Justyna – Lawrence Durrell

justynaKwartet Aleksandryjski od wielu lat był pod moją – niezbyt baczną, ale jednak – obserwacją. Figuruje on w wielu zestawieniach, jest wysoko oceniany i doceniany przez liczne instytucje. W związku z małą dostępnością cyklu sprzedawcy często sobie świrowali z cenami – 500 zł za zestaw czterech książek to była norma, zdarzały się również oferty wyższe, a jeśli trafiła się jakaś w okolicach 300 zł, to z dziwnie przemilczanym stanem egzemplarzy. Nie zawsze mi się to zdarza, ale tym razem rozsądek brał górę, więc wstrzymywałem się przed wywaleniem takiej sałaty na książki, gdzie nawet nie miałem pewności, że te powieści mi się spodobają. A gdyby nie? Pewnie musiałbym sobie potem wmawiać, że są wspaniałe i warte swojej ceny, by stłamsić świadomość wywalenia pieniędzy w błoto. I nie – nie mówcie mi tutaj o bibliotekach, bo od kiedy w podstawówce zostałem przez okrutną bibliotekarkę wytargany za pejsy, to mam traumę i nie przekraczam progu tych komnat bólu oraz poniżenia. Ale pojawił się ratunek w postaci nowego wydania Justyny, pierwszego tomu tetralogii, więc każdy może dzieło Durrella sprawdzić w rozsądnych warunkach cenowych oraz bez narażania własnych pejsów. Jak temat chwyci i kogoś stać, to może sobie nawet potem kupić cały kwartet za 500 zł, bo czemu nie. Albo po prostu poczekać na wznowienia kolejnych tomów. A teraz spróbuję sobie odpowiedzieć, co ja zrobię.

Czytaj dalej „Justyna – Lawrence Durrell”

Na Wodach Północy – Ian McGuire

na wodach polnocyJejku, jejku, jakie pyszne porównania dostała ta powieść od łaskawych recenzentów. Mówi się, że to takie trochę Jądro ciemności, trochę Moby Dick, a poza nazwiskami Conrada i Melville’a przywołuje się też szacownego Charlesa Dickensa, więc McGuire towarzystwo ma nie od parady. Cóż, od tego w końcu są klasyki, by do nich porównywać i szukać wspólnych cech, a czas oraz kolejne pokolenia czytelników już ocenią czy było to uzasadnione. Tego rodzaju odniesienia to dla mnie zawsze dogodny punkt zaczepienia, by zacząć pisać notkę, bo wiecie, że stworzenie pierwszych akapitów jest najtrudniejsze i pełnią one rolę rozgrzewki, swoistej gry wstępnej zanim przejdę do penetrowania treści książki. Potem już jakoś leci. A dodanie do wpisu/recenzji nazwisk z klasy panów powyżej zawsze wywiera pozytywny efekt i tworzy wrażenie w rodzaju „ooo, ten to się musi na książkach znać, pewnie oczytany w światowej literaturze, że ze swadą szasta takimi nawiązaniami, fiu fiu”. I co z tego, że Moby Dicka nadal nie przeczytałem, bo czekam na godny mojej uwagi egzemplarz pozbawiony zbędnych udziwnień. To nic, że Conrad to dla mnie żaden autorytet, bo ominął mnie zachwyt podczas lektury Jądra ciemności. i nieważne, że Dickens jest u mnie na wiecznej liście TO DO i tylko dodaję do niej kolejne dzieła jego autorstwa, ale żadnego nie czytam. Więc McGuire nawet z takim wsparciem i wstawiennictwem starszych kolegów nie miał u mnie na starcie żadnej przewagi. Zaleta sytuacji jest taka, że wygórowanych oczekiwań też nie miałem.

Czytaj dalej „Na Wodach Północy – Ian McGuire”

Mitologia nordycka – Neil Gaiman

mitologia-nordyckaOch, znów miałem apetyt na mitologię nordycką. W zasadzie to on mi nigdy nie przechodzi, bo uwielbiam wszelakie mity różnego pochodzenia, no ale nieważne, bo zacznę się powtarzać. A tymczasem stąd i zowąd znany Neil Gaiman proponuje mi zredagowaną przez siebie mitologię nordycką, no, przynajmniej jakiś jej wycinek. Co w takiej sytuacji robię ja? Oczywiście, że daję się skusić, bo do autora pewne zaufanie mam, nawet nienadwyrężone, a czytałem go jeszcze w czasach sprzed narodzin tego blogaska. Poza tym do wkroczenia w świat mitów, nawet tych z grubsza znanych, ale opakowanych na nowo nie trzeba mnie nadgorliwie zapraszać. I choć zdaję sobie sprawę, że w tej niewielkiej książeczce zawarto zaledwie ułamek nordyckiej mitologii, to pragnę wierzyć, iż znajdę tam wszystko, co najważniejsze oraz na początek niezbędne. Bo choć nie będzie to mój pierwszy raz z Odynem, Thorem, Lokim i spółką, a ich perypetie nie są mi do końca obce i znam je na wyrywki, to – wstyd się przyznać – nie czytałem do tej pory żadnej lektury, która spróbowałaby moją wiedzę usystematyzować. Bez wątpienia są jakieś opracowania, które zrobią to lepiej, pełniej i rzetelniej, ale to może kiedyś zechcę wrócić. Neil Gaiman wydaje się w sam raz na początek.

