Lincoln w Bardo – George Saunders

lincolnwbardoJa nie wiem, zachwycają się tym Saundersem od jakiegoś czasu, a będąc precyzyjniejszym, to od czasu, gdy ukazał się przekład Dziesiątego grudnia i polski czytelnik mógł na szerszą skalę zapoznać się z twórczością tego autora. Kiedy wszyscy byli już po lekturze, tu i tam było słychać brawa, a pośród aplauzu było nawet słychać pojedyncze okrzyki o kolejnym Królu Opowiadań. Iluż to mieliśmy tych monarchów i monarchiń krótkiej formy! Zapewne mogliby już założyć własne, autonomiczne państwo, a jego sąsiadem na mapie byłby prężnie rozwijający się kraj Nowych Królów i Królowych Skandynawskiego Kryminału, bo jego populacja stale rośnie, a berło codziennie jest w innych dłoniach. Przynajmniej sprawiedliwie. Opowiadania Saundersa miałem okazję czytać i muszę przyznać, że były całkiem niezłe, a niektóre wciągnęły mnie nawet bardziej, niż się spodziewałem. Ale w przypadku tej formy literackiej puentę mam zwykle taką samą: chętnie poczytałbym danego autora w wydaniu powieściowym, więc lepiej dla nich, żeby już zaczęli pisać. George Saunders z pewnością czytał moją poprzednią opinię i poczuł motywację, bo oto możemy cieszyć oczy jego powieściowym debiutem, w dodatku nie byle jakim, bo książka od razu zgarnęła Bookera i choć to zawsze pozostaje kwestią gustu, to jednak jest przynajmniej zwiastunem wyższej jakości. A to wszystko niewątpliwie dzięki mnie, więc nie ma za co, George.

Czytaj dalej „Lincoln w Bardo – George Saunders”

Dziesiąty grudnia – George Saunders

10-grudniaPisałem o tym już parokrotnie, ale gdyby ktoś nadal nie zauważył to oznajmiam ponownie, że opowiadania nie należą do mojego ulubionego gatunku literackiego. W zasadzie to nawet ich nie lubię i omiatam je jedynie wzrokiem podczas przeglądania nowości wydawniczych. Po prostu jakiś czas temu uznałem, że ze względu na ich krótką formę czytanie nie sprawia mi takiej przyjemności, bo zazwyczaj długo „wchodzę” w lekturę. A w przypadku opowiadań to wygląda tak, że kiedy już uda mi się zaangażować, to zaraz następuje koniec, zaczynamy nowe opowiadanie, a ty czytelniku wczuwaj się od nowa. Znacie to uczucie, gdy na dyskotece leci utwór, który wam się podoba, czujecie jego rytm, rozumiecie słowa, zaczynacie odpowiednio się poruszać, wchodzić w taneczny trans, a wtedy ten kutas w słuchawkach zwany didżejem robi wyciszenie i puszcza jakąś diskopolową abominację muzyki, gawiedź robi głośne ŁUUUU!, bo wreszcie leci coś, co doskonale znają, a wasz taniec robota przestaje mieć rację bytu i musicie wszystkie ruchy komponować od nowa? Nie znacie? Ja też nie, bo żaden ze mnie lew parkietu, a dyskoteki są zbyt głośne i nie w moim guście. Nie chcę ich w ten sposób krytykować oraz negować sensu ich istnienia, bo wielu ludzi uwielbia synchronicznie wywijać kończynami w rytm muzyki, ale po prostu osobiście źle się z nimi czuję. I podobnie jest z literackim gatunkiem zwanym opowiadaniami.

Czytaj dalej „Dziesiąty grudnia – George Saunders”