robert M. Wegner

meekhan-ppMogę obwiniać wyłącznie siebie, skoro do czytania wybrałem coś, co w tytule ma opowieści, a nie opowieść w liczbie pojedynczej. Nie byłem więc szczególnie zaskoczony, gdy okazało się, że Opowieści… (przecież nie będę za każdym razem pisał pełnego tytułu książki, co nie?) to tak naprawdę zbiór opowiadań, a ja przecież fanem opowiadań nie jestem, delikatnie rzecz ujmując. W ogóle chyba nie przepadam za krótkimi formami literackimi i dla odreagowania będę musiał za chwilę zaopatrzyć się w jakąś opasłą powieść, minimum tysiąc stron. Albo tysiąc dwieście, co sobie będę żałował. Z moim tempem czytania to zajęcie na miesiąc i prawie jak detoks od krótkich form. No, ale to pieśń przyszłości, a tu i teraz mamy pierwszy tom opowiadań o przydługim tytule autorstwa Roberta M. Wegnera, z tym, że nikt tak naprawdę nie wie od czego jest ten skrót M., bo pisarz wymyślił sobie taki pseudonim i co mu zrobisz. Nie do końca przemawia do mnie też sama idea posługiwania się pseudonimem przy jednoczesnych publicznych wystąpieniach, ale pisarzem nie jestem, więc co ja tam mogę wiedzieć. Może autor ma mało reprezentatywne nazwisko, z którego koledzy w szkole się śmiali? ALBO może wcześniej podpisywał się nim pod jakimiś opowiadaniami porno i teraz boi się, że ktoś go z tamtą niechlubną twórczością połączy, więc potrzebny był pseudonim? A przecież nie ma się czego wstydzić, bo tego rodzaju opowiadań jest pełno w Sieci i jeszcze przed Erą Szybkich Łącz i Darmowych Serwisów Z Filmami Porno (piękne mamy obecnie czasy, by w nich żyć) to właśnie te erotyczne historyjki dostarczały sporo rozrywki, a nawet fizycznej przyjemności. Coś, czego najlepsze opowiadania fantastyczne nie są w stanie zapewnić czytelnikowi, mówię jak jest.

Czytaj dalej „Opowieści z meekhańskiego pogranicza: Północ – Południe – Robert M. Wegner”

Władca Pierścieni – J. R. R. Tolkien

Wladca_Pierscieni_TolkienTaaak. Wróciłem po raz trzeci do Śródziemia, bo po tych kilku latach jakoś mi się tęskno zrobiło. Odżyły wspomnienia chwil, kiedy byłem tak okrutnie podekscytowany wchodzącą lada chwila do kin Drużyną Pierścienia, że dziesiątki razy kartkowałem nieistniejący już miesięcznik Cinema i podziwiałem wielkie zdjęcia z planu filmowego. Jarałem się jak pochodnia Gondoru. I to jest dla mnie trochę niezrozumiałe, bo przecież nie znałem jeszcze powieściowego pierwowzoru, ale już wtedy z siłą maczugi jaskiniowego trolla uderzała mnie magia płynąca z tych zdjęć, krajobrazów, kostiumów. Wychodzi więc na to, że dopiero zmotywowany nadchodzącą ekranizacją postanowiłem, iż najpierw muszę przeczytać książkę i do dziś lekturę trylogii Władcy Pierścieni wspominam jako moją największą literacką wyprawę i przygodę. Mapę Śródziemia analizowałem tak często, że prawdopodobnie na stałe wypaliła się w mojej wyobraźni i znam jej kształt, charakterystyczne punkty, a także przebieg wędrówki bohaterów. Na każdą część ekranizacji biegłem natychmiast do kina, a potem wielokrotnie powtarzałem seans z rozszerzonymi wersjami DVD. I ponieważ całkowicie ominęła mnie szajba Gwiezdnych Wojen (które lada chwila mogą zacząć rozmieniać się na drobne), więc osobiście uznaję, że (parafrazując klasyka): powrót jest tylko jeden i jest to Powrót Króla.