Czytaj dalej „Mitologia nordycka – Neil Gaiman”

Księga wszystkich dokonań Sherlocka Holmesa – Arthur Conan Doyle

sherlock-holmes-ksiega-wszystkich-dokonan-Z góry ostrzegam – nie zamierzam się zbytnio angażować i przesadnie drążyć w temacie Sherlocka Holmesa, bo domyślam się, że w Internecie (jak również poza nim) napisano już o słynnym detektywie wszystko i na każdy sposób rozpracowano jego wyczyny. Bezcenni są tacy fani, którzy przez lata potrafią się doszukiwać nowych smaczków w znanych opowiadaniach; fani, którzy odnajdują w fikcji ślady rzeczywistych wydarzeń; wreszcie fani, których fascynacją jest zbadanie psychiki Holmesa – proces przypominający spożywanie jajka na miękko, bo trzeba rozbić najpierw twardą skorupę cynizmu, arogancji i nonszalancji bohatera, by wreszcie dostać się do miękkiego wnętrza jego charakteru. Ale od tego ma się prawdziwych, bezwarunkowych fanów. Ja fanem nigdy nie byłem i raczej już nie będę, choć pana Holmesa oczywiście niezwykle szanuję, bo to jedna z najbardziej rozpoznawalnych i najczęściej przewijających się w kulturze postaci literackich. Jednak żaden ze mnie znawca w tym rozległym temacie, więc z góry przepraszam jeśli w trakcie wpisu popiszę się ignorancją i wyjdę na lamera. To będzie raczej coś w rodzaju sprintu przez wszystkie dokonania Sherlocka, parę luźnych uwag i ogólnych wrażeń, bo na więcej prawdopodobnie nie będę miał ochoty. Wystarczy mi, że przeczytałem całą Księgę wszystkich dokonań, która gabarytami przypomina pudełko na buty. Wyobraź to sobie.

Czytaj dalej „Księga wszystkich dokonań Sherlocka Holmesa – Arthur Conan Doyle”

Pogrzebany olbrzym – Kazuo Ishiguro

pogrzebany-olbrzymWyznaję, że dałem się zaintrygować temu dość osobliwemu – zdawało się – połączeniu. Bo oto gość o typowo japońskim nazwisku napisał powieść głęboko zakorzenioną w angielskiej historii, a przede wszystkim w jej legendach. Jednak ewentualne zafascynowanie tą niecodzienną sytuacją pryska szybciej niż każdy nastolatek podczas swojej pierwszej masturbacji (wiem co mówię – myślałem wtedy, że zrobiłem sobie jakąś krzywdę), wszak pan Kazuo Ishiguro już od piątego roku życia mieszka w Anglii i jest na wskroś brytyjskim pisarzem (z na wskroś japońskim nazwiskiem). Wiem, że dla większości obeznanych czytelników nie będzie to żadnym zaskoczeniem, ale dla mnie owszem, było. Przechodząc już jednak do prasowych notek na temat Pogrzebanego olbrzyma, to najczęstszym elementem porównawczym jest w nich nazwisko samego Tolkiena, bo najnowsza powieść Ishiguro rzekomo obficie się dokonaniami twórcy Śródziemia inspiruje. Możliwe, choć według mnie nie ma na tę teorię twardych dowodów i podejrzewam, że to brzydki podstęp, by przekonać do lektury potencjalnych czytelników. Bo nazwisko Tolkiena jako punkt odniesienia zawsze przyciąga wzrok i budzi skojarzenia: niekoniecznie dobre, ale zawsze intensywne oraz jasne. Jednak w tym miejscu jestem zmuszony wejść w rolę Ostatniego Uczciwego Opiniotwórcy (nadal mam problem z określaniem siebie RECENZENTEM) i na zawsze odciąć Tolkiena od Pogrzebanego olbrzyma. Nie ma w tej powieści nic z twórczości profesora fantasy i nie wiem skąd w ogóle pomysł na tak dziwaczne porównanie. Sama przynależność gatunkowa nie wystarczy.

