Opowieści z meekhańskiego pogranicza: Północ – Południe – Robert M. Wegner

meekhan-ppMogę obwiniać wyłącznie siebie, skoro do czytania wybrałem coś, co w tytule ma opowieści, a nie opowieść w liczbie pojedynczej. Nie byłem więc szczególnie zaskoczony, gdy okazało się, że Opowieści… (przecież nie będę za każdym razem pisał pełnego tytułu książki, co nie?) to tak naprawdę zbiór opowiadań, a ja przecież fanem opowiadań nie jestem, delikatnie rzecz ujmując. W ogóle chyba nie przepadam za krótkimi formami literackimi i dla odreagowania będę musiał za chwilę zaopatrzyć się w jakąś opasłą powieść, minimum tysiąc stron. Albo tysiąc dwieście, co sobie będę żałował. Z moim tempem czytania to zajęcie na miesiąc i prawie jak detoks od krótkich form. No, ale to pieśń przyszłości, a tu i teraz mamy pierwszy tom opowiadań o przydługim tytule autorstwa Roberta M. Wegnera, z tym, że nikt tak naprawdę nie wie od czego jest ten skrót M., bo pisarz wymyślił sobie taki pseudonim i co mu zrobisz. Nie do końca przemawia do mnie też sama idea posługiwania się pseudonimem przy jednoczesnych publicznych wystąpieniach, ale pisarzem nie jestem, więc co ja tam mogę wiedzieć. Może autor ma mało reprezentatywne nazwisko, z którego koledzy w szkole się śmiali? ALBO może wcześniej podpisywał się nim pod jakimiś opowiadaniami porno i teraz boi się, że ktoś go z tamtą niechlubną twórczością połączy, więc potrzebny był pseudonim? A przecież nie ma się czego wstydzić, bo tego rodzaju opowiadań jest pełno w Sieci i jeszcze przed Erą Szybkich Łącz i Darmowych Serwisów Z Filmami Porno (piękne mamy obecnie czasy, by w nich żyć) to właśnie te erotyczne historyjki dostarczały sporo rozrywki, a nawet fizycznej przyjemności. Coś, czego najlepsze opowiadania fantastyczne nie są w stanie zapewnić czytelnikowi, mówię jak jest.

Czytaj dalej „Opowieści z meekhańskiego pogranicza: Północ – Południe – Robert M. Wegner”

Reklamy

Władca Pierścieni – J. R. R. Tolkien

Wladca_Pierscieni_TolkienTaaak. Wróciłem po raz trzeci do Śródziemia, bo po tych kilku latach jakoś mi się tęskno zrobiło. Odżyły wspomnienia chwil, kiedy byłem tak okrutnie podekscytowany wchodzącą lada chwila do kin Drużyną Pierścienia, że dziesiątki razy kartkowałem nieistniejący już miesięcznik Cinema i podziwiałem wielkie zdjęcia z planu filmowego. Jarałem się jak pochodnia Gondoru. I to jest dla mnie trochę niezrozumiałe, bo przecież nie znałem jeszcze powieściowego pierwowzoru, ale już wtedy z siłą maczugi jaskiniowego trolla uderzała mnie magia płynąca z tych zdjęć, krajobrazów, kostiumów. Wychodzi więc na to, że dopiero zmotywowany nadchodzącą ekranizacją postanowiłem, iż najpierw muszę przeczytać książkę i do dziś lekturę trylogii Władcy Pierścieni wspominam jako moją największą literacką wyprawę i przygodę. Mapę Śródziemia analizowałem tak często, że prawdopodobnie na stałe wypaliła się w mojej wyobraźni i znam jej kształt, charakterystyczne punkty, a także przebieg wędrówki bohaterów. Na każdą część ekranizacji biegłem natychmiast do kina, a potem wielokrotnie powtarzałem seans z rozszerzonymi wersjami DVD. I ponieważ całkowicie ominęła mnie szajba Gwiezdnych Wojen (które lada chwila mogą zacząć rozmieniać się na drobne), więc osobiście uznaję, że (parafrazując klasyka): powrót jest tylko jeden i jest to Powrót Króla.

Czytaj dalej „Władca Pierścieni – J. R. R. Tolkien”