Czytaj dalej „Władca Pierścieni – J. R. R. Tolkien”

Ostatni Powiernik Pierścienia – Kirył Jeskow

ostatni powiernik1Na półkach stoją i czekają literackie nowości oraz zaległości, a ja po raz trzeci czytam powieść Jeskowa. Zastanawiałem się nawet przez chwilę, co ten fakt może oznaczać i czy ta książka rzeczywiście jest tak dobra, by stale do niej wracać. Chyba sam sobie w tej kwestii nie ufam, stąd co kilka lat czuję potrzebę zweryfikowania swojej opinii na temat Ostatniego Powiernika Pierścienia – ponownego przekonania się czy entuzjazm, którym obdarzyłem tę powieść osiem lat temu miał sensowne podstawy i, co ważniejsze, czy przetrwały one do dziś. Wtedy dzieło Jeskowa podobało mi się zaskakująco mocno, elektryzowało mnie i absorbowało, a lekturę polecałem nie tylko każdemu fanowi Tolkiena, ale również (a może przede wszystkim) każdemu, kto jego prozie nie dał się uwieść. Bo zbyt patetyczna, bo zbyt rozwleczona, rozbuchana, bo za dużo w niej czerni i bieli oraz karłów z zaniedbanymi stopami. Bo zabrakło w nim smoków i seksu. Osobiście uwielbiam trylogię Władcy Pierścieni, ale z różnymi opiniami oraz argumentami na jej temat się spotykałem, więc jestem wyrozumiały i Tolkiena za wszelką cenę bronił nie będę (przynajmniej nie tu i teraz). Natomiast łatwo się domyślić, że Ostatni Powiernik Pierścienia silnie nawiązuje do szeroko znanej historii Frodo Bagginsa i Wojny o Pierścień, a gdyby ktoś nadal miał wątpliwości, to powieść Jeskowa ukazała się w Polsce również pod dźwięcznym marketingowo tytułem Ostatni Władca Pierścienia. Preferuję trafniejszego powiernika, bo choć pewien pierścień się tutaj pojawia, to jest tylko i wyłącznie pierścieniem: kawałkiem stopu, niewiele znaczącym suwenirem, więc nie za bardzo jest czym buńczucznie władać.

Czytaj dalej „Ostatni Powiernik Pierścienia – Kirył Jeskow”

Niewidzialna korona – Elżbieta Cherezińska

Niewidzialna_korona_500Na wstępie muszę się do czegoś przyznać. Otóż zapomniałem o tym cyklu Cherezińskiej i w żadnym stopniu nie tłumaczy mnie to, że do tej pory w jego skład wchodził raptem jeden tom: miętolona przeze mnie dwa lata temu Korona śniegu i krwi. A przecież podobała mi się ona – musiała podobać, skoro nadal stoi u mnie na półce i do tej pory nie pozbyłem się swojego egzemplarza. Teraz Cherezińska znienacka wraca z nową koroną, tym razem niewidzialną (to by wyjaśniało, dlaczego wcześniej jej nie zauważyłem), a ja bez zastanowienia wracam w objęcia cyklu. Robię to co prawda bez wahania, ale z pewnymi problemami pod patronatem Alzheimera, bo dla odświeżenia pamięci byłem zmuszony ponownie sięgnąć po tom pierwszy, przekartkować go i przeczytać kilkanaście ostatnich stron (będących swoistym pomostem fabularnym), a nawet przejrzeć swoje notatki z tamtej lektury oraz odnaleźć wpis z wrażeniami na tym blogasku. Wróciła większość wspomnień, zrozumiałem też dlaczego nie czekałem na kontynuację z wypiekami na twarzy (bowiem Korona śniegu i krwi równie dobrze może stanowić zamkniętą całość, wcale nie domagając się rozwinięcia) i dopiero wtedy poczułem się mentalnie przygotowany do przygody z drugim tomem. Prędko, dajcie mi go, zanim znowu zapomnę!