Czytaj dalej „Pogrzebany olbrzym – Kazuo Ishiguro”

Doktor Jekyll i pan Hyde – Robert Louis Stevenson

doktor-jekyll-i-pan-hydeTytułowi panowie są znani i ogólnie kojarzeni, bo Stevenson najwyraźniej miał szczęście do tworzenia dzieł, które ponad wiek później będą przytaczane w wielu kontekstach. No dobra, może przesadzam, ale już jego Wyspa skarbów uchodzi za wzór powieści pirackiej, a i o dżentelmenach z omawianej nowelki również chyba każdy słyszał. Śpiewali o nich Borysewicz z Kukizem, jeszcze w czasach, gdy ten drugi życzył sobie być nagrywanym, bo teraz jest z tym różnie. O bohaterach dzieła Stevensona wrzeszczał także Michał Wiśniewski z Ich Troje, próbując tym sposobem wyrazić miłość i wytłumaczyć nieprzewidywalność swoich zachowań. Doktor Jekyll i pan Hyde to kanoniczna opowieść grozy, która przez ostatni wiek została przerobiona i adaptowana na chyba każdy możliwy sposób. Parodie, musicale, romantyczne komedie – praktycznie w każdym nurcie i każdej dziedzinie znajdzie się coś inspirowane skromnym objętościowo dziełem Stevensona. To z automatu daje nam jakieś pojęcie o jakości powieści, choć oczywiście jeszcze nie gwarantuje, że Doktor Jekyll i pan Hyde nam się spodoba jako lektura. Niezależnie od gustów wypada jednak oddać Stevensonowi co stevensonowskie, bo swoją nowelką grozy wywarł ogromny wpływ na kulturę, również tę w wersji pop-. Puszczenie w obieg tej opowieści wywołało efekt śnieżnej kuli, bo przez lata narastały wokół niej kolejne warstwy, adaptacje, ekranizacje, hołdy i obecnie kula ta jest tak ogromna, że nie sposób jej przegapić, a przynajmniej usłyszeć jak się toczy skrzypiąc przy tym złowieszczo.

Czytaj dalej „Doktor Jekyll i pan Hyde – Robert Louis Stevenson”

Władca Pierścieni – J. R. R. Tolkien

Wladca_Pierscieni_TolkienTaaak. Wróciłem po raz trzeci do Śródziemia, bo po tych kilku latach jakoś mi się tęskno zrobiło. Odżyły wspomnienia chwil, kiedy byłem tak okrutnie podekscytowany wchodzącą lada chwila do kin Drużyną Pierścienia, że dziesiątki razy kartkowałem nieistniejący już miesięcznik Cinema i podziwiałem wielkie zdjęcia z planu filmowego. Jarałem się jak pochodnia Gondoru. I to jest dla mnie trochę niezrozumiałe, bo przecież nie znałem jeszcze powieściowego pierwowzoru, ale już wtedy z siłą maczugi jaskiniowego trolla uderzała mnie magia płynąca z tych zdjęć, krajobrazów, kostiumów. Wychodzi więc na to, że dopiero zmotywowany nadchodzącą ekranizacją postanowiłem, iż najpierw muszę przeczytać książkę i do dziś lekturę trylogii Władcy Pierścieni wspominam jako moją największą literacką wyprawę i przygodę. Mapę Śródziemia analizowałem tak często, że prawdopodobnie na stałe wypaliła się w mojej wyobraźni i znam jej kształt, charakterystyczne punkty, a także przebieg wędrówki bohaterów. Na każdą część ekranizacji biegłem natychmiast do kina, a potem wielokrotnie powtarzałem seans z rozszerzonymi wersjami DVD. I ponieważ całkowicie ominęła mnie szajba Gwiezdnych Wojen (które lada chwila mogą zacząć rozmieniać się na drobne), więc osobiście uznaję, że (parafrazując klasyka): powrót jest tylko jeden i jest to Powrót Króla.

Czytaj dalej „Władca Pierścieni – J. R. R. Tolkien”

Pierwszych piętnaście żywotów Harry’ego Augusta – Claire North

pierwszych pietnascie zywotowA co by było, gdyby nasza śmierć nie niosła dla nas samych żadnych konsekwencji? W sensie: jak w grze, w której skucha i strata życia skutkuje jedynie rozpoczęciem zabawy od początku poziomu, z tą przewagą, że tym razem jesteśmy w stanie wyciągnąć wnioski z własnych błędów i nie popełnić ich ponownie. Jak to mówią: życie ciężka plansza, ale trzeba ją przejść i nieograniczona ilość prób byłaby znacznym ułatwieniem. Zresztą dyskusja o śmierci zawsze pełna jest przypuszczeń oraz pobożnych życzeń i jeśli dobrze się przyjrzeć to nasz zgon rzeczywiście nie niesie dla nas samych żadnych konsekwencji, bo trudno martwić się o rzeczy przyziemne będąc zakopanym na wieki pod ziemią (niezdzieralna klasyka pogrzebów, bo co z oczu – to z serca), albo będąc zredukowanym do roli pyłu (nowoczesna i coraz popularniejsza opcja – przynajmniej w tej odmianie). Skutków naszej śmierci nie odczujemy my sami, lecz nasza rodzina i bliscy, więc w jakimś sensie klawo jest być egoistą i samotnikiem, bo takim zapewne łatwiej umierać bez żalu. Naturalnie mogę się mylić w tych swoich nie do końca poważnych rozważaniach, ale jedynie opinia kogoś, kto umarł – najlepiej wielokrotnie i w różnym stylu, by miał porównanie – przekona mnie w stu procentach do zmiany opinii. Takim kimś zdecydowanie byłby Harry August, więc zobaczmy co ma nam do powiedzenia.

