Mitologia nordycka – Neil Gaiman

mitologia-nordyckaOch, znów miałem apetyt na mitologię nordycką. W zasadzie to on mi nigdy nie przechodzi, bo uwielbiam wszelakie mity różnego pochodzenia, no ale nieważne, bo zacznę się powtarzać. A tymczasem stąd i zowąd znany Neil Gaiman proponuje mi zredagowaną przez siebie mitologię nordycką, no, przynajmniej jakiś jej wycinek. Co w takiej sytuacji robię ja? Oczywiście, że daję się skusić, bo do autora pewne zaufanie mam, nawet nienadwyrężone, a czytałem go jeszcze w czasach sprzed narodzin tego blogaska. Poza tym do wkroczenia w świat mitów, nawet tych z grubsza znanych, ale opakowanych na nowo nie trzeba mnie nadgorliwie zapraszać. I choć zdaję sobie sprawę, że w tej niewielkiej książeczce zawarto zaledwie ułamek nordyckiej mitologii, to pragnę wierzyć, iż znajdę tam wszystko, co najważniejsze oraz na początek niezbędne. Bo choć nie będzie to mój pierwszy raz z Odynem, Thorem, Lokim i spółką, a ich perypetie nie są mi do końca obce i znam je na wyrywki, to – wstyd się przyznać – nie czytałem do tej pory żadnej lektury, która spróbowałaby moją wiedzę usystematyzować. Bez wątpienia są jakieś opracowania, które zrobią to lepiej, pełniej i rzetelniej, ale to może kiedyś zechcę wrócić. Neil Gaiman wydaje się w sam raz na początek.

Czytaj dalej „Mitologia nordycka – Neil Gaiman”

Reklamy

Księga wszystkich dokonań Sherlocka Holmesa – Arthur Conan Doyle

sherlock-holmes-ksiega-wszystkich-dokonan-Z góry ostrzegam – nie zamierzam się zbytnio angażować i przesadnie drążyć w temacie Sherlocka Holmesa, bo domyślam się, że w Internecie (jak również poza nim) napisano już o słynnym detektywie wszystko i na każdy sposób rozpracowano jego wyczyny. Bezcenni są tacy fani, którzy przez lata potrafią się doszukiwać nowych smaczków w znanych opowiadaniach; fani, którzy odnajdują w fikcji ślady rzeczywistych wydarzeń; wreszcie fani, których fascynacją jest zbadanie psychiki Holmesa – proces przypominający spożywanie jajka na miękko, bo trzeba rozbić najpierw twardą skorupę cynizmu, arogancji i nonszalancji bohatera, by wreszcie dostać się do miękkiego wnętrza jego charakteru. Ale od tego ma się prawdziwych, bezwarunkowych fanów. Ja fanem nigdy nie byłem i raczej już nie będę, choć pana Holmesa oczywiście niezwykle szanuję, bo to jedna z najbardziej rozpoznawalnych i najczęściej przewijających się w kulturze postaci literackich. Jednak żaden ze mnie znawca w tym rozległym temacie, więc z góry przepraszam jeśli w trakcie wpisu popiszę się ignorancją i wyjdę na lamera. To będzie raczej coś w rodzaju sprintu przez wszystkie dokonania Sherlocka, parę luźnych uwag i ogólnych wrażeń, bo na więcej prawdopodobnie nie będę miał ochoty. Wystarczy mi, że przeczytałem całą Księgę wszystkich dokonań, która gabarytami przypomina pudełko na buty. Wyobraź to sobie.

Czytaj dalej „Księga wszystkich dokonań Sherlocka Holmesa – Arthur Conan Doyle”

