Władca Pierścieni – J. R. R. Tolkien

Wladca_Pierscieni_TolkienTaaak. Wróciłem po raz trzeci do Śródziemia, bo po tych kilku latach jakoś mi się tęskno zrobiło. Odżyły wspomnienia chwil, kiedy byłem tak okrutnie podekscytowany wchodzącą lada chwila do kin Drużyną Pierścienia, że dziesiątki razy kartkowałem nieistniejący już miesięcznik Cinema i podziwiałem wielkie zdjęcia z planu filmowego. Jarałem się jak pochodnia Gondoru. I to jest dla mnie trochę niezrozumiałe, bo przecież nie znałem jeszcze powieściowego pierwowzoru, ale już wtedy z siłą maczugi jaskiniowego trolla uderzała mnie magia płynąca z tych zdjęć, krajobrazów, kostiumów. Wychodzi więc na to, że dopiero zmotywowany nadchodzącą ekranizacją postanowiłem, iż najpierw muszę przeczytać książkę i do dziś lekturę trylogii Władcy Pierścieni wspominam jako moją największą literacką wyprawę i przygodę. Mapę Śródziemia analizowałem tak często, że prawdopodobnie na stałe wypaliła się w mojej wyobraźni i znam jej kształt, charakterystyczne punkty, a także przebieg wędrówki bohaterów. Na każdą część ekranizacji biegłem natychmiast do kina, a potem wielokrotnie powtarzałem seans z rozszerzonymi wersjami DVD. I ponieważ całkowicie ominęła mnie szajba Gwiezdnych Wojen (które lada chwila mogą zacząć rozmieniać się na drobne), więc osobiście uznaję, że (parafrazując klasyka): powrót jest tylko jeden i jest to Powrót Króla.

Nie wiem, czy jest sens bym się tutaj ścierał na temat fabuły, bo chyba każdy powinien znać jej ogólny zarys – jeśli nie z powieści, to przynajmniej z filmowej trylogii. W wielkim i najprawdopodobniej krzywdzącym skrócie chodzi o to, że w Śródziemiu istnieje Pierścień, który jest równie potężny co zły, więc trzeba go zepsuć, bo z takiego połączenia nigdy nie wynika nic dobrego. Ale ponieważ jest on jednocześnie magiczny, to i zniszczyć go niełatwo – topory się szczerbią, a rozgrzane do czerwoności piece kowali nie robią mu krzywdy. Sposób jest wyłącznie jeden: Pierścień należy wrzucić w ogień wulkanu, w którym wieki temu został wykuty. I tutaj pojawia się zasadniczy problem, bo wspomniany wulkan znajduje się w Mordorze (i tym razem nie chodzi o Górny Śląsk) – siedzibie Tego, którego imienia nie wymawiamy. Ale ponieważ ja się nie boję (bo nie mieszkam w Śródziemiu; gdybym mieszkał, to bym się trochę bał), więc nazywać rzeczy po imieniu mogę. Chodzi o Saurona, Czarnego Władcę, Nieprzyjaciela. Kolo jest tak zły i okrutny, że czapki z głów, ale ponoć łobuzy kochają najbardziej. Niemniej drużyna śmiałków rusza w stronę Mordoru z misją zniszczenia Pierścienia.

Śródziemie poraża swoim ogromem. I nie chodzi tutaj wyłącznie o skromną zawartość Władcy Pierścieni, ale całą ideę, która przyświecała Tolkienowi podczas tworzenia swoich dzieł. Wystarczy wspomnieć, że na zakończenie trylogii dostajemy ponad sto stron samych dodatków, które w pewien sposób starają się zarysować historię uniwersum: od gatunków je zamieszkujących, przez kronikarską historię, drzewa genealogiczne, języki, legendy. A przecież pozostałe dzieła autora są nierozerwalnie połączone mitologią Śródziemia i poznać ją w całości to pasjonujące zajęcie na długie lata. Tolkien czerpał inspirację z wielu źródeł, a to co z tej mieszanki powstało zasługuje na absolutny podziw, bo w niczym nie ustępuje mitologiom istniejącym od wieków. I można jego twórczość lubić bądź nie, ale za ten ogrom pracy i stworzenie świata, na którym niektórzy wzorują się do dziś należne są Tolkienowi liczne toasty.

