Ziemiomorze – Ursula K. LeGuin

ziemiomorzeI tak sobie z łatwością oraz bez zastanowienia dodaję kolejne pozycje do listy o zobowiązującej nazwie „muszę przeczytać”. Problem leży w tym, że jej długość systematycznie rośnie: że za często dopisuję książki (bo to nie wymaga poświęcenia i czasu), a zbyt ślamazarnie je czytam (bo to już wymaga). Z wolna próbuję więc się godzić z faktem, że i tak nie zdążę przed śmiercią przeczytać wszystkiego co sobie zaplanowałem – to ta negatywna strona mojego (i zapewne nie tylko mojego) położenia. Jednak patrząc pozytywnie można stwierdzić, że przynajmniej do końca życia nie zabraknie mi książek do przeczytania i tej entuzjastycznej wersji trzymajmy się na torturach. Cykl o Ziemiomorzu z urzędu znalazł się na wspomnianej liście, bo Ursula LeGuin jest przez fanów fantastyki wymieniana jednym tchem z innymi tuzami gatunku – że klasyk, że och, że ach, że wstyd nie znać. A ja oczywiście łykam to jak foka śledzie, po czym rzucam wyzwanie książce i liczę, że ta sprosta moim wymaganiom, bo przecież musi. LeGuin męczyła się i pociła nad tym cyklem przez ponad trzydzieści lat, więc tempa nie miała jakiegoś zatrważającego, bo jeden (niegruby) tom wypluwany co pięć lat na nikim wrażenia nie robi. I choć ta informacja nie powinna podlegać ocenie, to jednak pozwala ona wysnuć jakieś wnioski i sugeruje, że od Ziemiomorza należy spodziewać się przemyślanej, nieśpiesznie przygotowanej oraz rozbudowanej struktury. Może uda się też przy okazji prześledzić progres LeGuin jako pisarki. W zasadzie muszę niezręcznie przyznać, że zanim zacząłem lekturę, to wydawało mi się, że autorka od wielu lat już nie żyje. Tymczasem okazuje się, że chęci do życia pani LeGuin nie brakuje, ale dzisiaj to nie zadziała na jej korzyść, bo zamierzam być bezlitosny. Ponoć o zmarłych nie mówi się źle, skoro jednak wszyscy zdrowi, to nikogo nie będziemy oszczędzać.

Wyobraź sobie bezkresne morze i rozrzucone na nim skrawki ziemi – archipelagi wysp na ciągnącym się przez tysiące mil błękicie wody. To właśnie tytułowe Ziemiomorze, uniwersum, które wymyśliła sobie LeGuin. Krajobraz niepowtarzalny i nie będę ukrywał, że z łatwością się do niego przekonałem – spodobały mi się jego założenia i nastrojowość w dużej mierze oparta na żeglarskim życiu. Wilk morski ze mnie żaden, ale lubię przestrzeń, a tej tutaj pod dostatkiem. W Ziemiomorzu swoją obecność zaznacza również magia, bo nie może być inaczej, w końcu to fantasy. Każdy byt, każda rzecz, każdy człowiek ma tutaj oprócz nazwy użytkowej, swoje imię w pradawnej Mowie Tworzenia – języku tak starym, że dajcie spokój. Jest to też najpilniej strzeżona tajemnica osobista, bo jeśli ktoś wrogo nastawiony pozna twoje Imię, to zyskuje tym samym bezwzględną władzę nad tobą. Słowem, prawdziwe Imię jest tu wszystkim – coś jak znajomość hasła na czyjeś konto Fejsbuka. No i rzecz oczywista, skoro jest magia, to muszą być też czarodzieje, czarownicy, wiedźmy – wszyscy ci, którzy są zbyt leniwi, by zająć się uczciwą pracą. Jednym z nich, którego poznajemy już w pierwszym tomie jest Ged (imię użytkowe Krogulec), trochę pyszny, momentami zawistny młodzieniec, adept czarnoksięstwa, który udaje się do Hogwartu na wyspę Roke, by nauczyć się władania magią i przy okazji dostać prawdziwą lekcję życia. To właśnie tam zostaje mu utarty nos (i nie tylko), po czym do młodego Geda dociera fakt, że wielka moc wiąże się z wielką odpowiedzialnością, że magia nie służy do zabawy i popisów, a równowaga natury jest czymś, z czym nie należy igrać (efekt motyla się kłania), bo każde życie ma swoją śmierć, bo ying musi mieć swoje yang, a Kulfon swoją Monikę. I tak z początku niesympatyczny Ged pokornieje, pozwala się polubić, a przy okazji zaczyna gonić też własny Cień i rozmawiać ze smokami. Takie tam przygody.

