Ilion – Dan Simmons

ilionDan Simmons pojawia się tutaj już po raz kolejny, ale co najciekawsze, zawsze jest to na tyle odmienne podejście do literatury, że równie dobrze możemy mówić o innym autorze. Obecny Simmons niewiele ma cech wspólnych z autorem niedawno omawianego i niewątpliwie wspaniałego Terroru, czy też równie wyśmienitego Drooda. Simmons, o którym będzie dzisiaj mowa najbardziej przypomina Simmonsa z niedocenionego i w dawnych czasach szturchanego przeze mnie kijem  Hyperiona (nigdy nie twierdziłem, że się znam). Gdybym o tym wiedział przed lekturą, to parokrotnie bym kwestię przemyślał. A tak: zaślepiony uwielbieniem do ostatnich dzieł autora oraz zachęcony tematyką Ilionu (bo przecież – gdyby ktoś nie był świadom – to inne określenie dla mitycznej Troi) rzuciłem się tę na powieść, jak kuna w agrest. Liczyłem, że otrzymam to w czym autor jest według mnie najlepszy, czyli swoistą wariację znanych wydarzeń, alternatywną wersję historii, w której białe plamy niewiedzy zostaną przez Simmonsa zakamuflowane jego wyobraźnią. Cóż, wyszło nie do końca tak, choć nie powiem żebym był akurat tą kwestią jakoś szczególnie rozczarowany. Bo słynna wojna trojańska jest tutaj obecna, ale jej okoliczności są dość niecodzienne i niewątpliwie fascynujące (wrócimy do tego). Jednak konflikt pod murami Priamowej Stolicy to zaledwie trzecia część tej książki, a pozostałe dwa wątki nie wypadają już w moich oczach równie okazale. Ale zacznijmy od paru słów o każdym z nich. Uwaga, mogę przynudzać. No to CYK, jak powiedział budzik do zegarka.

Czytaj dalej „Ilion – Dan Simmons”

Reklamy

Marsjanin – Andy Weir

MarsjaninPojawił się pomysł na porno w kosmosie. Podobno nikt tego jeszcze nie robił w prawdziwie zerowej grawitacji, a nawet jeśli, to nie pozostał z tych figli żaden materiał filmowy. Więc najtęższe głowy w branży rzuciły ideę, by wysłać w kosmos słynnego Łysego z Brazzers i jakąś atrakcyjną cizię do pary, a ci zrobiliby już to, co leży w ich obowiązku. Im więcej materiału nakręcą, tym lepiej, bo z czegoś muszą filmik zmontować, dlatego trzeba kogoś z kondycją. Wyobrażam sobie, że byłoby sporo scen, w których bohaterowie w miłosnym uniesieniu nieważkości obijają się o przeróżne elementy scenografii, ściany, sufity i podłogi ich „rakiety pożądania”, bo te nigdy nie należały do przestronnych. To wszystko trzeba wyciąć, bo nie jest seksi, a powstałe przy okazji siniaki ukryć. Ale może by się udało wykroić dziesięć minut bezkolizyjnego, bezpiecznego seksu na filmik do sieci – dłuższych i tak nikt przecież nie ogląda w całości. Trzeba przyznać, że cały zamysł jest wielce ambitny i osobiście z niecierpliwością oczekuję na kolejne wieści oraz ostateczny produkt. Łysemu z Brazzers po takim wyczynie pozostałoby już tylko ubieganie się o fotel prezydenta USA, a nawet prezydenta świata. Albo mógłby zechcieć wybrać się z seks-misją na Marsa, by po raz kolejny zostać pionierem i zasłużyć na własne miejsce w podręcznikach historii. To jednak przyszłość, odsuńmy ją póki co na margines, a tymczasem musimy zadowolić się bardziej tradycyjnymi i niestety mniej widowiskowymi wyprawami na Czerwoną Planetę. Własną wizję jednej z takich ekspedycji przedstawi nam Andy Weir.

Czytaj dalej „Marsjanin – Andy Weir”

