Neuromancer – William Gibson

trylogia-ciaguPrzymierzałem się do tego Neuromancera, bo jak tego nie robić, skoro cały ten Gibson stale się przewija we wszelakich zestawieniach i opracowaniach. Pisze się o nim, że to twórca cyberpunku, a przynajmniej jeden z tych, którzy zapoczątkowali nurt w literaturze. Znacie to: bliższa lub dalsza przyszłość, Sztuczna Inteligencja, Cyberprzestrzeń, hakerzy, walczące o wpływy megakorporacje trzymające wszystkich i wszystko w szachu. Gatunek łączący wiedzę techniczną z wyobraźnią wykraczającą daleko poza trzy wymiary przestrzeni. Przymierzałem się więc, bo nieco mnie to pociągało i w końcu zdecydowałem, że biorę. Wziąłem Gibsona od razu w komplecie z całą Trylogią Ciągu (Neuromancer, Graf Zero, Mona Liza Turbo), bo co mi szkodzi i co sobie żałował będę. Przeczytałem część pierwszą (Neuromancera), zacząłem drugą i zrezygnowałem. Po dwóch dniach wróciłem, bo uznałem, że dodatkowa szansa się należy i zgadnijcie: dotarłem do połowy Grafa Zero, po czym zrezygnowałem ponownie, zapowiada się, że na stałe. Ale przynajmniej nikt mi nie zarzuci, że nie próbowałem.

Czytaj dalej „Neuromancer – William Gibson”

Reklamy

Cyberiada – Stanisław Lem

CyberiadaMłode pokolenie może tego nie pamiętać, ale ja już kiedyś czytałem Lema – Solaris będąc dokładnym i byłem w zauważalnym stopniu rozczarowany lekturą. Nie wszystko mi tam zagrało w odpowiednim rytmie, choć ogromny potencjał autora nie uszedł mojej uwadze, więc Lema skreślać nie zamierzałem. Teraz, po blisko pięciu latach do niego wróciłem. Pod tamtym wpisem pojawiło się kilka komentarzy z propozycjami tytułów, z którymi powinienem spróbować: Niezwyciężony czy też Głos Pana. A co robię ja? Kupuję Cyberiadę, bo tak mną pokierował spontaniczny kaprys, a logika i rozsądek niech umierają w męczarniach. Cóż, przynajmniej w razie ponownego rozczarowania będę mógł winić wyłącznie siebie. Samego Lema przedstawiać bliżej chyba nie muszę, bo i bez tego uchodzi on za Dobro Narodowe. Coś w tym ogólnym uwielbieniu Lema jest, bo nawet ja i to jeszcze długo przed pierwszą lekturą, czułem do autora jakiś podskórny szacunek. Nie wiem, to jakaś magiczna sztuczka, czy coś? Zresztą nawet chłodno przeze mnie przyjęty Solaris nie odebrał Lemowi prestiżu w niczyich (nawet moich) oczach, więc pan Stanisław z pewnością musiał być potężnym czarodziejem, że dzieją się wokół niego takie cuda.

Czytaj dalej „Cyberiada – Stanisław Lem”

Ilion – Dan Simmons

ilionDan Simmons pojawia się tutaj już po raz kolejny, ale co najciekawsze, zawsze jest to na tyle odmienne podejście do literatury, że równie dobrze możemy mówić o innym autorze. Obecny Simmons niewiele ma cech wspólnych z autorem niedawno omawianego i niewątpliwie wspaniałego Terroru, czy też równie wyśmienitego Drooda. Simmons, o którym będzie dzisiaj mowa najbardziej przypomina Simmonsa z niedocenionego i w dawnych czasach szturchanego przeze mnie kijem  Hyperiona (nigdy nie twierdziłem, że się znam). Gdybym o tym wiedział przed lekturą, to parokrotnie bym kwestię przemyślał. A tak: zaślepiony uwielbieniem do ostatnich dzieł autora oraz zachęcony tematyką Ilionu (bo przecież – gdyby ktoś nie był świadom – to inne określenie dla mitycznej Troi) rzuciłem się tę na powieść, jak kuna w agrest. Liczyłem, że otrzymam to w czym autor jest według mnie najlepszy, czyli swoistą wariację znanych wydarzeń, alternatywną wersję historii, w której białe plamy niewiedzy zostaną przez Simmonsa zakamuflowane jego wyobraźnią. Cóż, wyszło nie do końca tak, choć nie powiem żebym był akurat tą kwestią jakoś szczególnie rozczarowany. Bo słynna wojna trojańska jest tutaj obecna, ale jej okoliczności są dość niecodzienne i niewątpliwie fascynujące (wrócimy do tego). Jednak konflikt pod murami Priamowej Stolicy to zaledwie trzecia część tej książki, a pozostałe dwa wątki nie wypadają już w moich oczach równie okazale. Ale zacznijmy od paru słów o każdym z nich. Uwaga, mogę przynudzać. No to CYK, jak powiedział budzik do zegarka.