Czytaj dalej „Pierwszych piętnaście żywotów Harry’ego Augusta – Claire North”

Anglicy na pokładzie – Matthew Kneale

Anglicy_na_pokladzieNo dobra, napisałem cały akapit wstępu na temat najbardziej wyróżniającej cechy Anglików na pokładzie – czyli o grupie aż dwudziestu jeden tłumaczy pracujących nad przekładem – ale nie przeszedł on mojej prywatnej kontroli jakości, więc go w pizdu, skasowałem. I zacznę od nowa (a do kwestii przekładu wrócę później). Nie ma gwarancji, że drugim razem wyjdzie mi to lepiej, a nawet jestem prawie pewien, że wyjdzie gorzej i pojawią się pytania w stylu: gdzie tym razem się podziała weryfikacja jakości i skoro teraz jest tak kiepsko, to jak bardzo słabe musiało być pierwsze podejście? Ale nie doceni daru i pracy dowolnego pisarza ten, kto sam nie spróbuje napisać choćby notki na bloga i nie dostrzeże, jakie to bywa trudne i jak wymagające skupienia. Trochę samokrytyki również nie zaszkodzi, bo skoro chcesz mieć porządek na strychu, to zacznij od piwnicy. A teraz do rzeczy, bo nie przyszliśmy tutaj po prawdy o życiu w stylu Coelho, ani po moje prywatne i pożałowania godne rozterki. W zamian dostaniemy Anglików. I pokład. Po czym umieścimy pierwszych na drugim, co już nam da zalążek powieści marynistycznej, a może nawet przygodowej. Dzieło Kneale’a ma jeszcze innych bohaterów poza Anglikami i pokładem, ale od czegoś zacząć musiałem. To przypominało żmudne holowanie statku z zatoki na pełne morze. Teraz stawiam żagle i samo popłynie. No, prawie.

Czytaj dalej „Anglicy na pokładzie – Matthew Kneale”

Frankenstein – Mary Shelley

frankensteinBędąc jeszcze małym zasmarkańcem grałem na poczciwym Pegasusie w grę Frankenstein. Było to dzieło, które dzisiaj z powodzeniem uciągnąłby każdy kalkulator – tak zaawansowany poziom w dziedzinie grafiki i skomplikowania rozgrywki prezentowało. Strasznie kapuściarska gra, ale wtedy jedna z niewielu w moim zasięgu, więc grałem uparcie. Irytowałem się stale, a mój bohater umierał raz za razem, ale jednocześnie działała na mnie magia tytułu, jego groza (a gra była w jakimś stopniu przerażająca i rozpalała wyobraźnię dziecka). Koniecznie pragnąłem uratować tę dziewczynę porwaną przez Frankensteina, jednak nigdy mi się to nie udało. Kiedy dzisiaj uruchamiam tę grę na emulatorze, albo z nostalgią oglądam jej fragmenty na filmikach, to widzę, że było to wręcz niemożliwe (przynajmniej dla mnie). Co jednak najciekawsze i tym razem dotyczy już dzieła Mary Shelley to fakt, że twórcy gry powielili często spotykany nawet dzisiaj błąd – nazwali potwora Frankensteinem. Zresztą mam przeczucie, że nie było tam nikogo, kto w ogóle przeczytałby tę klasyczną powieść. Efekt był taki, że nasz skoczny chłopek zanim poskromił potwora musiał po drodze posiekać swoim mieczykiem m.in. Meduzę i hrabiego Drakulę. Wspomniany błąd w nazewnictwie jest tak powszechny, że prawie nikt nie zwraca już na niego uwagi i czy to w ramach skrótu myślowego, czy też wygody przyjęło się potwora określać nazwiskiem jego stwórcy. Ale ja przeczytałem powieść Mary Shelley i ruszam z krucjatą, by Wiktor Frankenstein odzyskał swoje nazwisko, a potwór sczezł bez imienia!