Piknik na skraju drogi – Arkadij i Borys Strugaccy

Piknik-na-skraju-drogiBo wiecie: przylecieli kosmici, narobili ambarasu, posiedzieli i odlecieli z powrotem, bo kto by chciał z własnej woli siedzieć na takim zadupiu Wszechświata jak Ziemia dłużej niż to konieczne? Wbrew wszelkim szablonom nie było ze strony przybyszów próby podbicia i zagłady ludzkości, ani nawet chęci nawiązania z nami kontaktu. Z kolei mieszkańcy naszej planety rzecz jasna w pełni zafascynowali się obcą cywilizacją i nie przeszkadzało im, że bez wzajemności. Kosmici tymczasem bez żalu opuścili ten padół łez, jednak zostawili za sobą Strefę lądowania, a ludzie, jak to ludzie – czym prędzej zabrali się do szabrowania. Szybko okazało się, że Strefa jest nie do końca bezpieczna, pełna porzuconych tajemniczych przedmiotów i anomalii zadających kłam ziemskim prawom fizyki oraz natury. I w tym momencie pojęcie stalkera zostało ukute przez braci Strugackich, a oznaczało – ni mniej, ni więcej – śmiałka, który z własnej woli, z narażeniem zdrowia i życia wkracza do Strefy, by wynieść stamtąd przedmioty o niecodziennych właściwościach. Czasem istne dziwactwa, czasem cuda techniki, czasem śmiertelnie niebezpieczne gadżety, ale wszystkie je łączy jedna, wspólna cecha: są niezwykle cenne na czarnym rynku. Tak sobie myślę, że skoro kiedyś lekkomyślnie wchodziłem do rozpadającego się budynku, by przy pomocy skomplikowanych narzędzi (młotek i przecinak) wybijać z nadproży zdatne do ponownego użytku cegłówki i wywozić je stamtąd przy pomocy taczki, to byłem takim trochę stalkerem (choć na mniejszą i mało spektakularną skalę, przyznaję). Przy okazji znalazłem też stary komiks Transformers (z nudów przeczytałem cały, nie wiedząc o co w nim chodzi, bo roboty nigdy mnie nie kręciły), a także kartridż do Pegasusa (168 in 1). Co ciekawe, obecnie fach stalkera został zdeprecjonowany do anonimowego zboczeńca prześladującego swoją ofiarę (najczęściej będącą również, zupełnie przy okazji, atrakcyjną kobietą), śledzącego ją i wysyłającego jej sprośne, wyuzdane SMS-y, czy też dzwoniącego i dyszącego do słuchawki. Wszystko to, by pokazać jak bardzo kocha. Strugaccy się w grobach przewracają.

Czytaj dalej „Piknik na skraju drogi – Arkadij i Borys Strugaccy”

Długa Ziemia – Terry Pratchett, Stephen Baxter

dlugaziemiaZnowu. Kolejny raz pozwoliłem się skusić nazwisku Pratchetta, co akurat nie jest niczym dziwnym, bo – nie ukrywam – często daję się namówić na jego ciekawe towarzystwo. Tym razem jednak Terry lojalnie zapowiedział, że przyprowadzi ze sobą swojego przyjaciela i zapytał czy nie będę miał nic przeciwko, abyśmy spędzili trochę czasu we trójkę. Powiedziałem mu, że jego przyjaciel jest moim przyjacielem i chętnie go poznam, że kupię więcej alkoholu, zrobię więcej sałatki warzywnej i pochowam wszystkie trzy drogocenne przedmioty przed jego wizytą. Terry podziękował za okazane zaufanie i jeszcze tego samego dnia poznałem jego kolegę. Baxter okazał się znacznie młodszy od Pratchetta, przyszedł w dresie do joggingu i był strasznie gadatliwy. Cóż, będąc szczerym muszę napisać, że nieco mnie zanudził swoim sposobem bycia, schematyzmem i nieudolnymi próbami urozmaicenia nam spotkania. Nie znałem chłopa wcześniej, pewnie się za bardzo zestresował moim (no, i może trochę Terry’ego) zaszczytnym towarzystwem, stąd jego werbalna biegunka pozbawiona charakteru i uroku (a są ludzie, których rzekę bełkotu mogę czytać non stop, co stanowi dowód, że da się). Zerkając kontrolnie co jakiś czas na Pratchetta widziałem na jego twarzy przepraszający grymas i wzrok mówiący: nie wiem co we mnie wstąpiło, że go tutaj przyprowadziłem, to się więcej nie powtórzy. Podsumowując wieczór: miał być ekscytujący trójkąt i noc pełna zmysłowych wrażeń, a wyszła nieudana randka, podczas której zamiast przyjacielskiego seksu przyszło nam (mi i Pratchettowi) doglądać lekko upośledzonego młodszego brata, cierpliwie pomagać mu odrabiać lekcje i oglądać z nim kreskówki. Na pewno łapiesz alegorię – tak właśnie się czułem podczas lektury „Długiej Ziemi”.

Czytaj dalej „Długa Ziemia – Terry Pratchett, Stephen Baxter”