Czytaj dalej „Ilion – Dan Simmons”

Marsjanin – Andy Weir

MarsjaninPojawił się pomysł na porno w kosmosie. Podobno nikt tego jeszcze nie robił w prawdziwie zerowej grawitacji, a nawet jeśli, to nie pozostał z tych figli żaden materiał filmowy. Więc najtęższe głowy w branży rzuciły ideę, by wysłać w kosmos słynnego Łysego z Brazzers i jakąś atrakcyjną cizię do pary, a ci zrobiliby już to, co leży w ich obowiązku. Im więcej materiału nakręcą, tym lepiej, bo z czegoś muszą filmik zmontować, dlatego trzeba kogoś z kondycją. Wyobrażam sobie, że byłoby sporo scen, w których bohaterowie w miłosnym uniesieniu nieważkości obijają się o przeróżne elementy scenografii, ściany, sufity i podłogi ich „rakiety pożądania”, bo te nigdy nie należały do przestronnych. To wszystko trzeba wyciąć, bo nie jest seksi, a powstałe przy okazji siniaki ukryć. Ale może by się udało wykroić dziesięć minut bezkolizyjnego, bezpiecznego seksu na filmik do sieci – dłuższych i tak nikt przecież nie ogląda w całości. Trzeba przyznać, że cały zamysł jest wielce ambitny i osobiście z niecierpliwością oczekuję na kolejne wieści oraz ostateczny produkt. Łysemu z Brazzers po takim wyczynie pozostałoby już tylko ubieganie się o fotel prezydenta USA, a nawet prezydenta świata. Albo mógłby zechcieć wybrać się z seks-misją na Marsa, by po raz kolejny zostać pionierem i zasłużyć na własne miejsce w podręcznikach historii. To jednak przyszłość, odsuńmy ją póki co na margines, a tymczasem musimy zadowolić się bardziej tradycyjnymi i niestety mniej widowiskowymi wyprawami na Czerwoną Planetę. Własną wizję jednej z takich ekspedycji przedstawi nam Andy Weir.

Czytaj dalej „Marsjanin – Andy Weir”

Piknik na skraju drogi – Arkadij i Borys Strugaccy

Piknik-na-skraju-drogiBo wiecie: przylecieli kosmici, narobili ambarasu, posiedzieli i odlecieli z powrotem, bo kto by chciał z własnej woli siedzieć na takim zadupiu Wszechświata jak Ziemia dłużej niż to konieczne? Wbrew wszelkim szablonom nie było ze strony przybyszów próby podbicia i zagłady ludzkości, ani nawet chęci nawiązania z nami kontaktu. Z kolei mieszkańcy naszej planety rzecz jasna w pełni zafascynowali się obcą cywilizacją i nie przeszkadzało im, że bez wzajemności. Kosmici tymczasem bez żalu opuścili ten padół łez, jednak zostawili za sobą Strefę lądowania, a ludzie, jak to ludzie – czym prędzej zabrali się do szabrowania. Szybko okazało się, że Strefa jest nie do końca bezpieczna, pełna porzuconych tajemniczych przedmiotów i anomalii zadających kłam ziemskim prawom fizyki oraz natury. I w tym momencie pojęcie stalkera zostało ukute przez braci Strugackich, a oznaczało – ni mniej, ni więcej – śmiałka, który z własnej woli, z narażeniem zdrowia i życia wkracza do Strefy, by wynieść stamtąd przedmioty o niecodziennych właściwościach. Czasem istne dziwactwa, czasem cuda techniki, czasem śmiertelnie niebezpieczne gadżety, ale wszystkie je łączy jedna, wspólna cecha: są niezwykle cenne na czarnym rynku. Tak sobie myślę, że skoro kiedyś lekkomyślnie wchodziłem do rozpadającego się budynku, by przy pomocy skomplikowanych narzędzi (młotek i przecinak) wybijać z nadproży zdatne do ponownego użytku cegłówki i wywozić je stamtąd przy pomocy taczki, to byłem takim trochę stalkerem (choć na mniejszą i mało spektakularną skalę, przyznaję). Przy okazji znalazłem też stary komiks Transformers (z nudów przeczytałem cały, nie wiedząc o co w nim chodzi, bo roboty nigdy mnie nie kręciły), a także kartridż do Pegasusa (168 in 1). Co ciekawe, obecnie fach stalkera został zdeprecjonowany do anonimowego zboczeńca prześladującego swoją ofiarę (najczęściej będącą również, zupełnie przy okazji, atrakcyjną kobietą), śledzącego ją i wysyłającego jej sprośne, wyuzdane SMS-y, czy też dzwoniącego i dyszącego do słuchawki. Wszystko to, by pokazać jak bardzo kocha. Strugaccy się w grobach przewracają.