Dalsze tomy systematycznie powiększają wachlarz dostępnych postaci pierwszoplanowych, niestety zazwyczaj na wskroś dobrodusznych i choć nie mogę tego zakwalifikować jako wadę, to brakowało mi pewnego urozmaicenia. Jest więc Tenar, wyciągnięta z Grobowców Atuanu, której przeznaczeniem było zostać Największą Kapłanką, ale póki co zajmowała się bieganiem na bosaka po katakumbach i zaśmiewaniem się do utraty tchu wspólnie z pyzatą przyjaciółką Penthe. Jest młody Arren, który wyrusza w przygodę życia wraz z Gedem, w tym czasie już najpotężniejszym magiem w Ziemiomorzu. Młokos nie ustaje w zadawaniu pytań czarodziejowi (bo nudy tak płynąć tygodniami), a ten zamiast odpowiadać zrozumiale, to bawi się w słowne zagadki i metafory od dobru, złu, odpowiedzialności, równowadze, przeznaczeniu, że aby ujrzeć płomień świecy, należy zanieść ją do ciemnej komnaty. Znamy już to wszystko, czarodzieje zawsze i wszędzie są tacy niekonkretni i niejaśni, choć w Ziemiomorzu akurat na głowę biją ich smoki – te to w ogóle mają gadkę upośledzonych werbalnie i czasem nawet nie warto próbować ich zrozumieć. Ale mimo to jako stworzenia prezentują się wspaniale oraz imponująco i oddaję to LeGuin – dobra robota. Kończąc już ten akapit należy wspomnieć jeszcze o Tehanu, która ma poważne powody, by być aspołeczną dziewczynką, ufającą jedynie nielicznym. Budzi ona w czytelniku opiekuńcze uczucia, ale łatwo też rozgryźć, że kryje się w niej nierozpoznana jeszcze moc. Dlatego lepiej być jej przyjacielem, niż wrogiem.

Wszystkie pięć tomów (plus szósty, zawierający zbiór opowiadań) układają się w chronologiczny ciąg zdarzeń, choć poszczególne wątki dzielą zazwyczaj spore luki czasowe. Ged w pierwszym tomie jest nieopierzonym młodzieńcem, w trzecim poznajemy jego dojrzałą naturę mężczyzny w sile wieku i u szczytu potęgi czarnoksięstwa, ale już kolejny tom subtelnie muska starość bohatera i spokojne, wiejskie życie, któremu postanawia się oddać zamieszkując wraz z Tenar. Na pocieszenie pozostaje fakt, że właśnie wtedy Ged wreszcie staje się mężczyzną, bo w izbie jest tylko jedno łóżko, jeśli wiecie, co mam na myśli. No właśnie – spokojne, wiejskie życie, bo LeGuin przede wszystkim pochyla się nad psychologią postaci, wpycha im w usta filozoficzne hasła, stawia bohaterów w sytuacjach, w których muszą oni szukać własnego ja. Nawet kiedy ruszają oni w zapowiadającą się na ekscytującą i pełną przygód wyprawę, to na końcu okazuje się, że w zasadzie było nudno. Może bluźnię, ale cykl o Ziemiomorzu wydaje mi się polem do popisu dla zwolenników analizy oraz zgłębiania psychiki bohaterów i to jest dobre, z tym, że amatorzy emocjonujących momentów, nagłych zwrotów akcji i podniecających rozwiązań  nie mają tutaj zbyt wiele do szukania. Taki rozkład akcentów powoduje, że często pojawia się senność oraz rozleniwienie. Osobiście kilka razy poczułem pragnienie, by wydarzyło się coś spektakularnego, ale w tym temacie jest niestety biednie.

