Życie instrukcja obsługi – Georges Perec

zycie-instrukcja-obslugi-b-iext3713757Nie będę ukrywał, że najprawdopodobniej nie zrozumiałem tej książki w całej jej rozciągłości. Nie to, że jest jakaś wybitnie wymagająca w dziedzinie narracji czy języka, ale najwyraźniej przed przystąpieniem do lektury niezbędne jest, by czytelnik popełnił pewne przygotowania. Perec stworzył tę powieść i oparł jej przebieg o jakieś algorytmy ruchowe konika szachowego (gdzie umowną szachownicą jest przekrój kamiennicy, w której mieszkają bohaterowie), a cała forma Życia instrukcji obsługi jest ściśle określona matematycznymi wzorami (ilość stron, rozdziałów i takie tam). Taki to eksperyment literacki (zresztą nie pierwszy dla Pereca, ale o tym napomknę później) i ponoć książka znacznie zyskuje na odbiorze, jeśli wcześniej poznać jej koncepcję oraz zakulisowe ustalenia autora. Ale przeczytałem, że „matematyczne” i dałem sobie spokój, bowiem w zakresie Królowej Nauk nie jestem – dyplomatycznie rzecz ujmując – orłem, więc w moim przypadku takiego rodzaju rekonesans przed lekturą mógłby przynieść odwrotny skutek i jedynie mnie zniechęcić. Poza tym nie bardzo rozumiem: co to za zabiegi? Ja chcę po prostu przeczytać powieść, a nie dokształcać się do niej jak do egzaminu, aby móc w pełni czerpać przyjemność. A co jeśli mimo wszystko książka mi się nie spodoba, rzucę ją po stu stronach i paradoksalnie okaże się, że przygotowania zajęły mi więcej czasu, niż sama lektura? Rozumiem chęć dodatkowego zakręcenia się wokół dzieła PO lekturze – bo mi się spodobało i z rozkoszą poznam okoliczności jego powstania oraz zgłębię poruszaną tematykę, ale PRZED? Niech się powieść broni bez tego, rzekłem, po czym zacząłem czytać.

I natychmiast zostałem przysypany kontenerem detali. Perec podjechał na wstecznym ciężarówką i wykopyrtnął na mnie całą wywrotkę szczegółów, bo Życie instrukcja obsługi to w gruncie rzeczy zatrzymana w kadrze opowieść. A wiadomo jak to jest ze statycznymi obrazami – ich wielką siłą może być wspomniana szczegółowość, chyba że nazywasz się „późny Picasso” i możesz sobie pozwolić na dowolną konfigurację różnokolorowych figur geometrycznych, a płótno z nimi i tak zostanie uznane za arcydzieło sztuki. Perec Picassem literatury jednak nie jest, więc proponuje on nam odwiedziny w kolejnych mieszkaniach budynku numer 11 przy ulicy Simon-Crubellier, gdzie winda zwykle bywa popsuta; mieszkaniach zatrzymanych w czasie, pozbawionych jakiegokolwiek ruchu; mieszkaniach, które utknęły w danym momencie na linii czasu. Ten swoisty bezruch pozwala autorowi pławić się w detalach i wyczerpująco opisywać kolejne pokoje, ich umeblowanie, zastygłych w niewyszukanej pozie mieszkańców, ich odzież, osobiste przedmioty, a nawet obrazy i fotografie na ścianach, które również są opisywane drobiazgowo. Obraz w obrazie, jakby szkatułkowość i wyższa sztuka zgłębiania kadru.

Nie jestem pewien, czy czytałem kiedyś powieść w większym stopniu opartą na opisach i szczegółach. Tych w dziele Pereca jest istny ocean, bo najwyraźniej autor sobie postanowił zobrazować wszystko. Dowiemy się co przedstawia pejzaż na półmisku, który stoi na komodzie jednego z mieszkańców, a także przekonamy się co widnieje na okładce czasopisma, które leży gdzieś obok niezaścielonego łóżka. Przyjdzie nam podziwiać liczne malowidła ścienne, obrazy, ryciny, figurki i rzeźby, okładki książek, fotografie. Tak jakby Perec chciał słowami opisać malarskie dzieło. Co ważne, czasem za opisem danego przedmiotu, portretu czy napaćkanego na płótnie krajobrazu podąża dygresyjna historia, ale nie zawsze – niektóre szczegóły pozostają po prostu szczegółami bez związku. Z poziomem tych pobocznych opowieści bywa różnie i część z nich czyta się namiętnie, a podczas lektury innych trzeba ostro walczyć z zamykającymi się powiekami. Perec przytacza historie wszelakie w rodzaju tych o naczyniu, w którym podobno znajdowała się krew Chrystusa, czy też obszerną kryminalną zagadkę i opowieść o zemście zarazem (ta zostawia czytelnika pod sporym wrażeniem, przyznaję).