Czytaj dalej „Niewidzialna korona – Elżbieta Cherezińska”

Ziemiomorze – Ursula K. LeGuin

ziemiomorzeI tak sobie z łatwością oraz bez zastanowienia dodaję kolejne pozycje do listy o zobowiązującej nazwie „muszę przeczytać”. Problem leży w tym, że jej długość systematycznie rośnie: że za często dopisuję książki (bo to nie wymaga poświęcenia i czasu), a zbyt ślamazarnie je czytam (bo to już wymaga). Z wolna próbuję więc się godzić z faktem, że i tak nie zdążę przed śmiercią przeczytać wszystkiego co sobie zaplanowałem – to ta negatywna strona mojego (i zapewne nie tylko mojego) położenia. Jednak patrząc pozytywnie można stwierdzić, że przynajmniej do końca życia nie zabraknie mi książek do przeczytania i tej entuzjastycznej wersji trzymajmy się na torturach. Cykl o Ziemiomorzu z urzędu znalazł się na wspomnianej liście, bo Ursula LeGuin jest przez fanów fantastyki wymieniana jednym tchem z innymi tuzami gatunku – że klasyk, że och, że ach, że wstyd nie znać. A ja oczywiście łykam to jak foka śledzie, po czym rzucam wyzwanie książce i liczę, że ta sprosta moim wymaganiom, bo przecież musi. LeGuin męczyła się i pociła nad tym cyklem przez ponad trzydzieści lat, więc tempa nie miała jakiegoś zatrważającego, bo jeden (niegruby) tom wypluwany co pięć lat na nikim wrażenia nie robi. I choć ta informacja nie powinna podlegać ocenie, to jednak pozwala ona wysnuć jakieś wnioski i sugeruje, że od Ziemiomorza należy spodziewać się przemyślanej, nieśpiesznie przygotowanej oraz rozbudowanej struktury. Może uda się też przy okazji prześledzić progres LeGuin jako pisarki. W zasadzie muszę niezręcznie przyznać, że zanim zacząłem lekturę, to wydawało mi się, że autorka od wielu lat już nie żyje. Tymczasem okazuje się, że chęci do życia pani LeGuin nie brakuje, ale dzisiaj to nie zadziała na jej korzyść, bo zamierzam być bezlitosny. Ponoć o zmarłych nie mówi się źle, skoro jednak wszyscy zdrowi, to nikogo nie będziemy oszczędzać.

Czytaj dalej „Ziemiomorze – Ursula K. LeGuin”

Lód – Jacek Dukaj

lodSzok i niedowierzanie, bo oto po raz pierwszy w dziejach ludzkości jedna powieść doczekała się dwóch wpisów na tym zaszczytnym blogasku. Wydarzenie jak nic kwalifikujące się na główną stronę Onetu, coś czuję, że będzie skandal. Sęk w tym, że Lód zasługuje ma drugi wpis; zasługuje także na trzeci i szósty wpis; zasługuje na każde słowo, które jest napisane na jego temat. Po czterech latach z czułością zdjąłem swój przykurzony egzemplarz z półki i o mało przy tym nie zwichnąłem sobie nadgarstka. A potem zległem na posłaniu, zacząłem czytać ponownie i moja miłość do tej powieści została rozniecona na nowo, już od pierwszych stron wybuchając jasnym, strzelistym płomieniem, który przypalił mi brwi i rzęsy. Nie szkodzi, bo ten przyjemny żar pożądania – połączony z powolnym rozsmarowywaniem językiem kolejnych słów na podniebieniu, smakowaniem ich – ten żar niesie ukojenie, niesie satysfakcję, doszczętnie spala sceptycyzm, robi przemeblowanie w umyśle i każe mi mruczeć do siebie stale „jejku, jakie to fajne!”. Pomyślałem więc, że pozachwycam się tą fajnością tutaj i prawie że dokonując samogwałtu nad wspomnieniami z lektury, oddam jej tym samym swoisty hołd. Bo ja chyba Lodem najzwyczajniej w świecie zaślepiony jestem i nie tyle nie dostrzegam jego wad (choć rzeczywiście nie dostrzegam), co nie obchodzą mnie one, nawet jeśli istnieją. Ludzie zwykle nie sięgają bez wahania po liczącą ponad tysiąc stron książkę, by przeczytać ją po raz kolejny, jeśli wcześniej nie pojawi się tęsknota za tym pięknem, ekscytacją oraz czystą przyjemnością, która udzieliła im się przy poprzednim kontakcie. To podstawowa potrzeba zaspokojenia tęsknoty motywuje nas do własnowolnych powrotów, więc otulmy twarz szalikiem, a następnie powędrujmy w objęcia Zimy, ponownie.

