Śmierć Achillesa – Boris Akunin

smierc achillesaPrzyznaję, że zaniedbałem nieco cykl Erasta Fandorina, choć nigdy o nim nie zapomniałem i stale zamierzałem wrócić. No, ale nic nie tłumaczy faktu, że poprzedni jego tom – Lewiatan – pojawił się tutaj dawno, zbyt dawno temu, bo aż w maju 2013 i jeśli nie podkręcę tempa, to najprawdopodobniej w swoim życiu nie zdążę dotrzeć do jego końca. Zakładam, że w chwili śmierci nieukończenie cyklu nie będzie moim największym problemem, ale zawsze byłoby miło mieć jedno małe zmartwienie mniej i przeczytać całego Fandorina przed czasem, bo jestem przekonany, że warto. Powtórzę: warto. Wiedziałem o tym już wtedy, gdy czytałem poprzednie tomy i uświadomiłem to sobie na nowo, gdy tylko zacząłem lekturę Śmierci Achillesa. To jest po raz kolejny świetne – znajome, ale zarazem w jakimś sensie świeże, bo Akunin bardzo sprawnie potrafi urozmaicać swoje historie. Oto bowiem, po epizodach na froncie wojny rosyjsko-tureckiej i rejsie Lewiatanem (odpowiednio drugi i trzeci tom) Erast Fandorin wraca do ojczyzny. Zapowiada się więc nowy start, ale przeszłość jest zbyt podstępną suką, by miała tak łatwo naszemu bohaterowi odpuścić.

Czytaj dalej „Śmierć Achillesa – Boris Akunin”

Reklamy

Ostatni Powiernik Pierścienia – Kirył Jeskow

ostatni powiernik1Na półkach stoją i czekają literackie nowości oraz zaległości, a ja po raz trzeci czytam powieść Jeskowa. Zastanawiałem się nawet przez chwilę, co ten fakt może oznaczać i czy ta książka rzeczywiście jest tak dobra, by stale do niej wracać. Chyba sam sobie w tej kwestii nie ufam, stąd co kilka lat czuję potrzebę zweryfikowania swojej opinii na temat Ostatniego Powiernika Pierścienia – ponownego przekonania się czy entuzjazm, którym obdarzyłem tę powieść osiem lat temu miał sensowne podstawy i, co ważniejsze, czy przetrwały one do dziś. Wtedy dzieło Jeskowa podobało mi się zaskakująco mocno, elektryzowało mnie i absorbowało, a lekturę polecałem nie tylko każdemu fanowi Tolkiena, ale również (a może przede wszystkim) każdemu, kto jego prozie nie dał się uwieść. Bo zbyt patetyczna, bo zbyt rozwleczona, rozbuchana, bo za dużo w niej czerni i bieli oraz karłów z zaniedbanymi stopami. Bo zabrakło w nim smoków i seksu. Osobiście uwielbiam trylogię Władcy Pierścieni, ale z różnymi opiniami oraz argumentami na jej temat się spotykałem, więc jestem wyrozumiały i Tolkiena za wszelką cenę bronił nie będę (przynajmniej nie tu i teraz). Natomiast łatwo się domyślić, że Ostatni Powiernik Pierścienia silnie nawiązuje do szeroko znanej historii Frodo Bagginsa i Wojny o Pierścień, a gdyby ktoś nadal miał wątpliwości, to powieść Jeskowa ukazała się w Polsce również pod dźwięcznym marketingowo tytułem Ostatni Władca Pierścienia. Preferuję trafniejszego powiernika, bo choć pewien pierścień się tutaj pojawia, to jest tylko i wyłącznie pierścieniem: kawałkiem stopu, niewiele znaczącym suwenirem, więc nie za bardzo jest czym buńczucznie władać.

Czytaj dalej „Ostatni Powiernik Pierścienia – Kirył Jeskow”