Czytaj dalej „Frankenstein – Mary Shelley”

Nick Cave. Chłopak z sąsiedztwa – Ian Johnston

zdj Nick CaveAle brzydal – stwierdziła moja mama, gdy ujrzała twarz Cave’a na okładce książki. No fakt, nie pomyślałem o tym, że bez wątpliwości z Nicka żaden piękniś, ale moja perspektywa patrzenia na niego jest zgoła odmienna i nie obejmuje dylematów w rodzaju: czy chciałbym się z nim całować. Nie, możecie mi nie wierzyć, ale nawet o tym nie myślałem. A nawet gdyby z jego strony taka propozycja padła, to nadal nie. Nie chciałbym również, gdyby był piękny. Jakoś nie uwzględniają tego moje fantazje. Co więcej, nie muszę nawet na niego patrzeć i chociaż śmiem nazywać się jego fanem, to nie mam nad łóżkiem plakatów Nicka, ani jego utworów ustawionych jako dzwonek telefonu. Za to słucham regularnie, bo jest w czym wybierać. Powiedzmy jednak, że nie jest moim celem zachęcenie nikogo do zapoznania się z dorobkiem muzycznym Cave’a, bo tego rodzaju rekomendacje to równie śliski grunt, co polecanie książek. Poza tym to nie jest odpowiednie miejsce. Niemniej pewnie nie uda mi się całkowicie wyeliminować licznych sugestii i już abstrahując od jakości tej biografii (bo tym tematem postaram się zająć przede wszystkim), twierdzę otwarcie, że wokalne i kompozytorskie dokonania Nicka Cave’a oraz jego kapeli warto znać. Napisałem to, a teraz postaram się rozgraniczyć wrażenia płynące z czytania o życiu wokalisty, od tych wynikających ze słuchania jego utworów. Czyli spróbuję wykrzesać z siebie tę namiastkę rzetelności i obiektywizmu, chociaż nie do końca, bo na dłuższą metę żadna z tego frajda.

Czytaj dalej „Nick Cave. Chłopak z sąsiedztwa – Ian Johnston”

Wyspa skarbów – Robert Louis Stevenson

wyspa_skarbowMoże nie wiecie, ale największy skarb Czarnobrodego nadal leży gdzieś zakopany. Naprawdę. To znaczy – tak twierdzą liczne źródła i w sumie fajnie jest w to wierzyć, choć niektórzy woleliby pewnie go wykopać (skarb, nie Czarnobrodego), tym bardziej, że dzisiaj byłby warty coś w okolicach sześciu milionów funtów. Starczyłoby na… nie wiem, na co by starczyło, ale pewnie na sporo rzeczy. Ekscytujące. Tymczasem głęboko zakorzenione we mnie dziecko nadal uwielbia piratów i ich morskie awantury. Takie jakieś pogodne i barwne wydają się te ich przygody: skąpane w błękitnych wodach otaczających wyspy karaibskie, zalane słońcem na bezchmurnym niebie. A że często przy okazji pełne krwi, dymu z wystrzałów armatnich i hałaśliwych abordaży? Cóż, każda praca ma swoje lepsze i gorsze chwile. Robert Louis Stevenson pewnie nie napisał pierwszej w dziejach powieści o piratach i pewnie nie napisał też najlepszej powieści o piratach. Ale niewątpliwie napisał najbardziej znaną piracką historię i moim psim obowiązkiem było się w końcu z nią zapoznać. Bo jakże to tak? Fan korsarskich przygód, a Wyspy skarbów nie czytałeś? Gdzie się podziało twoje poczucie wstydu, gdzie się podziała twoja godność człowieka i czytelnika? Więc – pozostając przy psich porównaniach – podkuliłem ogon, skomląc podreptałem cicho w kąt i tam dokonałem brutalnego abordażu na swój egzemplarz Wyspy skarbów.

Czytaj dalej „Wyspa skarbów – Robert Louis Stevenson”

Pielgrzym – Terry Hayes

pielgrzymAch, jak się chce czasami coś męskiego zrobić! Poczuć się samcem z prawdziwego zdarzenia i umorusać się olejem silnikowym, porąbać drwa na opał, pooglądać za kobiecymi pośladkami, obejrzeć porno, uderzyć żonę, poczytać komiksy ze Sknerusem McKwaczem i jakiś kryminał noir, albo chociaż thriller sensacyjny. Koniecznie taki z silnym (psychicznie i fizycznie) bohaterem męskim, aby w trakcie lektury można było się z nim utożsamiać, kiwać głową w geście aprobującym jego czyny i przy każdej podejmowanej przez niego decyzji (takich na skraju życia lub śmierci) mówić sobie: niewątpliwie zrobiłbym tak samo. Rozbroiłbym tego bandziora i uwolnił zakładników, żaden problem. Wbiegłbym do płonącego budynku, by ratować te kocięta. Odebrałbym połączenie z zastrzeżonego numeru, choć prawie pewne, że natychmiast  pożałowałbym tej lekkomyślności. Bycie stanowczym i odważnym mężczyzną nie jest przecież aż tak trudne. A potem zostałbym bohaterem jakiejś powieści, w której ratuję świat od katastrofy i stanąłbym w jednym szeregu z takimi tuzami jak: James Bond, Jason Bourne, Sławomir Borewicz i kapitan Żbik. Byłbym właśnie kimś w stylu tytułowego Pielgrzyma od Terry’ego Hayesa – agentem tak bardzo supertajnym, że nawet gdy teraz o nim piszę, to niespokojnie oglądam się przez ramię, czy aby nikt mnie zaraz nie sprzątnie za odkrycie jego sekretu. Niby fikcja literacka, ale kto ich tam wie, tych niesamowitych szpiegów…

