Doktor Jekyll i pan Hyde – Robert Louis Stevenson

doktor-jekyll-i-pan-hydeTytułowi panowie są znani i ogólnie kojarzeni, bo Stevenson najwyraźniej miał szczęście do tworzenia dzieł, które ponad wiek później będą przytaczane w wielu kontekstach. No dobra, może przesadzam, ale już jego Wyspa skarbów uchodzi za wzór powieści pirackiej, a i o dżentelmenach z omawianej nowelki również chyba każdy słyszał. Śpiewali o nich Borysewicz z Kukizem, jeszcze w czasach, gdy ten drugi życzył sobie być nagrywanym, bo teraz jest z tym różnie. O bohaterach dzieła Stevensona wrzeszczał także Michał Wiśniewski z Ich Troje, próbując tym sposobem wyrazić miłość i wytłumaczyć nieprzewidywalność swoich zachowań. Doktor Jekyll i pan Hyde to kanoniczna opowieść grozy, która przez ostatni wiek została przerobiona i adaptowana na chyba każdy możliwy sposób. Parodie, musicale, romantyczne komedie – praktycznie w każdym nurcie i każdej dziedzinie znajdzie się coś inspirowane skromnym objętościowo dziełem Stevensona. To z automatu daje nam jakieś pojęcie o jakości powieści, choć oczywiście jeszcze nie gwarantuje, że Doktor Jekyll i pan Hyde nam się spodoba jako lektura. Niezależnie od gustów wypada jednak oddać Stevensonowi co stevensonowskie, bo swoją nowelką grozy wywarł ogromny wpływ na kulturę, również tę w wersji pop-. Puszczenie w obieg tej opowieści wywołało efekt śnieżnej kuli, bo przez lata narastały wokół niej kolejne warstwy, adaptacje, ekranizacje, hołdy i obecnie kula ta jest tak ogromna, że nie sposób jej przegapić, a przynajmniej usłyszeć jak się toczy skrzypiąc przy tym złowieszczo.

Czytaj dalej „Doktor Jekyll i pan Hyde – Robert Louis Stevenson”

Władca Pierścieni – J. R. R. Tolkien

Wladca_Pierscieni_TolkienTaaak. Wróciłem po raz trzeci do Śródziemia, bo po tych kilku latach jakoś mi się tęskno zrobiło. Odżyły wspomnienia chwil, kiedy byłem tak okrutnie podekscytowany wchodzącą lada chwila do kin Drużyną Pierścienia, że dziesiątki razy kartkowałem nieistniejący już miesięcznik Cinema i podziwiałem wielkie zdjęcia z planu filmowego. Jarałem się jak pochodnia Gondoru. I to jest dla mnie trochę niezrozumiałe, bo przecież nie znałem jeszcze powieściowego pierwowzoru, ale już wtedy z siłą maczugi jaskiniowego trolla uderzała mnie magia płynąca z tych zdjęć, krajobrazów, kostiumów. Wychodzi więc na to, że dopiero zmotywowany nadchodzącą ekranizacją postanowiłem, iż najpierw muszę przeczytać książkę i do dziś lekturę trylogii Władcy Pierścieni wspominam jako moją największą literacką wyprawę i przygodę. Mapę Śródziemia analizowałem tak często, że prawdopodobnie na stałe wypaliła się w mojej wyobraźni i znam jej kształt, charakterystyczne punkty, a także przebieg wędrówki bohaterów. Na każdą część ekranizacji biegłem natychmiast do kina, a potem wielokrotnie powtarzałem seans z rozszerzonymi wersjami DVD. I ponieważ całkowicie ominęła mnie szajba Gwiezdnych Wojen (które lada chwila mogą zacząć rozmieniać się na drobne), więc osobiście uznaję, że (parafrazując klasyka): powrót jest tylko jeden i jest to Powrót Króla.