Solaris – Stanisław Lem

solarisTak jest, jestem dziadem i przyznaję, że do tej pory nie czytałem Lema. Nic, zero, nul. Nawet tego czegoś o pilocie Pirxie, co to było podobno lekturą obowiązkową, kiedyś, w jakiejś szkole, na jakiejś planecie. Zawsze brakowało mi motywacji, a dodatkowo na niekorzyść Lema działał mój przekorny system dobierania lektur. Ilekroć ktoś mi mówił, czy pisał: „przeczytaj Lema” to z rezygnacją spuszczałem głowę wiedząc, że Lem będzie musiał poczekać. Bo tak. Bo nie będziesz mi mówić, co mam robić. Bo kiedy ja robię ci wykład o Dukaju (na twoją wyraźną prośbę, nie żebym kogokolwiek zmuszał do słuchania tego), podczas oracji w brzmienie mojego głosu wkrada się podniecenie, oczy mi się szklą ze szczęścia, a dłonie zaczynają drżeć z zaangażowania w temat – co tam dłonie! – cały drżę z chęci przekazania tylu informacji, że na wszystkie na pewno nie wystarczy nam czasu, a wszystko na co ciebie stać w reakcji, to rzucone między kolejnymi łykami piwa „a czytałeś Lema?”, to zaczynam się rozglądać za jakimś ostrym narzędziem. Albo obuchowym. No zabiję i zgwałcę zwłoki. Więc nie – nie czytałem i za karę nie przeczytam. Doszło do tego, że im częściej ktoś mi proponował Lema, tym dalej w kosmos mojej listy lektur ten Lem odlatywał. Ponieważ jednak ostatnimi czasy lemowskie lobby jakby ucichło, toteż mój upór nieco złagodniał, aż pewnego dnia, nie czując się do niczego zmuszany, zacząłem po cichu czytać „Solaris”. I tak sobie myślę, że ten Lem mógł jeszcze trochę poczekać w sumie.

Czytaj dalej „Solaris – Stanisław Lem”

Koniec Wieczności – Isaac Asimov

koniec-wiecznosciMoje zaskoczenie nie było jakieś ogromne, gdy okazało się, że Isaac Asimov jest (a w zasadzie był, bo żył, żył i umarł) amerykańskim pisarzem. Przecież to takie amerykańskie imię i nazwisko. Gdzieś tam w tle majaczy niby rosyjskie pochodzenie autora, ale mnie już nic co ma związek z Rosją nie zadziwi i nic nie uznaję za pewnik. Wzruszeniem ramion skwitowałem więc fakt, iż Depardieu jest Rosjaninem, a Asimov był Amerykaninem o dosyć niecodziennej ni to fryzurze, ni to zaroście (sam nie wiem, jak to nazwać, ale przyznam, że czuję się zaintrygowany). Jednak to właśnie dzięki niemu przypomniałem sobie, jak bardzo lubię temat podróży w czasie, jej paradoksów i moc wyobraźni, którą trzeba zaangażować, by nadążyć za wydarzeniami w przeszłości, a mającymi wpływ na przyszłość. Niby nic odkrywczego, oklepane schematy i odwieczne pytanie, czy jeśli w przeszłości zabiję swojego dziadka to przestanę istnieć, ale jednocześnie to wszystko nieustannie fascynuje. I nie, nie sądzę, by swobodne podróżowanie w czasie było możliwe, ale od czego mamy fikcję naukową, jeśli nie od tego, aby rzeczy niemożliwe prezentowała w formie, w którą gotowi jesteśmy uwierzyć.
A tak, teraz mi się przypomniało – to się chyba bokobrody nazywa. Śmiesznie.

Czytaj dalej „Koniec Wieczności – Isaac Asimov”

Król Bólu – Jacek Dukaj

krolbolu1Niby żyję na tym świecie już jakiś czas (niektórzy są zdania, że zbyt długo), niby nie powinno mnie dziwić, że nie wszystko idzie po mojej myśli i nie wszystko układa się tak, jak to zawczasu zaplanowałem. Ale mimo to – nie jestem z siebie do końca zadowolony. Czuję, że nie dałem z siebie wszystkiego, ale po prostu nie czułem się na siłach. Nie przebrnąłem przez całego „Króla Bólu” i długi czas będzie mnie to trapiło. W związku z tym, jeszcze bardziej znienawidziłem zbiory opowiadań. Za brak miejsca dla autora na rozwinięcie koncepcji i brak czasu dla czytelnika na zaangażowanie się w lekturę. Upraszczam i uogólniam, ale wyraźnie to odczułem w przypadku „Króla Bólu” właśnie. Ilekroć zaczynałem się pewnie poruszać w realiach danego opowiadania, te się kończyło i dupa blada, pogódź się z tym. Nie. Będę się buntował, bo w Dukaja lubię długo wchodzić (bez skojarzeń proszę) i lubię, gdy jest w co wchodzić. Lubię u niego przestrzeń, rozbudowanie – w krótkich formach jest dla mnie jak wałach przy rumaku. Nie zrozumcie mnie źle – to nadal kawał ponadprzeciętnej prozy, ale pragnę jakiejś spektakularnej historii na miarę „Lodu” i „Innych pieśni”, pragnę romansu z jakąś opasłą księgą, której trzymanie w dłoniach męczy nadgarstki, a która w zamian daje satysfakcję i sprawia, że szeroko otwieram oczy z zachwytu. „Król Bólu” to natomiast osiem dłuższych, lub krótszych opowiadań, które krystalizowały się w umyśle Dukaja w latach 1994-2010. Brzmi jak gratka dla fanów? Łe tam.

Czytaj dalej „Król Bólu – Jacek Dukaj”