Ostatni Powiernik Pierścienia – Kirył Jeskow

ostatni powiernik1Na półkach stoją i czekają literackie nowości oraz zaległości, a ja po raz trzeci czytam powieść Jeskowa. Zastanawiałem się nawet przez chwilę, co ten fakt może oznaczać i czy ta książka rzeczywiście jest tak dobra, by stale do niej wracać. Chyba sam sobie w tej kwestii nie ufam, stąd co kilka lat czuję potrzebę zweryfikowania swojej opinii na temat Ostatniego Powiernika Pierścienia – ponownego przekonania się czy entuzjazm, którym obdarzyłem tę powieść osiem lat temu miał sensowne podstawy i, co ważniejsze, czy przetrwały one do dziś. Wtedy dzieło Jeskowa podobało mi się zaskakująco mocno, elektryzowało mnie i absorbowało, a lekturę polecałem nie tylko każdemu fanowi Tolkiena, ale również (a może przede wszystkim) każdemu, kto jego prozie nie dał się uwieść. Bo zbyt patetyczna, bo zbyt rozwleczona, rozbuchana, bo za dużo w niej czerni i bieli oraz karłów z zaniedbanymi stopami. Bo zabrakło w nim smoków i seksu. Osobiście uwielbiam trylogię Władcy Pierścieni, ale z różnymi opiniami oraz argumentami na jej temat się spotykałem, więc jestem wyrozumiały i Tolkiena za wszelką cenę bronił nie będę (przynajmniej nie tu i teraz). Natomiast łatwo się domyślić, że Ostatni Powiernik Pierścienia silnie nawiązuje do szeroko znanej historii Frodo Bagginsa i Wojny o Pierścień, a gdyby ktoś nadal miał wątpliwości, to powieść Jeskowa ukazała się w Polsce również pod dźwięcznym marketingowo tytułem Ostatni Władca Pierścienia. Preferuję trafniejszego powiernika, bo choć pewien pierścień się tutaj pojawia, to jest tylko i wyłącznie pierścieniem: kawałkiem stopu, niewiele znaczącym suwenirem, więc nie za bardzo jest czym buńczucznie władać.

Czytaj dalej „Ostatni Powiernik Pierścienia – Kirył Jeskow”

Niewidzialna korona – Elżbieta Cherezińska

Niewidzialna_korona_500Na wstępie «muszę się do czegoś przyznać. Otóż zapomniałem o tym cyklu Cherezińskiej i w żadnym stopniu nie tłumaczy mnie to, że do tej pory w jego skład wchodził raptem jeden tom: miętolona przeze mnie dwa lata temu Korona śniegu i krwi. A przecież podobała mi się ona – musiała podobać, skoro nadal stoi u mnie na półce i do tej pory nie pozbyłem się swojego egzemplarza. Teraz Cherezińska znienacka wraca z nową koroną, tym razem niewidzialną (to by wyjaśniało, dlaczego wcześniej jej nie zauważyłem), a ja bez zastanowienia wracam w objęcia cyklu. Robię to co prawda bez wahania, ale z pewnymi problemami pod patronatem Alzheimera, bo dla odświeżenia pamięci byłem zmuszony ponownie sięgnąć po tom pierwszy, przekartkować go i przeczytać kilkanaście ostatnich stron (będących swoistym pomostem fabularnym), a nawet przejrzeć swoje notatki z tamtej lektury oraz odnaleźć wpis z wrażeniami na tym blogasku. Wróciła większość wspomnień, zrozumiałem też dlaczego nie czekałem na kontynuację z wypiekami na twarzy (bowiem Korona śniegu i krwi równie dobrze może stanowić zamkniętą całość, wcale nie domagając się rozwinięcia) i dopiero wtedy poczułem się mentalnie przygotowany do przygody z drugim tomem. Prędko, dajcie mi go, zanim znowu zapomnę!

Czytaj dalej „Niewidzialna korona – Elżbieta Cherezińska”

Ziemiomorze – Ursula K. LeGuin

ziemiomorzeI tak sobie z łatwością oraz bez zastanowienia dodaję kolejne pozycje do listy o zobowiązującej nazwie „muszę przeczytać”. Problem leży w tym, że jej długość systematycznie rośnie: że za często dopisuję książki (bo to nie wymaga poświęcenia i czasu), a zbyt ślamazarnie je czytam (bo to już wymaga). Z wolna próbuję więc się godzić z faktem, że i tak nie zdążę przed śmiercią przeczytać wszystkiego co sobie zaplanowałem – to ta negatywna strona mojego (i zapewne nie tylko mojego) położenia. Jednak patrząc pozytywnie można stwierdzić, że przynajmniej do końca życia nie zabraknie mi książek do przeczytania i tej entuzjastycznej wersji trzymajmy się na torturach. Cykl o Ziemiomorzu z urzędu znalazł się na wspomnianej liście, bo Ursula LeGuin jest przez fanów fantastyki wymieniana jednym tchem z innymi tuzami gatunku – że klasyk, że och, że ach, że wstyd nie znać. A ja oczywiście łykam to jak foka śledzie, po czym rzucam wyzwanie książce i liczę, że ta sprosta moim wymaganiom, bo przecież musi. LeGuin męczyła się i pociła nad tym cyklem przez ponad trzydzieści lat, więc tempa nie miała jakiegoś zatrważającego, bo jeden (niegruby) tom wypluwany co pięć lat na nikim wrażenia nie robi. I choć ta informacja nie powinna podlegać ocenie, to jednak pozwala ona wysnuć jakieś wnioski i sugeruje, że od Ziemiomorza należy spodziewać się przemyślanej, nieśpiesznie przygotowanej oraz rozbudowanej struktury. Może uda się też przy okazji prześledzić progres LeGuin jako pisarki. W zasadzie muszę niezręcznie przyznać, że zanim zacząłem lekturę, to wydawało mi się, że autorka od wielu lat już nie żyje. Tymczasem okazuje się, że chęci do życia pani LeGuin nie brakuje, ale dzisiaj to nie zadziała na jej korzyść, bo zamierzam być bezlitosny. Ponoć o zmarłych nie mówi się źle, skoro jednak wszyscy zdrowi, to nikogo nie będziemy oszczędzać.