Ognisty anioł – Walery Briusow

ognisty aniolJuż nie pamiętam chwili, kiedy zainteresowałem się Ognistym aniołem. Z jakiegoś nieznanego mi obecnie powodu lata temu wpisałem książkę na listę potencjalnych lektur i każdorazowo gdy o nią zahaczałem wzrokiem zastanawiałem się: co to? skąd się tam wzięło? Uznałem, że nie zaszkodzi mi mały trening własnej konsekwencji, więc postanowiłem dociągnąć sprawę do końca i zdobyć wreszcie tego tajemniczego Briusowa. Internetowe księgarnie milczały uparcie, toteż poprosiłem o pomoc allegro, gdzie rzecz jasna za przesyłkę zapłaciłem więcej, niż za samą książkę, ale to mnie nauczy, by rozważniej dodawać kolejne pozycje do listy lektur. A sam Briusow? Ponoć przede wszystkim był jakimś niezłym wierszokletą (wiem, że to nacechowane negatywnie określenie, ale mi się podoba i nic mi nie zrobicie) z tym, że poezja była dla mnie zawsze zbyt wyszukana, więc omijałem i nadal zamierzam omijać. Zauważyłem też, że autor specjalizował się w pozowaniu do zdjęć i portretów ze splecionymi na piersi rękami. To mi wygląda na postawę wyćwiczoną latami nonszalanckiego podpierania ścian podczas balów i bankietów. Nie wmówicie mi, że to błahostka, bo nie urodziłem się wczoraj. Już oczami wyobraźni widzę, jak Briusow strofuje kolejnego portrecistę: panie, albo rysuje mnie pan ze splecionymi ramionami, albo wcale i żegnam ozięble, bo mam wiersz do napisania! Tak właśnie z pewnością było.

Czytaj dalej „Ognisty anioł – Walery Briusow”

Dramat na polowaniu – Antoni Czechow

dramat-na-polowaniuWikipedia podpowiada mi, że Czechow (znany również jako Człowiek bez śledziony) napisał około dziesięciu dramatów, kilka najbardziej znanych opowiadań (o tych najbardziej nieznanych nie wspomniano) i ponad dwadzieścia nowel. Powieści w jego dorobku doliczono się aż jednej – Dramatu na polowaniu właśnie. Czytając tę książkę nawet nie wiedziałem na jak wyjątkowe dzieło trafiłem, bo okazuje się, że Czechow powieści nie pisał. I teraz mówią mi, żebym się za bardzo nie sugerował, bo z wszystkiego co stworzył Antoni, ja trafiłem na coś dalekiego od jego literackiej natury, coś dalece niereprezentatywnego i coś, co może być rozpatrywane jedynie w kategoriach autorskiego eksperymentu oraz kaprysu. Bo obudził się w Czechowie duch parodysty i to miała być swoista karykatura oraz satyra w związku z ówczesną popularnością kryminałów. W takim razie przez przypadek wyszedł mu świetny, jak na XIX-wieczne realia, kryminał i teraz nie wiadomo, czy poczytywać to jako porażkę Czechowa na gruncie satyrycznym, czy raczej jako pokaz jego wszechstronności literackiej? Pytanie pozostanie bez odpowiedzi, bo za mało w życiu Czechowa czytałem (do tej pory wcale) i zbyt rzadko jadam na obiad warzywa (czasem zupę szczawiową), by móc stawiać w tej kwestii uargumentowane wyroki. Autora znam więc jedynie od strony Dramatu na polowaniu, ale dzięki temu mogę też szpanować, że przeczytałem w życiu wszystkie powieści Czechowa i będzie to całkowitą prawdą. Szalenie imponujące.

Czytaj dalej „Dramat na polowaniu – Antoni Czechow”

Piknik na skraju drogi – Arkadij i Borys Strugaccy

Piknik-na-skraju-drogiBo wiecie: przylecieli kosmici, narobili ambarasu, posiedzieli i odlecieli z powrotem, bo kto by chciał z własnej woli siedzieć na takim zadupiu Wszechświata jak Ziemia dłużej niż to konieczne? Wbrew wszelkim szablonom nie było ze strony przybyszów próby podbicia i zagłady ludzkości, ani nawet chęci nawiązania z nami kontaktu. Z kolei mieszkańcy naszej planety rzecz jasna w pełni zafascynowali się obcą cywilizacją i nie przeszkadzało im, że bez wzajemności. Kosmici tymczasem bez żalu opuścili ten padół łez, jednak zostawili za sobą Strefę lądowania, a ludzie, jak to ludzie – czym prędzej zabrali się do szabrowania. Szybko okazało się, że Strefa jest nie do końca bezpieczna, pełna porzuconych tajemniczych przedmiotów i anomalii zadających kłam ziemskim prawom fizyki oraz natury. I w tym momencie pojęcie stalkera zostało ukute przez braci Strugackich, a oznaczało – ni mniej, ni więcej – śmiałka, który z własnej woli, z narażeniem zdrowia i życia wkracza do Strefy, by wynieść stamtąd przedmioty o niecodziennych właściwościach. Czasem istne dziwactwa, czasem cuda techniki, czasem śmiertelnie niebezpieczne gadżety, ale wszystkie je łączy jedna, wspólna cecha: są niezwykle cenne na czarnym rynku. Tak sobie myślę, że skoro kiedyś lekkomyślnie wchodziłem do rozpadającego się budynku, by przy pomocy skomplikowanych narzędzi (młotek i przecinak) wybijać z nadproży zdatne do ponownego użytku cegłówki i wywozić je stamtąd przy pomocy taczki, to byłem takim trochę stalkerem (choć na mniejszą i mało spektakularną skalę, przyznaję). Przy okazji znalazłem też stary komiks Transformers (z nudów przeczytałem cały, nie wiedząc o co w nim chodzi, bo roboty nigdy mnie nie kręciły), a także kartridż do Pegasusa (168 in 1). Co ciekawe, obecnie fach stalkera został zdeprecjonowany do anonimowego zboczeńca prześladującego swoją ofiarę (najczęściej będącą również, zupełnie przy okazji, atrakcyjną kobietą), śledzącego ją i wysyłającego jej sprośne, wyuzdane SMS-y, czy też dzwoniącego i dyszącego do słuchawki. Wszystko to, by pokazać jak bardzo kocha. Strugaccy się w grobach przewracają.