Trylogia aż skrzy się od niezapomnianych momentów. Nadal pamiętam swoją pierwszą wyprawę w głębiny Morii i ten niesamowity nastrój jej towarzyszący. Przy każdym DUM DUM DUM moje nerwy drżały jak przy pierwszych obłapianiach z dziewczyną, a wydarzenia na moście pozostawiły mnie na długo w ciężkim literackim szoku. Podobnie rozpad drużyny, Helmowy Jar, Szeloba, szalone tempo zdarzeń pod murami Minas Tirith – te wszystkie największe, najbardziej znane chwile, które potrafią na zawsze zakotwiczyć się w pamięci, a przecież są jeszcze dziesiątki innych, mniejszych, subtelniejszych, niepozornych jak lembasy, ale równie sycących. Mógłbym do własnych odczuć z lektury podchodzić z pewną nieufnością, ale kiedy zdaję sobie sprawę, że na przestrzeni kilkunastu lat czytam trylogię po raz kolejny i nadal czerpię z tego ogromną satysfakcję, to nieufność zanika zastępowana przez przekonanie o wielkości dzieła, jego niezatapialności. To wszystko zaledwie moje spojrzenie, ale przecież moja opinia jest dla mnie najważniejsza.

Jeszcze krótko o ekranizacji, bo w moim odczuciu wręcz wypada o niej wspomnieć. Peter Jackson stworzył prawdopodobnie najlepszą ekranizację dzieła literackiego jaką mogli sobie wymarzyć fani Tolkiena i on sam (a z pewnością w grobie się nie przewrócił ani razu). Biorąc pod uwagę rozmiar, rozmach i gigantyczne oczekiwania, filmowy Władca Pierścieni pieścił źrenice kinowych widzów wtedy, a teraz nadal nie ma się czego wstydzić. Owszem, w sferze narracyjnej pojawiły się pewne pominięcia i uproszczenia, a niektóre fragmenty nieco pozmieniano, ale tak naprawdę nie skutkują one obniżeniem wartości żadnego z dzieł. Przyjemność z wychwytywania tych różnic zostawię każdemu z osobna, choć przyznam, że najbardziej u Jacksona intryguje podniesienie fabularnego znaczenia Arweny, która z kolei u Tolkiena pojawia się niezwykle rzadko, najczęściej leży i pachnie (dopiero dodatki rozwijają nieco jej wątek).

Panuje przekonanie, że jeśli czytać Władcę Pierścieni po polsku, to wyłącznie w przekładzie Marii Skibniewskiej. Cóż, moja opinia jest taka, że niezależnie w jakim tłumaczeniu, trylogia pochłania czytelnika z siłą wodospadu Rauros, bo nowsze wydania książek pozbyły się przykrych ułomności w rodzaju Łazika zamiast Obieżyświata i autorskie zapędy tłumaczy sprzed ery filmowej trylogii zostały ukrócone, a nazwy własne ujednolicone. Czytałem przekłady zarówno pani Skibniewskiej, jak i państwa Frąców i w moim odczuciu obyło się bez żadnych zgrzytów, a zaletą zmiany tłumaczenia przy wtórnej lekturze jest, że dostajemy niby to samo, ale nieco inaczej, więc polecam.

Czy Władca Pierścieni posiada jakieś wady? Z pewnością, choć darzę go intymnym uczuciem mimo to. Może więc uczepię się czegoś na siłę, bo krytyka ponoć sprzedaje się najlepiej. Nieco konsternuje mnie pewna teatralność w mowie i gestach postaci, choć zdaję sobie sprawę, że taki to już charakter powieści mocno nawiązującej do eposu herosów i legend. Bohaterowie często sobie śpiewają i przytaczają wiersze nawet w najbardziej podłych sytuacjach. Zdarza im się nawet w onirycznym uniesieniu biegać nago po trawie, więc od czytelnika wymaga się nieco wyrozumiałości. Poza tym sporo tutaj krajobrazów, którym Tolkien poświęca długie akapity, choć najwyraźniej nie wszystkie widoki na nie zasługują. Ogromną przewagę ma w tym przypadku ekranizacja, bo panoramy które nam tam funduje operator kamery to coś, obok czego nie sposób przejść obojętnie (Nowa Zelandia, ach…).

To już chyba wszystko, bo czułem się zobligowany do oddania hołdu Tolkienowi za Władcę Pierścieni i chwilami nie mogłem sobie wybaczyć, że nie ma o nim wpisu na tym blogu. Teraz już będzie. Jednocześnie zdaję sobie sprawę, że każdy słyszał o tym arcydziele (nie boję się użyć tego określenia, bo historia już to osądziła) i nie przyszedł tutaj po odpowiedź na pytanie czy warto. Odpowiem i tak, bo oczywiście, że warto. Choć zastanawiam się na ile w tym mojego sentymentu, więc najlepiej gdyby każdy ocenił to sam.