Czytaj dalej „Pielgrzym – Terry Hayes”

V jak Vendetta – Alan Moore, David Lloyd

v-jak-vendetta-072Gdybym zechciał porównywać, to V jak Vendetta jest dla komiksu tym, czym jest orwellowski Rok 1984 dla prozy. Zawęziłem do samej prozy, choć wstępnie chciałem napisać, że dla literatury w ogóle. Muszę jednak bronić stanowiska, że komiks dla dorosłych jest również gałęzią literatury, bo nie będzie chyba dla nikogo zaskoczeniem, że niektóre dzieła z gatunku powieści graficznej miażdżą fabularnie większość beletrystycznych miernot, a do tego komiks niesie ze sobą gigantyczny ładunek artystyczny. Odbiera tym samym nieco pola do popisu wyobraźni czytelnika, ale coś za coś, uczciwa wymiana. Poza tym niektórych potencjalnych czytelników jedynie spora ilość obrazków w książce jest w stanie przekonać do lektury. Albo dużo scen seksu, najlepiej wyszukanego i inspirującego. Chciałbym napisać, że V jak Vendetta ma obie te zalety, ale przykro mi – seksu tutaj jak na lekarstwo, muszą wystarczyć obrazki. Czyżbym właśnie utracił 3/4 zainteresowanych? Mogłem być przebiegły i tę informację zachować na koniec, kiedy i tak już wszystko jedno, ale czułbym się z tym okropnie.
Zresztą, kogo ja tutaj próbuję przekonać, przecież i tak wszyscy wiedzą lepiej, że książki są dla dorosłych, a komiks dla dzieci. Nawet ostatnio siedząc w poczekalni u dentysty widziałem na stoliku Komiks Gigant z Kaczorem Donaldem (fani kojarzą), ale nie odważyłem się po niego sięgnąć. To byłoby takie niedojrzałe z mojej strony, a ludzie patrzyli. Może przy kolejnej okazji się uda, wierzę w swoją silną psychikę. A potem Wam pięknie tego Giganta tutaj zrecenzuję. Byłoby ekstra.

Czytaj dalej „V jak Vendetta – Alan Moore, David Lloyd”

Strażnicy – Alan Moore, Dave Gibbons

straznicyBUM!, niespodzianka. Kojarzysz Strażników? Tak, chodzi o ten komiks. Właśnie. Będzie o komiksie, bo muszę się przyznać, że nigdy nie przestałem ich czytać i zawsze mnie fascynowały. Różnica między „wtedy” a „dziś” jest taka, że obecnie komiksy nie kojarzą się już (a przynajmniej nie powinny) z tymi uroczymi szmatławcami z lat 90-tych, które co miesiąc odkładała dla nas miła pani kioskarka. Obecnie komiksy zajęły należne im miejsce wśród małych dzieł sztuki i takich też wydań się doczekały. Twarde oprawy, świetny papier, nasycone kolory, przekłady w wykonaniu największych fachowców i, niestety, cena. Ale kurde, weź do ręki takie liczące czterysta stron tomisko, przekartkuj i pozwól się oczarować feerii barw. Polski czytelnik tego nie miał, polskiego czytelnika nie było na to stać, ale od pewnego czasu jest coraz więcej możliwości, by nadrabiać zaległości. Nieliczni korzystają, a reszta dalej żyje w przeświadczeniu, że komiksy są tylko dla dzieci. Tymczasem ja nasyciłem się Strażnikami, po lekturze zachciałem jakoś docenić dzieło Moore’a i Gibbonsa, przeszła mi przez myśl notka na blogu, a potem się zawahałem. Bom niewyedukowany w tej dziedzinie i pewnie wystawię się na śmieszność. Bo brak mi materiału porównawczego, by oceniać scenariusz, kreskę, kolory. Bo panny nie lecą na facetów czytających komiksy – dla nich to jedynie kolejny dowód na to, że mężczyźni są dużymi dziećmi (to akurat prawda). Jeszcze raz spojrzałem na pstrokatą okładkę Strażników, a tam napis: „powieść graficzna wszech czasów”. A, skoro powieść, to czuję się usprawiedliwiony. I w ogóle nie wiem, po co się tłumaczę.