Połechtani poczują się za to czytelnicy przepadający za wewnętrznymi dylematami bohaterów, za badaniem ich tożsamości oraz tłumionej wewnątrz zwierzęcej natury, za filozofią, psychologią społeczną i subtelnościami. Oczywiście ja też lubię te elementy, ale mam poczucie, że nie takiego ich natężenia oczekiwałem po fantastyce. Połączenie zgrabne, ale nieproporcjonalne. Mam też wrażenie, że LeGuin zadowoliła się klasycznymi wzorcami gatunku i nie postarała się o własne elementy w tej sferze. Zdaję sobie sprawę, że to właśnie ona w dużej mierze tworzyła te wzorce i podstawy, ale jako współczesny czytelnik liczyłem jednak na coś niebanalnego, choćby czasem. Jest magia, są czarodzieje, są też smoki, najwyraźniej autorka uznała, że tyle wystarczy, ale chciałoby się coś niepowtarzalnego, coś oryginalnego, samo Ziemiomorze jako urocze miejsce akcji to trochę za mało. Zamiast tego są nam wpajane prawdy życiowe, jak ta, że nieśmiertelność jest bezwartościowa, bo odbiera bezcenność każdej chwili. Że niby pięć ciastek smakuje lepiej, bo jest ich tylko pięć. No sam nie wiem.

Być może mój problem leży w tym, że cały cykl przeczytałem bez sentymentów i cięgiem. Być może powinienem robić przerwy, urozmaicać lekturę czymś innym między tomami, bo o ile każdy z nich jest co najmniej dobry, tak pochłaniane jeden za drugim mocno mnie znużyły. Pomału miałem już dosyć tej stale chwiejącej się równowagi w Ziemiomorzu, tej wciąż zapowiadanej przez Geda „nadchodzącej zmiany”, tych proroczych snów bohaterów (bez kitu, tam każdemu musi się przyśnić coś wielkiego i zagadkowego zarazem), tego wiejskiego życia z dojeniem kóz, tej grożącej światu zagłady. A po jej zażegnaniu kolejnej zagłady, która mu za chwilę zagrozi.

Wygląda na to, że w cyklu o Ziemiomorzu została zachwiana równowaga między sferą duchową a napędzającymi akcję wydarzeniami. Osobiście boleśnie to odczułem.

Reklamy

10 uwag do wpisu “Ziemiomorze – Ursula K. LeGuin

  1. Hm… Le Guin czytałam „Lewą rękę ciemności” i tak średnio mi przypadła do gustu. Niby taka klasyka, a jednak czegoś brakowało. Może to faktycznie marudzenie współczesnego czytelnika na brak zapierającej tchu akcji i twistów pod koniec każdego rozdziału? Nie jestem pewna, ale wiem, że również niedosyt odczułam.
    A do „Ziemiomorza” mam zamiar zajrzeć jeszcze w tym dziesięcioleciu, więc trzymam za siebie kciuki :D

    1. Problem współczesnego czytelnika polega chyba na tym, że obecnie ma on znacznie szerszy i ciekawszy wybór w gatunku. Większa różnorodność, więcej przekładów, łatwiejsza dostępność i nie trzeba tak jak na początku lat 80-tych (wtedy ukazało się pierwsze tłumaczenie „Czarnoksiężnika z Archipelagu”) stać w kolejce księgarni, by zakupić jakąkolwiek książkę (zgaduję, że tak było). Bo prawda jest taka, że obecnie mamy wiele ciekawszych powieści (nie, nie będę wymieniał tytułów, bo to kwestia indywidualna), z lepiej poprowadzoną fabułą, ciekawszymi bohaterami, intensywniejszych a przynajmniej nie działających nasennie.

