Lincoln w Bardo – George Saunders

lincolnwbardoJa nie wiem, zachwycają się tym Saundersem od jakiegoś czasu, a będąc precyzyjniejszym, to od czasu, gdy ukazał się przekład Dziesiątego grudnia i polski czytelnik mógł na szerszą skalę zapoznać się z twórczością tego autora. Kiedy wszyscy byli już po lekturze, tu i tam było słychać brawa, a pośród aplauzu było nawet słychać pojedyncze okrzyki o kolejnym Królu Opowiadań. Iluż to mieliśmy tych monarchów i monarchiń krótkiej formy! Zapewne mogliby już założyć własne, autonomiczne państwo, a jego sąsiadem na mapie byłby prężnie rozwijający się kraj Nowych Królów i Królowych Skandynawskiego Kryminału, bo jego populacja stale rośnie, a berło codziennie jest w innych dłoniach. Przynajmniej sprawiedliwie. Opowiadania Saundersa miałem okazję czytać i muszę przyznać, że były całkiem niezłe, a niektóre wciągnęły mnie nawet bardziej, niż się spodziewałem. Ale w przypadku tej formy literackiej puentę mam zwykle taką samą: chętnie poczytałbym danego autora w wydaniu powieściowym, więc lepiej dla nich, żeby już zaczęli pisać. George Saunders z pewnością czytał moją poprzednią opinię i poczuł motywację, bo oto możemy cieszyć oczy jego powieściowym debiutem, w dodatku nie byle jakim, bo książka od razu zgarnęła Bookera i choć to zawsze pozostaje kwestią gustu, to jednak jest przynajmniej zwiastunem wyższej jakości. A to wszystko niewątpliwie dzięki mnie, więc nie ma za co, George.

Czytaj dalej „Lincoln w Bardo – George Saunders”

Krótka historia siedmiu zabójstw – Marlon James

Krotka historia_mZapraszam na Jamajkę, bo tam nas jeszcze nie było w naszej leniwej podróży przez literaturę. No, przynajmniej mnie. A okazja trafiła się nie byle jaka, bo oto mamy do czynienia z laureatem nagrody Bookera – pierwszym Jamajczykiem w jej historii, więc chyba warto odnotować ten niecodzienny fakt. Z tego powodu na Jamajce wypalono zapewne kilogramy zioła, bo jeśli świętować to tylko w oparach dymu i potrząsając dredami w rytm muzyki reggae. Co? Że stereotyp zaserwowałem? O, to jeszcze nic, bo stara słowiańska klątwa mówi o tym, że „kto słucha rege, ten rucha kolege”, więc wyłącznie silnie heteroseksualni mężczyźni mają odwagę się przyznawać do fascynacji muzyką tego gatunku. I zanim ktokolwiek zdąży poczuć się urażonym, to jakby na poparcie tej teorii śpieszę z argumentem, że w powieści Jamesa jest sporo gejowskiego seksu. Co więcej: wyłącznie takiego. W dodatku dość bezpośrednio i obrazowo opisanego, zero romantycznego podparcia, ja nie wiem co ci faceci tacy bezuczuciowi. Co jeszcze mogę we wstępie napisać o tej książce? Ma zwodniczy tytuł, bo z pewnością nie jest krótka, a i zabójstw w niej więcej niż siedem. Ech, nikomu już nie można ufać.

Czytaj dalej „Krótka historia siedmiu zabójstw – Marlon James”