Czytaj dalej „Strażnicy – Alan Moore, Dave Gibbons”

Po słowiczej podłodze – Lian Hearn

po slowiczej podlodzeI weź tu uwierz kobiecie. To miał być pierwszy tom trylogii nazywanej Opowieściami Rodu Otori, tak przynajmniej twierdziła autorka, która potem zmieniła zdanie i dopisała czwarty tom, bo kto jej zabroni. I teoria o trylogii poszła się kochać. Następnie, najwyraźniej zadowolona ze swojego niezdecydowania, zmieniła zdanie po raz kolejny i stworzyła tom piąty, zawierający tym razem wydarzenia poprzedzające te z wcześniejszych czterech. Jak to się mówi – prequel. I teraz nie wiem, bo póki miałem przekonanie, że całość liczy trzy książki, to byłem gotowy je przeczytać. Nagle okazuje się, że jest ich pięć i nikt nie da mi gwarancji, że zanim je przerobię, to nie powstanie szósta. Bo póki autorka żyje, kłamczucha jedna, to ja z pewnością jej nie uwierzę. W wyrazie protestu i zadzierania nosa postanowiłem, że drugiego tomu już nie przeczytam. Hearn z pewnością będzie srodze zawiedziona, ale nie dam się przebłagać. Decyzja była tym łatwiejsza, że Po słowiczej podłodze najzwyczajniej mnie rozczarowało jako powieść fantasy, bo za taką ponoć uchodzi, a im bardziej się zastanawiam, tym więcej wad dostrzegam. Bo choć dziele Hearn niewiele można zarzucić na gruncie stylu i kanwy, tak fabularnie kuleje wyraźnie, a oklepani jak pośladki prostytutki bohaterowie nie są w stanie wzbudzić większych emocji. Trochę szkoda, ale jednocześnie rozwiązuje to mój dylemat czy czytać dalej trylogię.

Czytaj dalej „Po słowiczej podłodze – Lian Hearn”

Para w ruch – Terry Pratchett

para-w-ruch,big,475141Dawno, dawno temu, w zamierzchłych czasach – gdy Internet był na impulsy i wymagał modemu, który podczas nocnego łączenia tak zgrzytał, mielił i trzeszczał, że budził śpiących domowników – w tych wspaniałych czasach zaliczyłem swój pierwszy raz w Świecie Dysku. Przygotowałem się do tego sumiennie, najpierw orientując się w chronologii serii i ostatecznie kupując w Tesco kieszonkowe wydanie pierwszego tomu. Dodam, że była to jedna z pierwszych książek, które kupiłem z własnej, nieprzymuszonej woli. Dziś czytam trzydziesty piąty tom. Piszę o tym dlatego, by nakreślić, jak ważną rolę w moim oswajaniu się na nowo z literaturą pełnił Terry Pratchett i jego Świat Dysku. Wpisy na tym blogu tego nie odzwierciedlają, bo nie mogą – nie sięgają tak daleko wstecz. Tym samym chciałbym coś ustalić: zadaniem tego wpisu nie jest przekonać świeżego czytelnika do przeczytania Pary w ruch, bo to jakby uczyć się alfabetu od litery R jak rabarbar. Trzydziesty piąty tom to już taki etap, że grono fanów jest solidnie wyselekcjonowane i nie sięgnie po niego przypadkowy Krzysztof (przy okazji przepraszam wszystkich przypadkowych Krzysztofów), więc prawdopodobnie już doskonale wiesz czego chcesz, a mój werdykt niczego w tej kwestii nie zmieni. To trochę takie słowa od fana, dla fanów, z automatu zawężające listę odbiorców, ale z drugiej strony zastanówmy się: czy cykl osiągający trzydziesty piąty tom może być słaby? No jasne, że może. Ale w tym przypadku nie jest.

Czytaj dalej „Para w ruch – Terry Pratchett”

Wszechświat kontra Alex Woods – Gavin Extence

Wszechswiat kontra Alex WoodsKsiążek o ogólnie pojętym dojrzewaniu przeczytałem już tyle, że chyba skończyły mi się anegdotki z własnego życia, którymi mógłbym ubarwić tę opinię, nadając jej tym samym jakiś osobisty szlif. A przynajmniej uległy wyczerpaniu te wspomnienia, którymi miałbym ochotę się podzielić, bo przecież nigdy nie wiadomo kto to czyta. I to wszystko wina pisarzy, że obierają sobie tak oklepany jak dywan na trzepaku temat. A tutaj jeszcze buńczucznie wieszczą na okładce: „Jedna z najlepszych powieści, jakie kiedykolwiek przeczytaliście!”. Przez chwilę, ale tylko przez momencik znów zastanowiłem się, kto pisze te slogany, jednocześnie nadając sobie prawo do tego rodzaju odgórnych założeń, za nic mając indywidualizm czytelników. Później pomyślałem, że nie no, skoro najlepsza, to muszę ją mieć, nie przystoi przecież inaczej. I takim oto sprytnym, bezczelnym od strony marketingowej sposobem na mojej półce stanęła ponoć jedna z najlepszych powieści, jakie kiedykolwiek przeczytałem, zanim jeszcze w ogóle ją przeczytałem. Mój optymizm i wiara w pozytywne rozwiązania wzięły górę i chyba całkiem trafnie pasuje do tej sytuacji jedno z życiowych mott tytułowego Aleksa: liczyłem na najlepsze, byłem przygotowany na najgorsze. W ogóle uważam tę dewizę za niezwykle udaną, chyba poszukiwałem jej od wielu lat i wreszcie jest. A nie jakieś tam carpe diem i wersy wyciągnięte z łzawych piosenek Bryana Adamsa.