  2. Kot i jego Ania pisze:

    W nurcie fantastyki Le Guin rzeczywiście wybija się w tym tłumie nierzadko infantylnych książek, może dlatego ludzie tak ochują, achują i wrzucają do wora „must read”. Z „Ziemiomorza” polubiłam dosyć mocno dwie pierwsze części. Podobało mi się tłumaczenie Barańczaka, pozostałe raczej odbiegają od pierwszego tomu.
    Książki z cyklu „Ekumena (Hain)” są mniej patetyczne, bardziej minimalistyczne od „Ziemiomorza”, chociaż nierówne, jedne lepsze, inne męczę do tej pory i jakoś nie mogę zmóc całości przetłumaczonej na polski.

    1. Zabawna sprawa, bo czytając pierwszy, drugi, trzeci tom, stale sobie powtarzałem w myśli „może dalej będzie lepiej?”. Tymczasem teraz tak sobie myślę, że w sumie pierwsze dwa, trzy tomy były najlepsze. Może to kwestia świeżości i nienasycenia czytelnika, bo o ile pierwszy kawałek tortu smakuje mniamuśnie, tak przy czwartym i piątym zaczyna mdlić. Nie to, żebym jadł pięć kawałków tortu naraz, to tak czysto hipotetycznie…

  3. Właśnie z wymienionych przez Ciebie powodów mój mąż zupełnie nie lubi Le Guin, a ja i owszem ;) Ale czytam bardzo powoli, mniej więcej jeden tom co dwa lata (może dlatego mnie nie znudziła?). Ostatnio miałam wręcz wrażenie, że autorka napisała nie powieść, a przypowieść, takie tam wszystko było filozoficzne i odarte z akcji. Ale mi to zupełnie nie przeszkadza, a mąż mnie uprzedzał, więc czytałam z odpowiednim nastawieniem.

    1. Jestem prawie pewien, że gdybym lekturę całego cyklu rozłożył sobie na 10, 20, a może nawet tysiąc lat, to wrażenia byłyby ciekawsze. Ale napędzany lekkim rozczarowaniem po pierwszym tomie zacząłem od razu drugi, jakby w pogoni za czymś nieszablonowym, a potem zacząłem trzeci tom i przed czwartym byłem już w zasadzie zrezygnowany. Uznałem jednak, że skoro dotarłem do połowy to już skończę, co rozgrzebałem.
      Aha: gratuluję męża obdarzonego wyśmienitym gustem literackim!

  4. On - Noen pisze:

    Bardzo dobrze wspominam lekturę Ziemiomorza, chociaż czytałem dobrych kilka lat temu. To chyba cecha charakterystyczna jej twórczości, akcja toczy się powoli, a finał rozgrywa się dopiero na ostatnich stronach. Może miałeś zbyt duże oczekiwania :)

    1. Zbyt dużymi to bym ich nie nazwał, ale oczekiwania miałem, owszem. Jednak czy mogło być inaczej, skoro cykl jest tak wysoko oceniany i znajduje się w czołówce gatunku? Miałem prawo mieć oczekiwania, a cykl miał prawo im nie sprostać. I tak jak ja ze swojego prawa, on skorzystał ze swojego. Trochę szkoda, ale jest jeszcze tyle książek do przeczytania!

  5. Jest coś w tym, gdy piszesz o braku sentymentu, po raz pierwszy „Ziemiomorze” czytałem z górą 20 lat temu i byłem zwłaszcza „Czarnoksiężnikiem” oczarowany, jakiś czas temu zrobiłem sobie powtórkę i to już, niestety, nie było to. Więc wyobrażam sobie, że dzisiaj pierwsze spotkanie dorosłego czytelnika, który nie ma za sobą ciepłych wspomnień z lektury Le Guin rzeczywiście może być pozbawione czaru.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s