Reklamy

8 uwag do wpisu “Władca Pierścieni – J. R. R. Tolkien

  1. Borys pisze:

    Czytałem po raz pierwszy w przekładzie Skibniewskiej. Bardzo mi się podobało. Ale kilka lat temu przeczytałem jeszcze oryginał – i spodobało mi się mocniej, bo ku mojemu zaskoczeniu odkryłem, że o ile „Władca Pierścieni” to po prostu przygodowa powieść fantasy, o tyle „The Lord of the Rings” jest po troszę powieścią, a po troszę eposem. W tłumaczeniu przepadła niestety lwia część „eposowatości”. Ta irytująca Cię teatralność jest z pewnością jej zagubioną resztką.

    1. Tak jak piszę: czepiałem się trochę na siłę, bo Władcę darzę bezwarunkowym uczuciem i sam byłem poniekąd ciekawy, czy uda mi się w trakcie pisania tej opinii odnaleźć w nim jakieś wady. Natomiast w kwestii „zaginięcia w przekładzie” o którym piszesz, to pytanie jakie należy postawić brzmi: czy to dobrze, czy źle, że przygoda wyparła epos? Ja chyba się cieszę z takiego obrotu spraw, bo nie sądzę, bym wtedy, jako nastoletni czytelnik docenił „eposowatość” Władcy, tak jak doceniłem i pokochałem jego przygodowość. A to właśnie wtedy narodziło się uczucie i gdyby wówczas nie zazębiło, to nie wiem czy potrafiłbym podejść do trylogii ponownie po latach, będąc dojrzalszym. Najwyraźniej bardziej przygodowy znaczy bardziej uniwersalny, z niższym progiem wejścia.

  2. Misza pisze:

    Zgadzam się z Borysem. Kiedy przeczyta się „Powieść nad powieściami” w oryginale widać wtedy jak dowolne tłumaczenie w pewnym sensie razi teatralnością. Z jednej strony w oryginalne jak słusznie zauważono jest czuć większą „eposowatość” tudzież epickość całego dzieła (w odniesieniu do Władcy… zwrot epicki jest jak najbardziej na miejscu zarówno w języku polskim jak i angielskim) z drugiej język oryginału jest bardziej naturalny, choć nieco archaiczny (archaizm języka jest łagodzony kiedy angielski jest drugim językiem – i tak trzeba sprawdzać lub się domyślać znaczenia wielu słów). Natomiast polskie przekłady (oraz ekranizacja!) są mocno teatralne chyba przede wszystkim dlatego, że są sztucznie archaizowane na dawny język. Do tego wydaje mi się, że w polskim tłumaczeniu spłaszczono nieco język poszczególnych bohaterów ciągnąc go w górę (w kierunku bardziej literackiego języka). W oryginale jak na dłoni widać różnicę np. w mowie Froda będącego wykształconym szlachcicem i Sama – bądź co bądź – zwykłego parobka. Podobnie, złośliwości Gandalfa i jego cięty język zostały mocno wygładzone. Na całości ciąży okoliczność, że autor nie był jakimś tam pisarzyną a szanowanym, znanym i cenionym profesorem literatury, który fenomenalnie posługiwał się językiem. Ciężko oddać to jednoznacznie słowami warto przeczytać oryginał – choć nie jest to łatwe zadanie (np. ja opisów natury chyba w połowie w ogóle nie zrozumiałem – sprawdzanie znaczenia kolejnych kotlin, parowów, dolin, grań itp.jest bardzo męczące).

    1. Nie wiem, czy mógłbym coś dodać, ale chyba nic, bo nie mam takiego porównania, a staram się nie wypowiadać na tematy, o których nie mam pojęcia. Nie zawsze mi to wychodzi, ale to już inna dyskusja. W takim razie podziękuję tylko za ten ważny komentarz i cieszy mnie spostrzeżenie, że opisy przyrody bywają trudne do przebrnięcia zarówno w przekładzie, jak i oryginale. Choć to zaledwie pyłki na diamencie.

  3. Agnes pisze:

    Jakże się cieszę, że taki wpis u Ciebie znalazłam. Bo chyba odnalazłam w nim kawałek siebie – zachwycona filmem sięgnęłam po książkę, przeczytałam i od tego czasu Władca Pierścieni był mój. Fizycznie na półce, a także zagnieżdżony w sercu.
    Bardzo dziękuję.

    1. Ależ to profesorowi Tolkienowi należy dziękować ;) Ale trzeba przyznać, że ekranizacje zrobiły wiele dla ogólnej rozpoznawalności Władcy Pierścieni, a pewnie wielu również przekonały do lektury.
      Przy okazji – wiedziałem, że gdzieś je znajdę w piwnicy. Wspomniane w tekście czasopismo Cinema, plus miesięcznik Film, bo wtedy czytałem wszystko, co zawierało jakikolwiek artykuł o WP.


      Nostalgia! ;)

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s