Mesjasz Diuny – Frank Herbert

Moja inicjacja z Kronikami Diuny przebiegła pomyślnie. „Diuna”, jako pierwszy tom cyklu, zaintrygowała mnie wystarczająco, bym pokusił się o sięgnięcie bez wahania po kolejną część. Herbertowi udało się zaszczepić we mnie pewnego rodzaju ciekawość i literacki głód pustynnego krajobrazu Arrakis. Udało mu się tym samym uzyskać cel, bo pomimo faktu, że poprzedni tom mógłby stanowić zamkniętą całość i samodzielnie być sycącym posiłkiem dla niejednego czytelnika, to jednak we mnie pobudził jedynie dodatkowy apetyt na więcej. A przecież nie jestem obżartuchem! Przecież mogłem się z czystym sumieniem zadowolić pierwszym daniem, chwaląc kucharza najpierw za sposób podania, a następnie za ucztę, której mógł doświadczyć nie tylko mój żołądek, ale i zmysły. Nie omieszkałem oczywiście tego uczynić, jednak oto powróciłem, witając się z szefem garkuchni ciepło, poklepując go po przyjacielsku w pupę i zamawiając to samo co poprzednio, tylko więcej. Było dla mnie zaskoczeniem, gdy Herbert tym razem postawił przede mną niewielki talerz, bo „Mesjasz Diuny” liczy zaledwie 250 stron (dla porównania – „Diuna” „ważyła” 600 stron + dodatki). Spojrzałem pytająco na kucharza, na co ten wzruszył ramionami w geście bezsilności. No cóż, zobaczmy, co tam upichciłeś parzygnacie sympatyczny.

Chyba nie muszę zamieszczać ostrzeżenia przed potencjalnymi spoilerami dla tych, którzy jeszcze nie czytali „Diuny”? To jakby logiczne.

Powróciłem więc na Arrakis (zamiennie nazywaną właśnie Diuną),  która w skutek wydarzeń przedstawionych w poprzednim tomie przeszła pod władczy but Paula Atrydy, a ten wdrażając swój plan rozwoju pustynnej planety, przeobraża ją w miejsce znacznie lepiej przystosowane do zamieszkania. Trwający w tym samym czasie międzyplanetarny dżihad sprawia, że Atryda i jego imperium rośnie w niewyobrażalną potęgę, nawet wbrew samemu władcy, niczym śnieżna kula puszczona w dół zbocza, nad którą nie sposób zapanować. Fabularne tempo nakręca potencjalny spisek, do którego szykują się osoby i instytucje wrogie Paulowi, wszak nie każdemu jest po drodze z Arrakis jako mocarstwem, trzymającym w żelaznej pięści całe wydobycie melanżu, substancji potęgującej umiejętność prorokowania, ale również niebywale uzależniającej. Intryganci nie mają ochoty próżnować, szukając sprzymierzeńców nawet w najbliższych kręgach Paula, a ten, choć świadomy dzięki własnym proroczym wizjom o zamachu na jego życie, uparcie dąży do jego urzeczywistnienia, a nawet przyjmuje w gościnę spiskowców i prowokująco dopuszcza blisko siebie zdrajcę.

Paul jest nadal arogancki, choć w porównaniu z „Diuną” znacznie bardziej melancholijny – trudno już określić go bucem, ale zawziętość i władczy dryg pozostał. Szczególnie kiedy grozi zgarotowaniem własnej małżonce. Wtóruje mu Alia – siostra naznaczona piętnem wieszczki, już w momencie narodzin obdarzona pokoleniami wspomnień, przede wszystkim swojej matki, znanej nam z tomu pierwszego lady Jassiki. Momentami paradująca nago Alia jest kombinacją cech Paula i rodzicielki, więc trudno pałać do niej szczególną sympatią, ale widocznie taka już dola Atrydów. Nić porozumienia między rodzeństwem wypada określić mocniejszym słowem, niż intuicja, bo Paul i Alia dysponują praktycznie połączoną świadomością, choć siostra do samego końca nie może zrozumieć powodów, którymi kieruje się jej brat, brnący świadomie ku przeznaczeniu, nie zważając na koszt i gotowy położyć na ołtarzu ofiarnym nawet własne życie. Istnieje jeszcze kilka dodatkowych smaczków fabularnych (m.in. wątek potomka Atrydy, czy też pewnego gholi), ale dosyć już o fabule, bo i tak przedobrzyłem. Aż sam siebie nie poznaję.

Diuna jako planeta nadal fascynuje. Choć akcja w głównej mierze przeniosła się do komnat siedziby Imperatora i brakowało mi mocno przestrzeni, piasku aż po horyzont, swoistej dzikości Fremenów. Ci w „Mesjaszu Diuny” obecni są częściej na dworze i w pałacu Paula, ale naród ten, którego wspólna wyobraźnia nie pojmuje idei czegoś tak absurdalnego jak morze, ma jeszcze niewykorzystany potencjał. Ubolewam również nad kompletnym brakiem potężnych, niepowtarzalnych czerwi, bo były one jednym z najlepszych oraz najbardziej charakterystycznych elementów „Diuny” – aż budziły podziw i szacunek w czytelniku. Jeśli już przy brakach jesteśmy, to (dla odmiany) absolutnie cieszy brak lady Jessiki, bo jej wyniosłości i jędzowatości miałem już nadto w pierwszym tomie. Zainteresowanie budzą natomiast Tleilaxanie – rasa zajmująca się niemoralnymi, choć tolerowanymi ze względu na przydatność technologiami. Chciałbyś wskrzesić zmarłego, bądź nabyć swoistego klona? To już wiesz do kogo się udać.

„Mesjasz Diuny” to udana kontynuacja, choć wyraźnie się różni od „Diuny”. Jest znacznie zwięźlej, o czym mówią już same gabaryty książki. Mniej tutaj przygody na wolnej przestrzeni, a więcej knowań i potajemnych spotkań spiskowców. Doświadczymy kilku nieoczekiwanych wydarzeń, ale dla równowagi zdarzą się również banalne i przewidywalne fragmenty. Wspomniane w poprzedni akapicie braki również niekoniecznie świadczą na korzyść „Mesjasza Diuny”. Mimo wszystko to smaczny posiłek, bo należy docenić wysiłek kucharza w umiejętnym dobraniu składników i proporcji do stworzenia tego dania i całego uniwersum Diuny. A atmosfera tegoż jest bezcenna, byle tylko w kolejnym tomie wróciła pustynia, a czytelnikowi ponownie zachrzęścił piasek między zębami.

Advertisements

Jedna uwaga do wpisu “Mesjasz Diuny – Frank Herbert

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s