Władca Pierścieni – J. R. R. Tolkien

Wladca_Pierscieni_TolkienTaaak. Wróciłem po raz trzeci do Śródziemia, bo po tych kilku latach jakoś mi się tęskno zrobiło. Odżyły wspomnienia chwil, kiedy byłem tak okrutnie podekscytowany wchodzącą lada chwila do kin Drużyną Pierścienia, że dziesiątki razy kartkowałem nieistniejący już miesięcznik Cinema i podziwiałem wielkie zdjęcia z planu filmowego. Jarałem się jak pochodnia Gondoru. I to jest dla mnie trochę niezrozumiałe, bo przecież nie znałem jeszcze powieściowego pierwowzoru, ale już wtedy z siłą maczugi jaskiniowego trolla uderzała mnie magia płynąca z tych zdjęć, krajobrazów, kostiumów. Wychodzi więc na to, że dopiero zmotywowany nadchodzącą ekranizacją postanowiłem, iż najpierw muszę przeczytać książkę i do dziś lekturę trylogii Władcy Pierścieni wspominam jako moją największą literacką wyprawę i przygodę. Mapę Śródziemia analizowałem tak często, że prawdopodobnie na stałe wypaliła się w mojej wyobraźni i znam jej kształt, charakterystyczne punkty, a także przebieg wędrówki bohaterów. Na każdą część ekranizacji biegłem natychmiast do kina, a potem wielokrotnie powtarzałem seans z rozszerzonymi wersjami DVD. I ponieważ całkowicie ominęła mnie szajba Gwiezdnych Wojen (które lada chwila mogą zacząć rozmieniać się na drobne), więc osobiście uznaję, że (parafrazując klasyka): powrót jest tylko jeden i jest to Powrót Króla.

Czytaj dalej „Władca Pierścieni – J. R. R. Tolkien”

Reklamy

Król z żelaza – Maurice Druon

krol z zelazaNo, Filip IV Piękny to jest pseudo. A nie jakiś Laskonogi, czy inny Łokietek. Kto to w ogóle wymyśla? Dlaczego ktokolwiek na to przystaje? Nie jestem ekspertem w dziedzinie władania królestwami, nie jestem nawet amatorem w tej dziedzinie, ale gdybym już siedział na tronie, to dla przykładu kazałbym ściąć każdego, kto nazwałby mnie Plątonogim, albo Laskonogim, bo blichtru w tym niewiele, brzmi raczej jak ksywa z boiska. Chyba że taki jest warunek panowania. No wiesz – dostaniesz tron, berło, odziejemy cię w norki, zorganizujemy płodną żonę i kilka kochanek, zameczek jakiś, w którego korytarzach hula wiatr, cholernie ciężki dwuręczny miecz (bo przecież królowi nie wypada machać byle szabelką), wyszkoloną przyboczną straż ci damy i worki złotych gadżetów, ale jest jeden szkopuł – będą mówić na ciebie Krzywousty, przykro mi, nic na to nie poradzimy. To jak, wchodzisz w to?
Jak to dobrze, że teraz jest jakoś prościej. Jesteś gruby, to wołają na ciebie Gruby. Na rudego każdy woła „ej, Rudy, chodź na wódkę!”, łysego nikomu nie przyjdzie do głowy ochrzcić Siwym, czy Czarnym, ale już „cześć Łysy” jest jak najbardziej na miejscu. Trzeba przyznać, że mało to nowatorskie i jeszcze mniej twórcze, ale najwyraźniej głupie przydomki wyszły z mody.
Dobra, ale o czym to mieliśmy? A, „Król z żelaza”, okej, okej.

Czytaj dalej „Król z żelaza – Maurice Druon”

Koniec Wieczności – Isaac Asimov

koniec-wiecznosciMoje zaskoczenie nie było jakieś ogromne, gdy okazało się, że Isaac Asimov jest (a w zasadzie był, bo żył, żył i umarł) amerykańskim pisarzem. Przecież to takie amerykańskie imię i nazwisko. Gdzieś tam w tle majaczy niby rosyjskie pochodzenie autora, ale mnie już nic co ma związek z Rosją nie zadziwi i nic nie uznaję za pewnik. Wzruszeniem ramion skwitowałem więc fakt, iż Depardieu jest Rosjaninem, a Asimov był Amerykaninem o dosyć niecodziennej ni to fryzurze, ni to zaroście (sam nie wiem, jak to nazwać, ale przyznam, że czuję się zaintrygowany). Jednak to właśnie dzięki niemu przypomniałem sobie, jak bardzo lubię temat podróży w czasie, jej paradoksów i moc wyobraźni, którą trzeba zaangażować, by nadążyć za wydarzeniami w przeszłości, a mającymi wpływ na przyszłość. Niby nic odkrywczego, oklepane schematy i odwieczne pytanie, czy jeśli w przeszłości zabiję swojego dziadka to przestanę istnieć, ale jednocześnie to wszystko nieustannie fascynuje. I nie, nie sądzę, by swobodne podróżowanie w czasie było możliwe, ale od czego mamy fikcję naukową, jeśli nie od tego, aby rzeczy niemożliwe prezentowała w formie, w którą gotowi jesteśmy uwierzyć.
A tak, teraz mi się przypomniało – to się chyba bokobrody nazywa. Śmiesznie.

Czytaj dalej „Koniec Wieczności – Isaac Asimov”