Czytaj dalej „Lód – Jacek Dukaj”

Sezon burz – Andrzej Sapkowski

Sezon-burz_(1)Nie chcę wnikać, jakiego rodzaju motywacja stała za powrotem Andrzeja Sapkowskiego do (w teorii martwego) cyklu o Wiedźminie. Naturalnie nie brakuje opinii, że komuś się pieniążki skończyły, ale tego typu założenia pojawiają się zawsze, nie tylko przy literackich powrotach i pasują też zawsze, więc nie sposób traktować ich poważnie, nawet jeśli niosą ze sobą ziarnko prawdy (co z tego?). Znacznie wspanialej brzmi myśl, że Sapkowski najzwyczajniej stęsknił się za Geraltem, że stęsknili się za Geraltem również czytelnicy, a nostalgia wszystkich była ostatnio dodatkowo potęgowana dwiema fantastycznymi grami od CD Projekt RED (chłopaki imponują podejściem do graczy), uznanymi już chyba za dobro narodowe Polaków. Przypominam, że skądinąd znany Donald Tusk wręczył egzemplarz gry Wiedźmin 2: Zabójcy Królów wizytującemu u nas Barackowi Obamie, a ten pewnie do dziś nie może wyjść z szoku z powodu takiej hojności (bo filmowego Wiedźmina z Żebrowskim w roli tytułowej to nie podarowałbym nawet największemu wrogowi, szanujmy się). Może więc popychany kolejnymi tak znaczącymi impulsami Sapkowski pomyślał: w sumie to się trochę nudzę, może zrobię niespodziankę wszystkim fanom i napiszę nowego Wiedźmina, bo co? Osobiście postanowiłem nie kręcić zbytnio nosem, nie boczyć się oraz brać Wiedźmina takim, jaki jest. I choć byłem nieco sceptyczny, stale obniżając oczekiwania, to w gruncie rzeczy nie mam za złe autorowi wskrzeszenia serii, a nawet dominowały myśli, że będzie fajnie. Cała ta sytuacja ma tylko jedną wadę – egzemplarz Sezonu burz ani nie pasuje wizualnie, ani nie mieści mi się do mojego kolekcjonerskiego wydania cyklu. Tak się nie robi, panie Sapkowski!

Czytaj dalej „Sezon burz – Andrzej Sapkowski”

Kroniki Amberu – Roger Zelazny

amber tom1Dla porządku wyjaśnię, jak wygląda sytuacja. W cały cykl Kronik Amberu wchodzi dziesięć krótkich tomów, a tutaj mamy pięć pierwszych zawartych w pierwszym z dwóch tomów zbiorczych (wyd. Zysk i S-ka, 2010). Możesz wrócić wielokrotnie do poprzedniego zdania i nic dziwnego, bo sam bym go nie zrozumiał za pierwszym razem, ale równie dobrze możesz sobie odpuścić, bo nie ma tam nic istotnego. Warto natomiast wiedzieć, że tom ten jest faworytem w walce o najbardziej kiczowatą okładkę roku i rywale już z rezygnacją spuszczają głowę. Czcionka, kolorystyka, czerwony ni-to-pałac, ni-to-budyniowe-gluty na tle ośnieżonego, górskiego szczytu. No i jednorożec, jak z marzeń ośmiolatki. Wiem, że okładka jest akurat najmniej ważnym elementem i nie wpływa na wartość literacką, ale ustalmy coś: jakieś wyczucie i kryteria trzeba mieć, bo może dojść do sytuacji, że potencjalny czytelnik będzie się wstydził zdjąć książkę z półki w księgarni. Sam musiałem w drodze do kasy dla niepoznaki przykryć ją czasopismem. Takie kombinacje… lepiej, żeby było warto – myślałem wtedy. Ale dosyć tych uwag i pastwienia się. Przejdźmy do tego, co tworzą rozmyślnie poustawiane obok siebie literki, czyli treści.