Czytaj dalej „Władca Pierścieni – J. R. R. Tolkien”

Pierwszych piętnaście żywotów Harry’ego Augusta – Claire North

pierwszych pietnascie zywotowA co by było, gdyby nasza śmierć nie niosła dla nas samych żadnych konsekwencji? W sensie: jak w grze, w której skucha i strata życia skutkuje jedynie rozpoczęciem zabawy od początku poziomu, z tą przewagą, że tym razem jesteśmy w stanie wyciągnąć wnioski z własnych błędów i nie popełnić ich ponownie. Jak to mówią: życie ciężka plansza, ale trzeba ją przejść i nieograniczona ilość prób byłaby znacznym ułatwieniem. Zresztą dyskusja o śmierci zawsze pełna jest przypuszczeń oraz pobożnych życzeń i jeśli dobrze się przyjrzeć to nasz zgon rzeczywiście nie niesie dla nas samych żadnych konsekwencji, bo trudno martwić się o rzeczy przyziemne będąc zakopanym na wieki pod ziemią (niezdzieralna klasyka pogrzebów, bo co z oczu – to z serca), albo będąc zredukowanym do roli pyłu (nowoczesna i coraz popularniejsza opcja – przynajmniej w tej odmianie). Skutków naszej śmierci nie odczujemy my sami, lecz nasza rodzina i bliscy, więc w jakimś sensie klawo jest być egoistą i samotnikiem, bo takim zapewne łatwiej umierać bez żalu. Naturalnie mogę się mylić w tych swoich nie do końca poważnych rozważaniach, ale jedynie opinia kogoś, kto umarł – najlepiej wielokrotnie i w różnym stylu, by miał porównanie – przekona mnie w stu procentach do zmiany opinii. Takim kimś zdecydowanie byłby Harry August, więc zobaczmy co ma nam do powiedzenia.

Czytaj dalej „Pierwszych piętnaście żywotów Harry’ego Augusta – Claire North”

Anglicy na pokładzie – Matthew Kneale

Anglicy_na_pokladzieNo dobra, napisałem cały akapit wstępu na temat najbardziej wyróżniającej cechy Anglików na pokładzie – czyli o grupie aż dwudziestu jeden tłumaczy pracujących nad przekładem – ale nie przeszedł on mojej prywatnej kontroli jakości, więc go w pizdu, skasowałem. I zacznę od nowa (a do kwestii przekładu wrócę później). Nie ma gwarancji, że drugim razem wyjdzie mi to lepiej, a nawet jestem prawie pewien, że wyjdzie gorzej i pojawią się pytania w stylu: gdzie tym razem się podziała weryfikacja jakości i skoro teraz jest tak kiepsko, to jak bardzo słabe musiało być pierwsze podejście? Ale nie doceni daru i pracy dowolnego pisarza ten, kto sam nie spróbuje napisać choćby notki na bloga i nie dostrzeże, jakie to bywa trudne i jak wymagające skupienia. Trochę samokrytyki również nie zaszkodzi, bo skoro chcesz mieć porządek na strychu, to zacznij od piwnicy. A teraz do rzeczy, bo nie przyszliśmy tutaj po prawdy o życiu w stylu Coelho, ani po moje prywatne i pożałowania godne rozterki. W zamian dostaniemy Anglików. I pokład. Po czym umieścimy pierwszych na drugim, co już nam da zalążek powieści marynistycznej, a może nawet przygodowej. Dzieło Kneale’a ma jeszcze innych bohaterów poza Anglikami i pokładem, ale od czegoś zacząć musiałem. To przypominało żmudne holowanie statku z zatoki na pełne morze. Teraz stawiam żagle i samo popłynie. No, prawie.

Czytaj dalej „Anglicy na pokładzie – Matthew Kneale”

Frankenstein – Mary Shelley

frankensteinBędąc jeszcze małym zasmarkańcem grałem na poczciwym Pegasusie w grę Frankenstein. Było to dzieło, które dzisiaj z powodzeniem uciągnąłby każdy kalkulator – tak zaawansowany poziom w dziedzinie grafiki i skomplikowania rozgrywki prezentowało. Strasznie kapuściarska gra, ale wtedy jedna z niewielu w moim zasięgu, więc grałem uparcie. Irytowałem się stale, a mój bohater umierał raz za razem, ale jednocześnie działała na mnie magia tytułu, jego groza (a gra była w jakimś stopniu przerażająca i rozpalała wyobraźnię dziecka). Koniecznie pragnąłem uratować tę dziewczynę porwaną przez Frankensteina, jednak nigdy mi się to nie udało. Kiedy dzisiaj uruchamiam tę grę na emulatorze, albo z nostalgią oglądam jej fragmenty na filmikach, to widzę, że było to wręcz niemożliwe (przynajmniej dla mnie). Co jednak najciekawsze i tym razem dotyczy już dzieła Mary Shelley to fakt, że twórcy gry powielili często spotykany nawet dzisiaj błąd – nazwali potwora Frankensteinem. Zresztą mam przeczucie, że nie było tam nikogo, kto w ogóle przeczytałby tę klasyczną powieść. Efekt był taki, że nasz skoczny chłopek zanim poskromił potwora musiał po drodze posiekać swoim mieczykiem m.in. Meduzę i hrabiego Drakulę. Wspomniany błąd w nazewnictwie jest tak powszechny, że prawie nikt nie zwraca już na niego uwagi i czy to w ramach skrótu myślowego, czy też wygody przyjęło się potwora określać nazwiskiem jego stwórcy. Ale ja przeczytałem powieść Mary Shelley i ruszam z krucjatą, by Wiktor Frankenstein odzyskał swoje nazwisko, a potwór sczezł bez imienia!