Czytaj dalej „Piknik na skraju drogi – Arkadij i Borys Strugaccy”

Świadek – Ilja Mitrofanow

Mitrofanov SwiadekKojarzycie Besarabię? Ja też nie, ale ponoć była taka kraina historyczna: swego czasu przynależna do Rumunii, potem przejęta przez ZSRR, a obecnie (jak podpowiada mi Wikipedia) stanowi część Mołdawii i Ukrainy. Takie tam usypiające smuty. Aż mi się przypomniał mój nauczyciel od historii/geografii z podstawówki – wąsaty przyjemniaczek, zimą noszący kolorową czapkę z pomponem, jeżdżący po całej klasie na mobilnym krześle i przy tym nieświadomy posiadania dziury w kroku spodni. Pozdrawiam go, jeśli to czyta. Więc właśnie o Besarabii opowiada Świadek, a konkretnie o okresie, gdy krainę przejmowało ZSRR, przydeptując mieszkańców ciężkimi, komunistycznymi sapogami. Piknikowej atmosfery z pewnością nikt się nie spodziewał, oczekiwania wśród ludności były raczej umiarkowanie złe: trochę nas wykorzystają, zasłaniając się przy tym dobrem ogółu; może trochę pobiedujemy, hej – przecież tyle to potrafimy; może jeśli zaczniemy narzekać i psioczyć na władzę, to nas postawią pod ścianą i strzelą w tył głowy, więc chyba jasnym jest, że lepiej nie wybrzydzać. Znamy to wszystko –  nie pierwsza i nie ostatnia okazja, by poczytać, jak to portrety Stalina w każdym domu wisiały. W niektórych nadal wiszą.

Czytaj dalej „Świadek – Ilja Mitrofanow”

Zamieć – Władimir Sorokin

zamiecSorokin? Nie znam człowieka. A ponoć jest to jeden z najwybitniejszych pisarzy współczesnej Rosji i pomimo rezerwy z jaką podchodzę do tego rodzaju sloganów, poczułem niewielki wstyd, że Sorokina nie kojarzę. Nie wydaje mi się, by sam Władimir miał mi to za złe, ale niesmak pozostał, bo literaturę rosyjską przecież uwielbiam, a to zobowiązuje mnie w moich własnych oczach. Popychany nagłym impulsem podrażnionej ambicji czym prędzej postanowiłem nadrobić straty, bo jakże to tak, tak nie można po prostu nie znać. Sposobność nadeszła odpowiednia, bo „Zamieć” nie należy do gatunku pożeraczy licznych wolnych wieczorów i przy sprzyjających okolicznościach można ją przeczesać wzrokiem w kilka godzin – jak to mówią meblarze – od deski, do deski. Ja nie tyle nie lubię krótkich powieści, ile zauważyłem że znacznie trudniej im mnie uwieść – nie bez powodu większość dzieł, które cenię  dobija do okolic tysiąca (i więcej) stron. A te poniżej trzystu, albo dwustu? Ledwo się zaczną, już trzeba wkładać buty i wychodzić, a nie zawsze krótka znajomość bywa tą reprezentatywną. Na bok jednak prywatne dylematy, które nie interesują nikogo poza mną. Chciałem tylko zaznaczyć, że nie sztuką jest utrzymać zainteresowanie czytelnika na krótko. Spróbujcie to zrobić przez pięćset i więcej stron – o, do tego trzeba mieć już talent. Więc o ile po lekturze „Zamieci” mogę stwierdzić, że coś tam Sorokina czytałem, tak z tezami, że znam i mam podstawy by oceniać jego twórczość – z tym bym się jeszcze zdecydowanie wstrzymał. No, mimo to spróbujmy, osłaniając oczy od sypiącego śniegu, przyjrzeć się tej „Zamieci”.

Czytaj dalej „Zamieć – Władimir Sorokin”