Czytaj dalej „Kroniki Amberu – Roger Zelazny”

Długa Ziemia – Terry Pratchett, Stephen Baxter

dlugaziemiaZnowu. Kolejny raz pozwoliłem się skusić nazwisku Pratchetta, co akurat nie jest niczym dziwnym, bo – nie ukrywam – często daję się namówić na jego ciekawe towarzystwo. Tym razem jednak Terry lojalnie zapowiedział, że przyprowadzi ze sobą swojego przyjaciela i zapytał czy nie będę miał nic przeciwko, abyśmy spędzili trochę czasu we trójkę. Powiedziałem mu, że jego przyjaciel jest moim przyjacielem i chętnie go poznam, że kupię więcej alkoholu, zrobię więcej sałatki warzywnej i pochowam wszystkie trzy drogocenne przedmioty przed jego wizytą. Terry podziękował za okazane zaufanie i jeszcze tego samego dnia poznałem jego kolegę. Baxter okazał się znacznie młodszy od Pratchetta, przyszedł w dresie do joggingu i był strasznie gadatliwy. Cóż, będąc szczerym muszę napisać, że nieco mnie zanudził swoim sposobem bycia, schematyzmem i nieudolnymi próbami urozmaicenia nam spotkania. Nie znałem chłopa wcześniej, pewnie się za bardzo zestresował moim (no, i może trochę Terry’ego) zaszczytnym towarzystwem, stąd jego werbalna biegunka pozbawiona charakteru i uroku (a są ludzie, których rzekę bełkotu mogę czytać non stop, co stanowi dowód, że da się). Zerkając kontrolnie co jakiś czas na Pratchetta widziałem na jego twarzy przepraszający grymas i wzrok mówiący: nie wiem co we mnie wstąpiło, że go tutaj przyprowadziłem, to się więcej nie powtórzy. Podsumowując wieczór: miał być ekscytujący trójkąt i noc pełna zmysłowych wrażeń, a wyszła nieudana randka, podczas której zamiast przyjacielskiego seksu przyszło nam (mi i Pratchettowi) doglądać lekko upośledzonego młodszego brata, cierpliwie pomagać mu odrabiać lekcje i oglądać z nim kreskówki. Na pewno łapiesz alegorię – tak właśnie się czułem podczas lektury „Długiej Ziemi”.

Czytaj dalej „Długa Ziemia – Terry Pratchett, Stephen Baxter”

Ostatni bohater – Terry Pratchett

ostatni bohaterWydrukowana twórczość sir Terry’ego Pratchetta pojawia się w moich dłoniach cyklicznie, choć z wolna wyczerpuje się zapas książek jego autorstwa, których jeszcze nie przeczytałem. Może to i dobrze, bo trochę głupio tak czytać tylko jego powieści (a miałem taki okres). „Ostatni bohater” jeszcze rok temu był swoistym białym krukiem, którego używane egzemplarze na aukcjach internetowych osiągały ceny porównywalne z kwotą, którą trzeba wyłożyć za poobijanego Forda Escorta rocznik 1994 (czyli nieco ponad 100 złotych).  Niedawno ukazało się jednak wznowienie wydania, co ma zarówno swoje wady, jak i zalety. Do minusów należałoby zaliczyć fakt, iż książka utraciła swój wyjątkowy status (przynajmniej na kilka najbliższych lat). Zalet jest więcej, ale zdecydowanie najistotniejszym dobrodziejstwem jest nadarzająca się okazja, bym własnoręcznie mógł molestować książkę lepkimi placami. A przyznaję bez bicia, że każdą kolejną możliwość, by powrócić do arcygenialnego Świata Dysku traktuję jak małe czytelnicze święto. Jestem zauroczony do tego stopnia, że gdybym kiedyś mógł odwiedzić dowolne fikcyjne miejsce, to fenomenalny (choć płaski) świat umieszczony na grzbietach czterech słoni, które z kolei twardo stoją na skorupie Wielkiego Żółwia A’Tuina przemierzającego Wszechświat byłby jednym z pierwszych wyborów. Och, jakie to by było ekscytujące!

Czytaj dalej „Ostatni bohater – Terry Pratchett”