Wszystko, co lśni – Eleanor Catton

Catton_Wszystko co lsni_mZeszłoroczne jury nagrody Bookera już wyraziło swoją opinię o powieści Catton. Efekt był mniej więcej taki, że mająca wtenczas 28 lat Nowozelandka została najmłodszą laureatką w historii tego wyróżnienia, a fakt, że Wszystko, co lśni (mające w oryginale 832 strony) jest najbardziej obszerną książką wśród nagrodzonych uważam za niewart wspomnienia. Bo jakie to ma znaczenie? Chyba tylko takie, że niektórzy musieliby wziąć urlop, by przeczytać tę powieść w zadowalającym czasie. Poza tym egzemplarz w przeciętnej damskiej torebce się raczej nie zmieści, więc nici z czytania w poczekalni do czegokolwiek i kogokolwiek. Mnie takie papierowe kolosy podniecają, taki już mój fetysz (jedyny, o którym nie boję się tutaj pisać), że aż sparafrazuję popularne powiedzenie każdego fana puszystości: kochanych kartek nigdy za wiele. Polskie wydanie powieści jest lepsze, bo ma sto stron więcej (pycha!) i grzbiet tak imponujący, że tytuł książki mieści się na nim wszerz, zamiast tradycyjnie wzdłuż. Zwiastuje to oczywiście długi dystans po przemierzenia literacko, może niekoniecznie od razu maraton, ale – powiedzmy – takie 5000 metrów, które w zupełności wystarczy, by na mecie (zakładając, że w ogóle tam dotrzemy) wypluć płuca i jeszcze kilka innych organów wewnętrznych. No, ale skoro rozgrzewkę mamy już za sobą, to proszę o zajęcie miejsc na linii startowej. Ty, chuda na końcu, nie rozpychaj się, co ty sobie wyobrażasz?

Czytaj dalej „Wszystko, co lśni – Eleanor Catton”

W komnatach Wolf Hall – Hilary Mantel

w komnatach wolf hallDla mnie to niezrozumiałe. Przecież ja nigdy nie lubiłem historii, zawsze nużyły mnie wątki dotyczące kolejnych monarchów, a oni sami z czasem zaczęli zlewać się w mojej świadomości w jedną i mdłą bryłę bez wyraźnego kształtu. Nie odróżniałem królów angielskich od tych francuskich, czy hiszpańskich – jeden szrot. Tym większą tajemnicą dla mnie jest, że kolejny raz sięgam po powieść historyczną, a potem jestem trochę zawiedziony, że nie było w niej złego czarnoksiężnika, elfów, czy – nie wiem – smoka jakiegoś chociaż. Za to mamy XVI wiek, deszczową Anglię i władającego nią Henryka VIII z dynastii Tudorów. Zestaw o znacznie mniejszym potencjale i chyba jednak wolałbym ten pierwszy, ale trudno, co zrobić. Sam Henryk – z racji swojej imponującej kolekcji sześciu żon – już niejednokrotnie był bohaterem licznych dzieł literackich i filmowych. Nie zrozumcie mnie źle: może i był on dobrym władcą, zapewniał dobrobyt podwładnym, dawał im bezpieczeństwo i poczucie sprawiedliwości, wygrywał jakieś bitwy, modnie się ubierał, ale nadal przede wszystkim miał sześć żon. Łał. Kiedy jedna mu się znudziła, zmieniał ją na nową, często naginając przy tym prawo – jak bardzo odjazdowym trzeba do tego być? I nieważne, że wszystkie były albo jednakowo brzydkie, albo szesnastowiecznym portrecistom brakowało talentu. Liczy się wynik. Hilary Mantel była chyba świadoma, że każdemu wystarczająco zainteresowanemu historią czytelnikowi żywot Henryka VIII jest znany, postanowiła więc przemieścić nieco środek ciężkości wydarzeń, odsunąć się od Tudora i spojrzeć na wszystko z nowej, świeżej perspektywy. Kto udźwignie tego rodzaju ciężar? Oczywiście, że osobisty doradca monarchy i niezdzieralny wulkan energii w jednym: Tomasz Cromwell! Co? Że nie wiesz kto to? Uf, myślałem, że tylko ze mnie taki nieuk. Lepiej kojarzyć Natalię Siwiec znaną z tego, że jest znana, niż jakiegoś tam Krąłela, słuszna postawa.

Czytaj dalej „W komnatach Wolf Hall – Hilary Mantel”

Życie Pi – Yann Martel

Mam takie zboczenie, że będąc w księgarni czasem mi odpierdala, zdaję się na impuls i instynkt, po czym nabywam jakąś książkę, której nabyć jeszcze 5 minut temu nie miałem zamiaru. Trafiam na nią na półce, przeglądam tył okładki i pyk, biorę, tak jakbym był obrzydliwie bogaty i koło pyty mi latało, że niewiele o niej wiem. Tak też było oczywiście w przypadku Życia Pi, bo sami powiedzcie, czy z założenia fabuła nie brzmi intrygująco (o tym za chwilę)? Ba, brzmi nawet nieprawdopodobnie, choć podobno oparta jest na faktach. Nawet ekranizacja się jakaś kręci. O co cały rwetes? Już mówię.

Czytaj dalej „Życie Pi – Yann Martel”