Czytaj dalej „Ziemiomorze – Ursula K. LeGuin”

Lód – Jacek Dukaj

lodSzok i niedowierzanie, bo oto po raz pierwszy w dziejach ludzkości jedna powieść doczekała się dwóch wpisów na tym zaszczytnym blogasku. Wydarzenie jak nic kwalifikujące się na główną stronę Onetu, coś czuję, że będzie skandal. Sęk w tym, że Lód zasługuje ma drugi wpis; zasługuje także na trzeci i szósty wpis; zasługuje na każde słowo, które jest napisane na jego temat. Po czterech latach z czułością zdjąłem swój przykurzony egzemplarz z półki i o mało przy tym nie zwichnąłem sobie nadgarstka. A potem zległem na posłaniu, zacząłem czytać ponownie i moja miłość do tej powieści została rozniecona na nowo, już od pierwszych stron wybuchając jasnym, strzelistym płomieniem, który przypalił mi brwi i rzęsy. Nie szkodzi, bo ten przyjemny żar pożądania – połączony z powolnym rozsmarowywaniem językiem kolejnych słów na podniebieniu, smakowaniem ich – ten żar niesie ukojenie, niesie satysfakcję, doszczętnie spala sceptycyzm, robi przemeblowanie w umyśle i każe mi mruczeć do siebie stale „jejku, jakie to fajne!”. Pomyślałem więc, że pozachwycam się tą fajnością tutaj i prawie że dokonując samogwałtu nad wspomnieniami z lektury, oddam jej tym samym swoisty hołd. Bo ja chyba Lodem najzwyczajniej w świecie zaślepiony jestem i nie tyle nie dostrzegam jego wad (choć rzeczywiście nie dostrzegam), co nie obchodzą mnie one, nawet jeśli istnieją. Ludzie zwykle nie sięgają bez wahania po liczącą ponad tysiąc stron książkę, by przeczytać ją po raz kolejny, jeśli wcześniej nie pojawi się tęsknota za tym pięknem, ekscytacją oraz czystą przyjemnością, która udzieliła im się przy poprzednim kontakcie. To podstawowa potrzeba zaspokojenia tęsknoty motywuje nas do własnowolnych powrotów, więc otulmy twarz szalikiem, a następnie powędrujmy w objęcia Zimy, ponownie.

Czytaj dalej „Lód – Jacek Dukaj”

Sezon burz – Andrzej Sapkowski

Sezon-burz_(1)Nie chcę wnikać, jakiego rodzaju motywacja stała za powrotem Andrzeja Sapkowskiego do (w teorii martwego) cyklu o Wiedźminie. Naturalnie nie brakuje opinii, że komuś się pieniążki skończyły, ale tego typu założenia pojawiają się zawsze, nie tylko przy literackich powrotach i pasują też zawsze, więc nie sposób traktować ich poważnie, nawet jeśli niosą ze sobą ziarnko prawdy (co z tego?). Znacznie wspanialej brzmi myśl, że Sapkowski najzwyczajniej stęsknił się za Geraltem, że stęsknili się za Geraltem również czytelnicy, a nostalgia wszystkich była ostatnio dodatkowo potęgowana dwiema fantastycznymi grami od CD Projekt RED (chłopaki imponują podejściem do graczy), uznanymi już chyba za dobro narodowe Polaków. Przypominam, że skądinąd znany Donald Tusk wręczył egzemplarz gry Wiedźmin 2: Zabójcy Królów wizytującemu u nas Barackowi Obamie, a ten pewnie do dziś nie może wyjść z szoku z powodu takiej hojności (bo filmowego Wiedźmina z Żebrowskim w roli tytułowej to nie podarowałbym nawet największemu wrogowi, szanujmy się). Może więc popychany kolejnymi tak znaczącymi impulsami Sapkowski pomyślał: w sumie to się trochę nudzę, może zrobię niespodziankę wszystkim fanom i napiszę nowego Wiedźmina, bo co? Osobiście postanowiłem nie kręcić zbytnio nosem, nie boczyć się oraz brać Wiedźmina takim, jaki jest. I choć byłem nieco sceptyczny, stale obniżając oczekiwania, to w gruncie rzeczy nie mam za złe autorowi wskrzeszenia serii, a nawet dominowały myśli, że będzie fajnie. Cała ta sytuacja ma tylko jedną wadę – egzemplarz Sezonu burz ani nie pasuje wizualnie, ani nie mieści mi się do mojego kolekcjonerskiego wydania cyklu. Tak się nie robi, panie Sapkowski!

Czytaj dalej „Sezon burz – Andrzej Sapkowski”