Król Bólu – Jacek Dukaj

krolbolu1Niby żyję na tym świecie już jakiś czas (niektórzy są zdania, że zbyt długo), niby nie powinno mnie dziwić, że nie wszystko idzie po mojej myśli i nie wszystko układa się tak, jak to zawczasu zaplanowałem. Ale mimo to – nie jestem z siebie do końca zadowolony. Czuję, że nie dałem z siebie wszystkiego, ale po prostu nie czułem się na siłach. Nie przebrnąłem przez całego „Króla Bólu” i długi czas będzie mnie to trapiło. W związku z tym, jeszcze bardziej znienawidziłem zbiory opowiadań. Za brak miejsca dla autora na rozwinięcie koncepcji i brak czasu dla czytelnika na zaangażowanie się w lekturę. Upraszczam i uogólniam, ale wyraźnie to odczułem w przypadku „Króla Bólu” właśnie. Ilekroć zaczynałem się pewnie poruszać w realiach danego opowiadania, te się kończyło i dupa blada, pogódź się z tym. Nie. Będę się buntował, bo w Dukaja lubię długo wchodzić (bez skojarzeń proszę) i lubię, gdy jest w co wchodzić. Lubię u niego przestrzeń, rozbudowanie – w krótkich formach jest dla mnie jak wałach przy rumaku. Nie zrozumcie mnie źle – to nadal kawał ponadprzeciętnej prozy, ale pragnę jakiejś spektakularnej historii na miarę „Lodu” i „Innych pieśni”, pragnę romansu z jakąś opasłą księgą, której trzymanie w dłoniach męczy nadgarstki, a która w zamian daje satysfakcję i sprawia, że szeroko otwieram oczy z zachwytu. „Król Bólu” to natomiast osiem dłuższych, lub krótszych opowiadań, które krystalizowały się w umyśle Dukaja w latach 1994-2010. Brzmi jak gratka dla fanów? Łe tam.

Czytaj dalej „Król Bólu – Jacek Dukaj”

Pan Lodowego Ogrodu: Tom 4 – Jarosław Grzędowicz

pan-lodowego-ogrodu-4To niesprawiedliwe. Ukazuje się czwarty tom Pana Lodowego Ogrodu. Robi to na pełnym spuście, w blasku reflektorów i chwale mężczyzny powracającego z podboju okolicznego burdelu (spójrzcie – tak wygląda człowiek, który miał seks). Fani pieją z zachwytu, natomiast literackie portale ogłaszają zakończenie najlepszego cyklu polskiego fantasy od czasów Wiedźmina. Kolejne egzemplarze znikają z półek księgarń, czytelnicy jeszcze w drodze do domów nerwowo zerkają na pierwsze strony – czy aby na pewno zadrukowane, czy nikt ich nie zrobił na numer z bananem i po trzech latach oczekiwania naprawdę przeczytają o dalszych losach bohaterów. Nie winię ich, bo sam z apetytem zagiąłem w swoim stylu okładkę oraz kilka stron tytułowych i zabrałem się do lektury.
I konsternacja. Jakaś jaskinia? Skąd? Kto to Grunaldi? Kto to Passionaria, a kto to Callo? Okazuje się, że jedna i ta sama osoba. Filar nieprzytomny? Dlaczego? Nie wiem, może powinienem brać coś na poprawę pamięci, a może to jest w pełni zrozumiałe i normalne, że po mijających właśnie trzech latach od lektury poprzedniego tomu, detale uległy zatarciu i najzwyczajniej w świecie nie pamiętam niektórych postaci i okoliczności. I tak sukces, że Drakkainena oraz Filara kojarzę. No, ale przecież nie byłem wcześniejszymi tomami zachwycony na tyle, by teraz, przed lekturą ostatniego, przeczytać ponownie wcześniejsze (w celu odświeżenia pamięci). Zacisnąłem więc zęby, pięści i co tam jeszcze zacisnąć można, a następnie rzuciłem się w wir literackich wydarzeń, mając jednocześnie nadzieję, że wraz z kolejnymi stronami luki w mojej pamięci samoczynnie się wypełnią. Przykra i niesprawiedliwa bywa dola czytelnika.

Czytaj dalej „Pan Lodowego Ogrodu: Tom 4 – Jarosław Grzędowicz”

