Ziemiomorze – Ursula K. LeGuin

ziemiomorzeI tak sobie z łatwością oraz bez zastanowienia dodaję kolejne pozycje do listy o zobowiązującej nazwie „muszę przeczytać”. Problem leży w tym, że jej długość systematycznie rośnie: że za często dopisuję książki (bo to nie wymaga poświęcenia i czasu), a zbyt ślamazarnie je czytam (bo to już wymaga). Z wolna próbuję więc się godzić z faktem, że i tak nie zdążę przed śmiercią przeczytać wszystkiego co sobie zaplanowałem – to ta negatywna strona mojego (i zapewne nie tylko mojego) położenia. Jednak patrząc pozytywnie można stwierdzić, że przynajmniej do końca życia nie zabraknie mi książek do przeczytania i tej entuzjastycznej wersji trzymajmy się na torturach. Cykl o Ziemiomorzu z urzędu znalazł się na wspomnianej liście, bo Ursula LeGuin jest przez fanów fantastyki wymieniana jednym tchem z innymi tuzami gatunku – że klasyk, że och, że ach, że wstyd nie znać. A ja oczywiście łykam to jak foka śledzie, po czym rzucam wyzwanie książce i liczę, że ta sprosta moim wymaganiom, bo przecież musi. LeGuin męczyła się i pociła nad tym cyklem przez ponad trzydzieści lat, więc tempa nie miała jakiegoś zatrważającego, bo jeden (niegruby) tom wypluwany co pięć lat na nikim wrażenia nie robi. I choć ta informacja nie powinna podlegać ocenie, to jednak pozwala ona wysnuć jakieś wnioski i sugeruje, że od Ziemiomorza należy spodziewać się przemyślanej, nieśpiesznie przygotowanej oraz rozbudowanej struktury. Może uda się też przy okazji prześledzić progres LeGuin jako pisarki. W zasadzie muszę niezręcznie przyznać, że zanim zacząłem lekturę, to wydawało mi się, że autorka od wielu lat już nie żyje. Tymczasem okazuje się, że chęci do życia pani LeGuin nie brakuje, ale dzisiaj to nie zadziała na jej korzyść, bo zamierzam być bezlitosny. Ponoć o zmarłych nie mówi się źle, skoro jednak wszyscy zdrowi, to nikogo nie będziemy oszczędzać.

Czytaj dalej „Ziemiomorze – Ursula K. LeGuin”

Blade Runner: Czy androidy marzą o elektrycznych owcach? – Philip K. Dick

Nie jestem zachwycony. Chyba nawet jakoś wyjątkowo nie liczyłem na to, że będę. Po prostu naszła mnie chęć na tego rodzaju lekturę, w takim właśnie klimacie, o tego rodzaju tematyce, więc czym prędzej sięgnąłem po Dicka – pisarza kultowego, którego grono fanów wciąż rośnie. Zachwycają się oni każdym aspektem jego twórczości – stylistyką, wizjonerskim kunsztem, narkotyczną atmosferą prozy. Wszak Dick od używek nie stronił, więc fragmentami jego wizje po prostu przerastają trzeźwy umysł czytelnika i bez dwóch listków tabletek na kaszel do nich nie podchodź. Z drugiej strony dodam, iż „Czy androidy marzą o elektrycznych owcach?” uznawana jest za jedną z najbardziej przystępnych powieści Dicka i osobiście nie miałem wrażenia, że autor w którymś momencie całkowicie odleciał na skrzydłach narkotycznego Pegaza, więc nie obawiajcie się niezrozumiałego bełkotu. Czytelnicy widzą w Dicku „swojego chłopa”, zaczytują się w kolejnych jego powieściach, tylko ja – kmiot i burak – nie jestem zachwycony, a zaledwie umiarkowanie usatysfakcjonowany. No jakże to tak? Chciałbym jednak zaznaczyć, że usatysfakcjonowany nie jest tożsamy z rozczarowanym, więc w gruncie rzeczy opinia wypadnie raczej pozytywnie. Ochłońmy więc.

Czytaj dalej „Blade Runner: Czy androidy marzą o elektrycznych owcach? – Philip K. Dick”

Oddział chorych na raka – Aleksander Sołżenicyn

Nie oszukujmy się – pobyt w szpitalu nie należy do najbardziej rozrywkowego sposobu spędzenia wolnego czasu. Ludzie mają różne zboczenia i fetysze, ale trudno o kogoś, kto uwielbia leżeć w szpitalnym łóżku. Ani to podniecające, ani adrenaliny specjalnie nie pompuje, a wyznacznikiem dobrej zabawy jest wysokie tempo opróżniania przez salowe kaczek. Po nocach korytarzami snują się starzy ludzie, cierpiący na bezsenność, szurający papuciami po posadzce i nielegalnie handlujący między sobą batonikami – wynik ścisłej diety narzuconej przez lekarzy niektórym pacjentom. Kiedyś krążyła po mojej okolicy legenda, że jedna zaawansowana wiekiem pacjentka z głodu zjadła własną nogę. Rewelacyjna historia, ale weź takiej nie daj batonika, gdy o niego prosi. Wolałbym odżałować ten kawałek czekolady, niż obudzić się w środku nocy z jej dziąsłami (na zęby nie miała co liczyć – trzy razy nie rosną) zaciśniętymi na mojej stopie. Br, scenariusz jak z japońskiego horroru, ale szpitalne mury raczej nie sprzyjają tęczowym myślom i marzeniom.  I pewnie dlatego „Oddział chorych na raka” przygnębia już od pierwszych stron, bo bez zbędnego wprowadzenia czytelnik jest wciągany za szmaty na oddział onkologiczny – oddział który sam w sobie nie zwiastuje hucznej i szampańskiej imprezy, a już szczególnie nie w realiach mało optymistycznego ZSRR. Cholera, przecież już sam tytuł powieści przytłacza.

Czytaj dalej „Oddział chorych na raka – Aleksander Sołżenicyn”

W ciemność – Cormac McCarthy

Tak w zasadzie dopiero teraz zauważyłem, że ze znaczącą średnią roczną przeczytanych powieści McCarthy’ego, mógłbym aspirować do miana fana jego twórczości. Tymczasem wcale się tak nie czuję. Owszem, jego styl do mnie przemawia, odnajduję sporą przyjemność w lekturze jego charakterystycznej prozy, ale nie zawsze udaje mu się porwać mnie tematycznie i fabularnie. O ile „Krwawy południk” jest jedną z najlepszych powieści, które w życiu przeczytałem, tak już chwalona w mediach „Droga” nieszczególnie mną pozamiatała (choć klimatu jej nie odmówię). „Strażnik sadu” z kolei miewał niezwykle plastyczne sceny, kiedy moja wyobraźnia była zachwycona, ale całościowo był zaledwie dobry. Czy „W ciemność” – najnowsza (patrząc przez pryzmat polskich wydawnictw) powieść McCarthy’ego, autora znanego ze swojej skrytości (czy z powodu skromności, czy zadufania – nie wnikam), ma szanse wskoczyć na którykolwiek stopień mojego prywatnego podium? Pozycja lidera jest raczej niezagrożona, ale już druga i trzecia lokata są jak najbardziej w zasięgu pretendenta, kwestia tylko, czy jemu samemu nie zabraknie umiejętności i jaj. Same chęci nie wystarczą, bo dobrymi chęciami to jest Urząd Skarbowy wybrukowany podobno. Czy jakoś tak.

Czytaj dalej „W ciemność – Cormac McCarthy”