Czytaj dalej „Wszechświat kontra Alex Woods – Gavin Extence”

W komnatach Wolf Hall – Hilary Mantel

w komnatach wolf hallDla mnie to niezrozumiałe. Przecież ja nigdy nie lubiłem historii, zawsze nużyły mnie wątki dotyczące kolejnych monarchów, a oni sami z czasem zaczęli zlewać się w mojej świadomości w jedną i mdłą bryłę bez wyraźnego kształtu. Nie odróżniałem królów angielskich od tych francuskich, czy hiszpańskich – jeden szrot. Tym większą tajemnicą dla mnie jest, że kolejny raz sięgam po powieść historyczną, a potem jestem trochę zawiedziony, że nie było w niej złego czarnoksiężnika, elfów, czy – nie wiem – smoka jakiegoś chociaż. Za to mamy XVI wiek, deszczową Anglię i władającego nią Henryka VIII z dynastii Tudorów. Zestaw o znacznie mniejszym potencjale i chyba jednak wolałbym ten pierwszy, ale trudno, co zrobić. Sam Henryk – z racji swojej imponującej kolekcji sześciu żon – już niejednokrotnie był bohaterem licznych dzieł literackich i filmowych. Nie zrozumcie mnie źle: może i był on dobrym władcą, zapewniał dobrobyt podwładnym, dawał im bezpieczeństwo i poczucie sprawiedliwości, wygrywał jakieś bitwy, modnie się ubierał, ale nadal przede wszystkim miał sześć żon. Łał. Kiedy jedna mu się znudziła, zmieniał ją na nową, często naginając przy tym prawo – jak bardzo odjazdowym trzeba do tego być? I nieważne, że wszystkie były albo jednakowo brzydkie, albo szesnastowiecznym portrecistom brakowało talentu. Liczy się wynik. Hilary Mantel była chyba świadoma, że każdemu wystarczająco zainteresowanemu historią czytelnikowi żywot Henryka VIII jest znany, postanowiła więc przemieścić nieco środek ciężkości wydarzeń, odsunąć się od Tudora i spojrzeć na wszystko z nowej, świeżej perspektywy. Kto udźwignie tego rodzaju ciężar? Oczywiście, że osobisty doradca monarchy i niezdzieralny wulkan energii w jednym: Tomasz Cromwell! Co? Że nie wiesz kto to? Uf, myślałem, że tylko ze mnie taki nieuk. Lepiej kojarzyć Natalię Siwiec znaną z tego, że jest znana, niż jakiegoś tam Krąłela, słuszna postawa.

Czytaj dalej „W komnatach Wolf Hall – Hilary Mantel”

Jonathan Strange i pan Norrell – Susanna Clarke

jonathan-strange-i-pan-norrellMagia może być pojmowana różnorako. Dla jednych magiem jest nastoletni okularnik, który machając gałęzią i wywrzaskując niezrozumiałe słowa sprawia, że dzieją się widowiskowe rzeczy, dla innych magiem jest menel spod sklepu, który niezależnie od głębi swoich długów, zawsze znajdzie parę groszy na alkohol. I kolejna flaszka ląduje na stole, jak biały gołąb z rękawa magika. Czarami można uznać zamianę wody w wino, performance w postaci spaceru po wzburzonym morzu, czy wstawanie po tym, jak się wisiało przybitym (dosyć skutecznie) do krzyża. Pomyśleć, że obecnie ponoć jest problem z przeżyciem kilku marnych lat w oczekiwaniu na operację w ramach NFZ. Istna magia i jakie czasy, takie czary, ale nie sposób zaprzeczyć, że mają one długą, urozmaiconą historię. Wspominam o tym nie bez kozery, wszak to właśnie magia będzie główną bohaterką lektury, którą zajmiemy się dzisiaj. Jednakże zwolennicy spektakularnych pokazów pełnych błyskawic, ognistych kul, fajerwerków, oślepiających błysków oraz szalonych czarnoksiężników mogą swoje oczekiwania pocieszająco objąć i razem z nimi opuścić lokal, bo zarówno Jonathan Strange jak i pan Gilbert Norrell specjalizują się w magii subtelnej – efektywnej, ale niekoniecznie efektownej. Są dżentelmenami postanawiającymi przywrócić sławę dawno zapomnianemu fachowi maga. Panie i panowie, magia wraca do Anglii.

Czytaj dalej „Jonathan Strange i pan Norrell – Susanna Clarke”