Korona śniegu i krwi – Elżbieta Cherezińska

Wytknięto mi, że nie czytam kobiet. Co ciekawsze, sam tego wcześniej nie dostrzegłem, ale rzeczywiście – książki od autorek zmieściłyby się na połowie mojej półki i właściwie od tej chwili rozważam stworzenie im takiego półkowego getta. Mogłyby się tam kurzyć w żeńskim gronie i rozmawiać o malowaniu paznokci oraz zmywaniu podłogi. Nie wiem z czego wynika mój literacki szowinizm, bo w głębi świadomości wierzę, że jest mnóstwo wartościowych książek napisanych przez kobiety i kiedyś mam zamiar przeczytać wszystkie trzy. Tymczasem w ramach rekompensaty postanowiłem się poświęcić i sięgnąć po kolejną książkę napisaną przez reprezentantkę płci nadobnej. I to już drugą z rzędu! Niniejszym czuję się rozgrzeszony, odwołajcie feministyczną krucjatę przeciwko mnie.
Dla niecierpliwych – „Korona śniegu i krwi” to powieść historyczna nasączona dla aromatu akcentami fantastycznymi. Nigdy nie byłem jakimś szczególnym zwolennikiem historii, a to ze względu na wrodzoną ułomność do zapamiętywania nawet najkrótszych ciągów cyfr. Chyba nie muszę pisać, jak tego rodzaju upośledzenie utrudnia w szkole kojarzenie ważnych  historycznych dat z równie ważnymi wydarzeniami. Trudno uzyskać na kartkówce ocenę wyższą niż trója. Poza tym, mój nauczyciel historii pasjonował się rzucaniem kredą w niezainteresowanych lekcją podopiecznych, więc mój wstręt do przedmiotu jest tym silniej uargumentowany. Natomiast teraz mogę bezstresowo uzupełniać swoją dziurawą wiedzę historyczną i choć nadal mam problem z zapamiętaniem daty, to jakoś przyjemniej czytać o burzliwej przeszłości naszego kraju, będąc jednocześnie pewnym, że oberwanie kredą nie grozi. A jest o czym czytać i Cherezińska postanowiła nam tę historię podać w niezwykle przyjemnej formie. Co najważniejsze, oprócz wątków historycznych nie zabraknie też seksu, więc nie rezygnujcie jeszcze z czytania tego tekstu!

Czytaj dalej „Korona śniegu i krwi – Elżbieta Cherezińska”

Taniec ze smokami – George R.R. Martin

To zadziwiające, jak nie wiedzieć kiedy, choć na moich oczach, cykl „Pieśń Lodu i ognia” rozrósł się do nieprzeciętnych, wręcz kolosalnych rozmiarów. Patrząc na ilość i objętość kolejnych tomów to pozornie rzecz oczywista, ale w zasadzie dopiero niedawno dotarło do mnie z jakim molochem mam do czynienia, oraz jak potężny potencjał w nim tkwi. Martin nie ustaje w rozwoju swojego koronnego cyklu, dokłada kolejne setki, tysiące stron i… ani przez moment mnie nie nudzi. Fenomenalne. Nie wiem jak on to robi, ale to wymyka się wszelkiej logice.
Dla porządku ustalmy fakty: „Taniec ze smokami” to już piąty tom z serii, ponownie rozbity na dwie części, bo licząca tysiąc pięćset stron książka nie uchodziłaby za wzór szczupłej, kieszonkowej sylwetki (inna sprawa, że dwie części po osiemset stron każda również zgrabnymi trudno nazwać). Te cyfry kompletnie nie mają znaczenia w zestawieniu z magnetyzmem treści zawartej na tych stronach. Muszę w buty sobie wsadzić mój czytelniczy snobizm i przyklasnąć autorowi za umiejętność uchwycenia mnie za uszy i trzymania tak, bym nie mógł oderwać wzroku od ciągu literek. Kolejne strony lecą, a ja zaczynam wpadać w syndrom „jeszcze jednego rozdziału”, tak bolesnego i przeklinanego, kiedy trzeba rano wstać. Nienawidzę cię, Martin.

Czytaj dalej „Taniec ze smokami – George R.R. Martin”

Niuch – Terry Pratchett

Jak ja się stęskniłem za tym sympatycznym, brodatym starszym panem Pratchettem! Blisko dwa lata kazano mi czekać na kolejny pełnoprawny tom serii o Świecie Dysku i choć w międzyczasie ukazała się powieść „W północ się odzieję”, to jednak należy ona do cyklu dla młodszych czytelników, do których, pomimo najszczerszych chęci, nie potrafię jakoś się zaliczyć. Pozostało mi więc uzbroić się w cierpliwość. Cierpliwość do potęgi, twardszą od stali, diamentu i suchego chleba, kojoną jednak wyrozumiałością pod adresem autora w związku z jego zdrowiem, czy też raczej niedostatkiem tegoż. Lecz odsuńmy na bok nieprzyjemności, wszak oto ukazał się „Niuch”, trzydziesty czwarty tom niepowtarzalnego Świata Dysku, a rzesza spragnionych fanów pognała do księgarni oraz e-księgarni, by jak najszybciej i najczulej móc pieścić dłońmi grzebień jego kartek. I choć grzbiet pierwszego tomu zdążył już na mojej półce nieco wyblaknąć od słońca wpadającego przez okno (pozostałym tomom również się oberwało), to jednak żyję nadzieją, że wraz z Prachettem zdążymy dołożyć na ten regał jeszcze kilka, a może nawet kilkanaście grzbietów. Tymczasem, drżąc z tęsknoty, niezwłocznie zabrałem się za lekturę, błagając samego siebie, by potrwała ona jak najdłużej.