Czytaj dalej „Piknik na skraju drogi – Arkadij i Borys Strugaccy”

Długa Ziemia – Terry Pratchett, Stephen Baxter

dlugaziemiaZnowu. Kolejny raz pozwoliłem się skusić nazwisku Pratchetta, co akurat nie jest niczym dziwnym, bo – nie ukrywam – często daję się namówić na jego ciekawe towarzystwo. Tym razem jednak Terry lojalnie zapowiedział, że przyprowadzi ze sobą swojego przyjaciela i zapytał czy nie będę miał nic przeciwko, abyśmy spędzili trochę czasu we trójkę. Powiedziałem mu, że jego przyjaciel jest moim przyjacielem i chętnie go poznam, że kupię więcej alkoholu, zrobię więcej sałatki warzywnej i pochowam wszystkie trzy drogocenne przedmioty przed jego wizytą. Terry podziękował za okazane zaufanie i jeszcze tego samego dnia poznałem jego kolegę. Baxter okazał się znacznie młodszy od Pratchetta, przyszedł w dresie do joggingu i był strasznie gadatliwy. Cóż, będąc szczerym muszę napisać, że nieco mnie zanudził swoim sposobem bycia, schematyzmem i nieudolnymi próbami urozmaicenia nam spotkania. Nie znałem chłopa wcześniej, pewnie się za bardzo zestresował moim (no, i może trochę Terry’ego) zaszczytnym towarzystwem, stąd jego werbalna biegunka pozbawiona charakteru i uroku (a są ludzie, których rzekę bełkotu mogę czytać non stop, co stanowi dowód, że da się). Zerkając kontrolnie co jakiś czas na Pratchetta widziałem na jego twarzy przepraszający grymas i wzrok mówiący: nie wiem co we mnie wstąpiło, że go tutaj przyprowadziłem, to się więcej nie powtórzy. Podsumowując wieczór: miał być ekscytujący trójkąt i noc pełna zmysłowych wrażeń, a wyszła nieudana randka, podczas której zamiast przyjacielskiego seksu przyszło nam (mi i Pratchettowi) doglądać lekko upośledzonego młodszego brata, cierpliwie pomagać mu odrabiać lekcje i oglądać z nim kreskówki. Na pewno łapiesz alegorię – tak właśnie się czułem podczas lektury „Długiej Ziemi”.

Czytaj dalej „Długa Ziemia – Terry Pratchett, Stephen Baxter”

Solaris – Stanisław Lem

solarisTak jest, jestem dziadem i przyznaję, że do tej pory nie czytałem Lema. Nic, zero, nul. Nawet tego czegoś o pilocie Pirxie, co to było podobno lekturą obowiązkową, kiedyś, w jakiejś szkole, na jakiejś planecie. Zawsze brakowało mi motywacji, a dodatkowo na niekorzyść Lema działał mój przekorny system dobierania lektur. Ilekroć ktoś mi mówił, czy pisał: „przeczytaj Lema” to z rezygnacją spuszczałem głowę wiedząc, że Lem będzie musiał poczekać. Bo tak. Bo nie będziesz mi mówić, co mam robić. Bo kiedy ja robię ci wykład o Dukaju (na twoją wyraźną prośbę, nie żebym kogokolwiek zmuszał do słuchania tego), podczas oracji w brzmienie mojego głosu wkrada się podniecenie, oczy mi się szklą ze szczęścia, a dłonie zaczynają drżeć z zaangażowania w temat – co tam dłonie! – cały drżę z chęci przekazania tylu informacji, że na wszystkie na pewno nie wystarczy nam czasu, a wszystko na co ciebie stać w reakcji, to rzucone między kolejnymi łykami piwa „a czytałeś Lema?”, to zaczynam się rozglądać za jakimś ostrym narzędziem. Albo obuchowym. No zabiję i zgwałcę zwłoki. Więc nie – nie czytałem i za karę nie przeczytam. Doszło do tego, że im częściej ktoś mi proponował Lema, tym dalej w kosmos mojej listy lektur ten Lem odlatywał. Ponieważ jednak ostatnimi czasy lemowskie lobby jakby ucichło, toteż mój upór nieco złagodniał, aż pewnego dnia, nie czując się do niczego zmuszany, zacząłem po cichu czytać „Solaris”. I tak sobie myślę, że ten Lem mógł jeszcze trochę poczekać w sumie.

Czytaj dalej „Solaris – Stanisław Lem”