Bastion – Stephen King

bastionMnie też w sumie trochę dziwi fakt, że Król Stefan dopiero teraz wjeżdża swoją literacką karocą w skromne półki moich książkowych regałów. Nie to, żebym miał do Kinga jakiś uraz i gardził jego twórczością, bo już parę razy się zetknęliśmy – dawno temu, jeszcze przed erą powszechnego Internetu z nudów przeczytałem Grę Geralda, a będąc w wojsku podjąłem nieudaną próbę lektury Miasteczka Salem (nie dokończyłem, ale nie pamiętam dlaczego, pewnie wolałem pić tanie wina na przepustce). Później Kinga jakoś świadomie unikałem (co nie było łatwe ze względu na jego pisarską płodność), a powodów mógłbym zapewne znaleźć kilka, jednak nie było to nic osobistego, a wypracowanej przez dekady i w pełni zasłużonej pozycji literackiej nikt – tym bardziej taki bubek, jak ja – nie powinien mu odmawiać. Jak więc do tego doszło, że wreszcie przyszło mi czytać Kinga? Winy należy upatrywać w moim cyklicznie powracającym apetycie na powieść w klimatach post-apo i przeglądając już kolejne zestawienie gatunku nie mogłem przegapić Bastionu, choćbym bardzo chciał. Mający 1200 stron kloc musi się rzucić w oczy i wymaga przy tym uważnego obchodzenia się z nim, bo lepiej nie upuścić sobie takiej książki na stopę. Przez wiele lat ignorowałem Kinga, a teraz przyszło mi się zmierzyć z jego dziełem o gabarytach zdolnych pomieścić cztery inne powieści. Taki to chichot losu mnie spotkał. Podwijam rękawy i do (literackiego) dzieła.

Czytaj dalej „Bastion – Stephen King”

Piotruś Pan – Régis Loisel

loiselpiotrusBrzmi znajomo? Powinno, bo o Piotrusiu słyszało, a w zasadzie powinno słyszeć, każde dziecko. Przynajmniej w Idealnym Świecie. Jeśli jednak jakimś cudem nie słyszało, albo słyszało niewiele, to nic nie stoi na przeszkodzie, by nadrobić zaległości w dowolnym wieku (nadal nie jest za późno!), bo choć powieść sir Jamesa Matthew Barriego uchodzi za historię dla kilkulatków, to jednocześnie z łatwością wymyka się tego rodzaju powierzchownym ograniczeniom i klasyfikowanie jej wyłącznie pod literaturę dziecięcą byłoby popisem ignorancji oraz jawnej niesprawiedliwości. No właśnie – J. M. Barriego – więc chwila, moment: co tu robi jakiś Régis Loisel? A, i tu się kryje cała niespodzianka stojąca za tym wpisem, bo mówić będziemy o ukazującej się w latach 1990-2004 serii sześciu komiksów inspirowanych dziełem Barriego i będących prequelem dla wydarzeń, które zna (albo, jak już autorytatywnie stwierdziłem: powinno znać) każde dziecko. Zanim jednak ziewniecie ze znudzenia i pójdziecie sprawdzić co tam na Fejsbuku to zdradzę, że Piotruś Pan Loisela, poza kolorowymi obrazkami, nie ma wiele do zaproponowania dzieciom i z czystym sumieniem można go określić powieścią graficzną dla dorosłych. Piszę poważnie, spodziewajcie się alkoholu, krwi i golizny. Ale przede wszystkim to gigantyczna gratka dla fanów oryginału: opowieści o zamieszkujących Nibylandię pozbawionych pamięci chłopcach i latającym Piotrusiu, który nie chciał dorosnąć, bo i po co? Żeby złorzeczyć na kredyt we frankach?

Czytaj dalej „Piotruś Pan – Régis Loisel”

Ziemiomorze – Ursula K. LeGuin

ziemiomorzeI tak sobie z łatwością oraz bez zastanowienia dodaję kolejne pozycje do listy o zobowiązującej nazwie „muszę przeczytać”. Problem leży w tym, że jej długość systematycznie rośnie: że za często dopisuję książki (bo to nie wymaga poświęcenia i czasu), a zbyt ślamazarnie je czytam (bo to już wymaga). Z wolna próbuję więc się godzić z faktem, że i tak nie zdążę przed śmiercią przeczytać wszystkiego co sobie zaplanowałem – to ta negatywna strona mojego (i zapewne nie tylko mojego) położenia. Jednak patrząc pozytywnie można stwierdzić, że przynajmniej do końca życia nie zabraknie mi książek do przeczytania i tej entuzjastycznej wersji trzymajmy się na torturach. Cykl o Ziemiomorzu z urzędu znalazł się na wspomnianej liście, bo Ursula LeGuin jest przez fanów fantastyki wymieniana jednym tchem z innymi tuzami gatunku – że klasyk, że och, że ach, że wstyd nie znać. A ja oczywiście łykam to jak foka śledzie, po czym rzucam wyzwanie książce i liczę, że ta sprosta moim wymaganiom, bo przecież musi. LeGuin męczyła się i pociła nad tym cyklem przez ponad trzydzieści lat, więc tempa nie miała jakiegoś zatrważającego, bo jeden (niegruby) tom wypluwany co pięć lat na nikim wrażenia nie robi. I choć ta informacja nie powinna podlegać ocenie, to jednak pozwala ona wysnuć jakieś wnioski i sugeruje, że od Ziemiomorza należy spodziewać się przemyślanej, nieśpiesznie przygotowanej oraz rozbudowanej struktury. Może uda się też przy okazji prześledzić progres LeGuin jako pisarki. W zasadzie muszę niezręcznie przyznać, że zanim zacząłem lekturę, to wydawało mi się, że autorka od wielu lat już nie żyje. Tymczasem okazuje się, że chęci do życia pani LeGuin nie brakuje, ale dzisiaj to nie zadziała na jej korzyść, bo zamierzam być bezlitosny. Ponoć o zmarłych nie mówi się źle, skoro jednak wszyscy zdrowi, to nikogo nie będziemy oszczędzać.

Czytaj dalej „Ziemiomorze – Ursula K. LeGuin”