Czytaj dalej „Niuch – Terry Pratchett”

Trylogia husycka – Andrzej Sapkowski

Jejku, jejku, jak mnie urzekły realia tej trylogii. Mocno i zdecydowanie osadzone w niezwykle burzliwym okresie historycznym, o którym jednak niewiele udało mi się do tej pory słyszeć. A teraz, po zamknięciu ostatniego tomu, jestem znów ciut-ciut mądrzejszy (choć nadal zbyt mało, by startować w „Jednym z dziesięciu”, nad czym mocno ubolewam), bo to najprzyjemniejszy sposób nauki – lektura powieści wciągającej fabularnie i mimochodem przemycającej w treści znaczny strumień wiedzy historycznej, ale z cyklu tej nieoklepanej i rzeczywiście świeżej, pomimo wieków na karku (akcja rozgrywa się w latach 1420-1436). Wdzięczny jestem Andrzejowi Sapkowskiemu, bo warstwa edukacyjna znacznie podniosła atrakcyjność cyklu jako całości i każdego tomu z osobna.
Mam w pamięci wytłoczony obraz kolegi z wojska, leżącego na skrzypiącej pryczy naprzeciwko, zatopionego w lekturze „Narrenturm” i beznadziejnie szukającego dłońmi włosów na głowie. Aż chciało się krzyknąć „ej, zostały u koszarowej fryzjerki, nie ma ich, pogódź się z tym chłopie!”, ale nie chciało się wyrządzać mu okropności. Tak, jak bohater trylogii nie chciał rozczarować pewnej atrakcyjnej szlachcianki, domagającej się intensywnego stosunku pod nieobecność męża. Przecież człowiek nie jest taki, by odmówił. Problemami z tego wynikającymi będzie martwił się później.

Czytaj dalej „Trylogia husycka – Andrzej Sapkowski”

Miasta pod Skałą – Marek S. Huberath

Ta powieść powstawała dziewięć lat i jeden miesiąc, a jej kolejne fragmenty wyłaniały się z wyobraźni autora podróżującego po całej Europie. Hiszpania, Włochy, Niemcy – nigdy nie wiadomo, gdzie i kiedy złapie pisarza inspiracja. Tak długi okres twórczy pozwala czytelnikowi zakładać, że ma do czynienia z literackim molochem. No i ma, bo „Miasta pod Skałą” to okazała, nieporęczna księga, która wypadając z niezdarnych dłoni czytelnika i waląc z hukiem o podłogę (szczęście, że nie na stopy!) budzi sąsiada z dołu. Czujcie się ostrzeżeni.
Mój poprzedni kontakt z twórczością pana Marka („Gniazdo światów”) wspominam dwojako. Koncepcja była świetna, ale treść nie potrafiła mnie na dłużej porwać, a powoli rozwijająca się fabuła prawie nudziła. Podjąłem więc ryzyko i by rozwiać swoje wątpliwości sięgnąłem po dzieło, w którym miejsca na rozwinięcie wątków nie powinno zabraknąć. Po ośmiuset stronach można spodziewać się godziwie rozbudowanej uczty literackiej, bez potrzeby stosowania przez autora półśrodków i hamowania weny, prawda? Kompromis polega na tym, by pisać szeroko, szczegółowo, ale nie rozwlekle i nużąco. No właśnie. Moje odczucia względem twórczości pana Marka najwyraźniej skazane są na dwojakość, bo znów nie potrafię jednoznacznie ocenić jego dzieła.

Czytaj dalej „Miasta pod Skałą – Marek S. Huberath”