Czytaj dalej „Frankenstein – Mary Shelley”

Nick Cave. Chłopak z sąsiedztwa – Ian Johnston

zdj Nick CaveAle brzydal – stwierdziła moja mama, gdy ujrzała twarz Cave’a na okładce książki. No fakt, nie pomyślałem o tym, że bez wątpliwości z Nicka żaden piękniś, ale moja perspektywa patrzenia na niego jest zgoła odmienna i nie obejmuje dylematów w rodzaju: czy chciałbym się z nim całować. Nie, możecie mi nie wierzyć, ale nawet o tym nie myślałem. A nawet gdyby z jego strony taka propozycja padła, to nadal nie. Nie chciałbym również, gdyby był piękny. Jakoś nie uwzględniają tego moje fantazje. Co więcej, nie muszę nawet na niego patrzeć i chociaż śmiem nazywać się jego fanem, to nie mam nad łóżkiem plakatów Nicka, ani jego utworów ustawionych jako dzwonek telefonu. Za to słucham regularnie, bo jest w czym wybierać. Powiedzmy jednak, że nie jest moim celem zachęcenie nikogo do zapoznania się z dorobkiem muzycznym Cave’a, bo tego rodzaju rekomendacje to równie śliski grunt, co polecanie książek. Poza tym to nie jest odpowiednie miejsce. Niemniej pewnie nie uda mi się całkowicie wyeliminować licznych sugestii i już abstrahując od jakości tej biografii (bo tym tematem postaram się zająć przede wszystkim), twierdzę otwarcie, że wokalne i kompozytorskie dokonania Nicka Cave’a oraz jego kapeli warto znać. Napisałem to, a teraz postaram się rozgraniczyć wrażenia płynące z czytania o życiu wokalisty, od tych wynikających ze słuchania jego utworów. Czyli spróbuję wykrzesać z siebie tę namiastkę rzetelności i obiektywizmu, chociaż nie do końca, bo na dłuższą metę żadna z tego frajda.

Czytaj dalej „Nick Cave. Chłopak z sąsiedztwa – Ian Johnston”

Wyspa skarbów – Robert Louis Stevenson

wyspa_skarbowMoże nie wiecie, ale największy skarb Czarnobrodego nadal leży gdzieś zakopany. Naprawdę. To znaczy – tak twierdzą liczne źródła i w sumie fajnie jest w to wierzyć, choć niektórzy woleliby pewnie go wykopać (skarb, nie Czarnobrodego), tym bardziej, że dzisiaj byłby warty coś w okolicach sześciu milionów funtów. Starczyłoby na… nie wiem, na co by starczyło, ale pewnie na sporo rzeczy. Ekscytujące. Tymczasem głęboko zakorzenione we mnie dziecko nadal uwielbia piratów i ich morskie awantury. Takie jakieś pogodne i barwne wydają się te ich przygody: skąpane w błękitnych wodach otaczających wyspy karaibskie, zalane słońcem na bezchmurnym niebie. A że często przy okazji pełne krwi, dymu z wystrzałów armatnich i hałaśliwych abordaży? Cóż, każda praca ma swoje lepsze i gorsze chwile. Robert Louis Stevenson pewnie nie napisał pierwszej w dziejach powieści o piratach i pewnie nie napisał też najlepszej powieści o piratach. Ale niewątpliwie napisał najbardziej znaną piracką historię i moim psim obowiązkiem było się w końcu z nią zapoznać. Bo jakże to tak? Fan korsarskich przygód, a Wyspy skarbów nie czytałeś? Gdzie się podziało twoje poczucie wstydu, gdzie się podziała twoja godność człowieka i czytelnika? Więc – pozostając przy psich porównaniach – podkuliłem ogon, skomląc podreptałem cicho w kąt i tam dokonałem brutalnego abordażu na swój egzemplarz Wyspy skarbów.

Czytaj dalej „Wyspa skarbów – Robert Louis Stevenson”