Pogrzebany olbrzym – Kazuo Ishiguro

pogrzebany-olbrzymWyznaję, że dałem się zaintrygować temu dość osobliwemu – zdawało się – połączeniu. Bo oto gość o typowo japońskim nazwisku napisał powieść głęboko zakorzenioną w angielskiej historii, a przede wszystkim w jej legendach. Jednak ewentualne zafascynowanie tą niecodzienną sytuacją pryska szybciej niż każdy nastolatek podczas swojej pierwszej masturbacji (wiem co mówię – myślałem wtedy, że zrobiłem sobie jakąś krzywdę), wszak pan Kazuo Ishiguro już od piątego roku życia mieszka w Anglii i jest na wskroś brytyjskim pisarzem (z na wskroś japońskim nazwiskiem). Wiem, że dla większości obeznanych czytelników nie będzie to żadnym zaskoczeniem, ale dla mnie owszem, było. Przechodząc już jednak do prasowych notek na temat Pogrzebanego olbrzyma, to najczęstszym elementem porównawczym jest w nich nazwisko samego Tolkiena, bo najnowsza powieść Ishiguro rzekomo obficie się dokonaniami twórcy Śródziemia inspiruje. Możliwe, choć według mnie nie ma na tę teorię twardych dowodów i podejrzewam, że to brzydki podstęp, by przekonać do lektury potencjalnych czytelników. Bo nazwisko Tolkiena jako punkt odniesienia zawsze przyciąga wzrok i budzi skojarzenia: niekoniecznie dobre, ale zawsze intensywne oraz jasne. Jednak w tym miejscu jestem zmuszony wejść w rolę Ostatniego Uczciwego Opiniotwórcy (nadal mam problem z określaniem siebie RECENZENTEM) i na zawsze odciąć Tolkiena od Pogrzebanego olbrzyma. Nie ma w tej powieści nic z twórczości profesora fantasy i nie wiem skąd w ogóle pomysł na tak dziwaczne porównanie. Sama przynależność gatunkowa nie wystarczy.

Czytaj dalej „Pogrzebany olbrzym – Kazuo Ishiguro”

Doktor Jekyll i pan Hyde – Robert Louis Stevenson

doktor-jekyll-i-pan-hydeTytułowi panowie są znani i ogólnie kojarzeni, bo Stevenson najwyraźniej miał szczęście do tworzenia dzieł, które ponad wiek później będą przytaczane w wielu kontekstach. No dobra, może przesadzam, ale już jego Wyspa skarbów uchodzi za wzór powieści pirackiej, a i o dżentelmenach z omawianej nowelki również chyba każdy słyszał. Śpiewali o nich Borysewicz z Kukizem, jeszcze w czasach, gdy ten drugi życzył sobie być nagrywanym, bo teraz jest z tym różnie. O bohaterach dzieła Stevensona wrzeszczał także Michał Wiśniewski z Ich Troje, próbując tym sposobem wyrazić miłość i wytłumaczyć nieprzewidywalność swoich zachowań. Doktor Jekyll i pan Hyde to kanoniczna opowieść grozy, która przez ostatni wiek została przerobiona i adaptowana na chyba każdy możliwy sposób. Parodie, musicale, romantyczne komedie – praktycznie w każdym nurcie i każdej dziedzinie znajdzie się coś inspirowane skromnym objętościowo dziełem Stevensona. To z automatu daje nam jakieś pojęcie o jakości powieści, choć oczywiście jeszcze nie gwarantuje, że Doktor Jekyll i pan Hyde nam się spodoba jako lektura. Niezależnie od gustów wypada jednak oddać Stevensonowi co stevensonowskie, bo swoją nowelką grozy wywarł ogromny wpływ na kulturę, również tę w wersji pop-. Puszczenie w obieg tej opowieści wywołało efekt śnieżnej kuli, bo przez lata narastały wokół niej kolejne warstwy, adaptacje, ekranizacje, hołdy i obecnie kula ta jest tak ogromna, że nie sposób jej przegapić, a przynajmniej usłyszeć jak się toczy skrzypiąc przy tym złowieszczo.

Czytaj dalej „Doktor Jekyll i pan Hyde – Robert Louis Stevenson”

Władca Pierścieni – J. R. R. Tolkien

Wladca_Pierscieni_TolkienTaaak. Wróciłem po raz trzeci do Śródziemia, bo po tych kilku latach jakoś mi się tęskno zrobiło. Odżyły wspomnienia chwil, kiedy byłem tak okrutnie podekscytowany wchodzącą lada chwila do kin Drużyną Pierścienia, że dziesiątki razy kartkowałem nieistniejący już miesięcznik Cinema i podziwiałem wielkie zdjęcia z planu filmowego. Jarałem się jak pochodnia Gondoru. I to jest dla mnie trochę niezrozumiałe, bo przecież nie znałem jeszcze powieściowego pierwowzoru, ale już wtedy z siłą maczugi jaskiniowego trolla uderzała mnie magia płynąca z tych zdjęć, krajobrazów, kostiumów. Wychodzi więc na to, że dopiero zmotywowany nadchodzącą ekranizacją postanowiłem, iż najpierw muszę przeczytać książkę i do dziś lekturę trylogii Władcy Pierścieni wspominam jako moją największą literacką wyprawę i przygodę. Mapę Śródziemia analizowałem tak często, że prawdopodobnie na stałe wypaliła się w mojej wyobraźni i znam jej kształt, charakterystyczne punkty, a także przebieg wędrówki bohaterów. Na każdą część ekranizacji biegłem natychmiast do kina, a potem wielokrotnie powtarzałem seans z rozszerzonymi wersjami DVD. I ponieważ całkowicie ominęła mnie szajba Gwiezdnych Wojen (które lada chwila mogą zacząć rozmieniać się na drobne), więc osobiście uznaję, że (parafrazując klasyka): powrót jest tylko jeden i jest to Powrót Króla.