Nie chciałbym w tym miejscu nieco zakłamywać odbioru tej powieści, bo żywe, pobudzające i burzliwe fragmenty stanowią jej margines. Przez większość treści Perec skupia się na żmudnym detalizmie (nawet nie wiem, czy jest takie słowo – edytor podkreśla mi na czerwono, ale jebać go, YOLO i zostawiam), a jedyne na co go stać, to podzielenie się z nami historią danego mieszkania. Często mało porywającą, czasem melancholijną, ale większość z nich utkwi nam w głowie najwyżej na kilkadziesiąt stron. Autor ma swoje odpały, nie zawsze w pełni zrozumiałe, czasem nużące, ale trzeba jednak przyznać, że jak na 600 stron, to rzadko kiedy daje się on beznadziejnie porwać swojemu przywiązaniu do szczegółów aż tak mocno, by było to niestrawne dla czytelnika. Choć przypominam sobie fragment, gdy moja cierpliwość została wystawiona na ogromną próbę i przez chwilę Pereca znienawidziłem. Mam na myśli opis zawartości piwnicy Altamontów i nie wiem czy istnieje ktoś, kto przeczytał wszystkie te nazwy win sumiennie – ogromnie nie znoszę takich zagrywek, bo czuję, że robi się ze mnie głupka niebezpiecznie naginając moją cierpliwość. To ogólna przypadłość tych wszystkich wyliczanek, które nie mają zamiaru się skończyć – najczęściej czytając koniec zbioru już nie pamiętam, czego on dotyczył. Szczęśliwie to w zasadzie sporadyczne wybryki autora, choć o takich najtrudniej zapomnieć.

Chciałbym, aby Życie instrukcja obsługi miało jako powieść jakiś wspólny kręgosłup: jakąś główną oś trzymającą te wszystkie historie, opisy i dygresje w ryzach. Niby jest obecny wątek puzzli, ale nie mam poczucia, by był szczególnie wiodącym i wiążącym. Ten brak spoiwa zaczął mi dotkliwie doskwierać już jakoś w połowie książki, kiedy powiedziałem sobie: no, jeśli z tej książki ma być COŚ, to jest ostatni moment! Bez większych problemów dobrnąłem do końca, ale im dalej, tym cichsze echo tych słów słyszałem w głowie. Nie było momentu i nie było CZEGOŚ. Perec w moich oczach sprawia wrażenie eksperymentatora formą, ale już niekoniecznie treścią. Bo gdyby ktoś chciał wiedzieć, to wcześniej napisał on powieść, która nie zawierała w treści literki e (La Disparition). Bo i po co. A potem napisał powieść, w której e była jedyną użytą samogłoską (Les Revenentes). Najwyraźniej typ uwielbiał komplikować sobie życie pisarza.

Tak jak wspomniałem na początku: najprawdopodobniej moja opinia wypadnie prostacko dla kogoś, kto Pereca zgłębił i poznał bliżej, ale piszę ją z perspektywy świeżaka: tu i teraz, po pierwszej lekturze. Problem w tym, że nieszczególnie mam chęć na drugie, ambitniejsze podejście. I zrozumiałe staje się dlaczego Perec na zawsze utkwił w pewnej niszy literackiej.

Reklamy

2 uwagi do wpisu “Życie instrukcja obsługi – Georges Perec

  1. Agnes pisze:

    Próbowałam. Przeczytałam dwieście stron z siedmiuset i zamknęłam z trzaskiem książkę. Jazda z mikroskopem po mieszkaniach nie zastąpi akcji.

    1. No tak, ta powieść ma wiele takich fragmentów wystawiających cierpliwość czytelnika na ciężką próbę. Choć odrobina „akcji” (na miarę możliwości) też się gdzieś pomiędzy znajdzie. Ale ogólnie to w zupełności Cię rozumiem.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s