Czytaj dalej „Władca Pierścieni – J. R. R. Tolkien”

Pierwszych piętnaście żywotów Harry’ego Augusta – Claire North

pierwszych pietnascie zywotowA co by było, gdyby nasza śmierć nie niosła dla nas samych żadnych konsekwencji? W sensie: jak w grze, w której skucha i strata życia skutkuje jedynie rozpoczęciem zabawy od początku poziomu, z tą przewagą, że tym razem jesteśmy w stanie wyciągnąć wnioski z własnych błędów i nie popełnić ich ponownie. Jak to mówią: życie ciężka plansza, ale trzeba ją przejść i nieograniczona ilość prób byłaby znacznym ułatwieniem. Zresztą dyskusja o śmierci zawsze pełna jest przypuszczeń oraz pobożnych życzeń i jeśli dobrze się przyjrzeć to nasz zgon rzeczywiście nie niesie dla nas samych żadnych konsekwencji, bo trudno martwić się o rzeczy przyziemne będąc zakopanym na wieki pod ziemią (niezdzieralna klasyka pogrzebów, bo co z oczu – to z serca), albo będąc zredukowanym do roli pyłu (nowoczesna i coraz popularniejsza opcja – przynajmniej w tej odmianie). Skutków naszej śmierci nie odczujemy my sami, lecz nasza rodzina i bliscy, więc w jakimś sensie klawo jest być egoistą i samotnikiem, bo takim zapewne łatwiej umierać bez żalu. Naturalnie mogę się mylić w tych swoich nie do końca poważnych rozważaniach, ale jedynie opinia kogoś, kto umarł – najlepiej wielokrotnie i w różnym stylu, by miał porównanie – przekona mnie w stu procentach do zmiany opinii. Takim kimś zdecydowanie byłby Harry August, więc zobaczmy co ma nam do powiedzenia.

Czytaj dalej „Pierwszych piętnaście żywotów Harry’ego Augusta – Claire North”

Anglicy na pokładzie – Matthew Kneale

Anglicy_na_pokladzieNo dobra, napisałem cały akapit wstępu na temat najbardziej wyróżniającej cechy Anglików na pokładzie – czyli o grupie aż dwudziestu jeden tłumaczy pracujących nad przekładem – ale nie przeszedł on mojej prywatnej kontroli jakości, więc go w pizdu, skasowałem. I zacznę od nowa (a do kwestii przekładu wrócę później). Nie ma gwarancji, że drugim razem wyjdzie mi to lepiej, a nawet jestem prawie pewien, że wyjdzie gorzej i pojawią się pytania w stylu: gdzie tym razem się podziała weryfikacja jakości i skoro teraz jest tak kiepsko, to jak bardzo słabe musiało być pierwsze podejście? Ale nie doceni daru i pracy dowolnego pisarza ten, kto sam nie spróbuje napisać choćby notki na bloga i nie dostrzeże, jakie to bywa trudne i jak wymagające skupienia. Trochę samokrytyki również nie zaszkodzi, bo skoro chcesz mieć porządek na strychu, to zacznij od piwnicy. A teraz do rzeczy, bo nie przyszliśmy tutaj po prawdy o życiu w stylu Coelho, ani po moje prywatne i pożałowania godne rozterki. W zamian dostaniemy Anglików. I pokład. Po czym umieścimy pierwszych na drugim, co już nam da zalążek powieści marynistycznej, a może nawet przygodowej. Dzieło Kneale’a ma jeszcze innych bohaterów poza Anglikami i pokładem, ale od czegoś zacząć musiałem. To przypominało żmudne holowanie statku z zatoki na pełne morze. Teraz stawiam żagle i samo popłynie. No, prawie.

Czytaj dalej „Anglicy na pokładzie – Matthew Kneale”