Miasto i psy – Mario Vargas Llosa

W całym swoim życiu byłem jedynie na dwóch koloniach. Pierwszą, trwającą dwa tygodnie ferii zimowych, zaliczyłem w trzeciej klasie podstawówki i większą jej część spędziłem w izolatce, sikając do umywalki oraz grając w karty sam ze sobą. Druga trwała nieco dłużej, bo bite dziewięć miesięcy (czyli zdążyłbym w tym czasie urodzić dziecko, albo trojaczki) a jej organizatorem był MON. Tak, udało mi się zaliczyć obowiązkową służbę wojskową jeszcze zanim stała się ona jakże pożądanym zawodem i na pewno bawiłem się lepiej niż w podstawówce, choć również zdarzało się sikać do umywalki w czasie golenia (dwie minuty na poranną toaletę to niewiele, a w ten sposób zaoszczędzało się cenny czas). Wybiórcza pamięć, w trosce o nasze samopoczucie, na bieżąco segreguje wspomnienia, wyrzucając z pamięci te złe i uwypuklając te dobre. Były więc tanie wina na przepustce w parku, darmowe kino, tanie wina na przepustce w darmowym kinie, bezpłatne bilety tramwajowe i osobne kabiny prysznicowe, każda bez wyjątku ostrzelana nasieniem. Trudno więc się dziwić, że służbę wojskową wspominam jak wyśmienitą kolonię, czy sanatorium i pomimo początkowego stresu (normalna reakcja przy poznawaniu czegoś nowego) z czasem poczułem się tam jak w domu. Dlaczego o tym wspominam? Już tłumaczę i objaśniam.

Noblista Mario Vargas Llosa zadebiutował powieścią „Miasto i psy” (wcześniej miał kilka opowiadań) i z miejsca uderzył w kontrowersyjne tony. Oparta częściowo na autobiograficznych wspomnieniach powieść, traktuje bowiem o codzienności w szkole wojskowej im. Leoncia Prado w Limie, gdzie pisarz spędził dwa lata swojego nastoletniego życia. Po ukazaniu się książki, środowisko wojskowe w Peru oburzyło się nie na żarty, a władze elitarnej szkoły dokonały rytualnego spalenia egzemplarzy powieści. Llosa w tym czasie zacierał z zadowoleniem dłonie, bo przecież trudno o lepszą reklamę. A ja, pomimo dekad i kilometrów, które dzielą tamtą szkołę wojskową oraz rodzimą jeszcze-do-niedawna-obowiązkową służbę, drapię się skonsternowany w głowę, bo tak niewiele różnic dostrzegam.

Wojskowa rutyna to nie jest najprzyjemniejsza rzecz dla kogoś, kto został do niej zobowiązany. Wie to każdy, kto był zmuszony spędzić pierwszą noc wśród grupy zupełnie obcych szeregowych, w ciasnej i dusznej sali, upchanych jeden nad drugim – dosłownie. Wie to także każdy, kto następnego dnia o szóstej rano był wyrwany ze snu (o ile w ogóle zasnął) skrzekliwym głosem podoficera dyżurnego, któremu elokwencja podsunęła na język jedynie błyskotliwe „wstawać, kurwa!”. Llosa dosyć obszernie opisuje w swojej powieści codzienność wojskową, jej udręki, przywary, ale i niezaprzeczalne uroki. Grupka nastolatków z diametralnie różnych poziomów społecznych, o odmiennym światopoglądzie, o rozmaitej przeszłości, spotyka się między murami koszarów i musi wypracować jakiś kompromis, aby wspólnie przetrwać psychicznie trzy lata szkoły. Wulgarne męsko-męskie rozmowy po capstrzyku, pyszne kakao z rdzą, ryzykowne rozrywki w toaletach, „fala”, samowolki, swoista kontrabanda, handel elementami umundurowania, tryb życia od przepustki do przepustki, seks z drobiem…, ups.
Jaguar, Poeta, Boa, Niewolnik, Kędzior, góral Cava i paru innych, to główni bohaterowie wydarzeń, a uważny czytelnik zgrabnie przypasuje samego autora powieści w miejsce jednego z chłopaków (nie zdradzę którego, ale to dosyć oczywiste). Cała dynamika historii opiera się w znacznej mierze na wzajemnych relacjach między kadetami, więc będziemy mieli okazję śledzić m. in. przyjaźń szykanowanego Niewolnika – naiwnego, pełnego ideałów romantyka, z Poetą – zaradnym, asertywnym i cwanym cynikiem, który zapewnia sobie rozmaite przywileje, pisząc na prośbę kolegów listy do ich dziewczyn, a także handlując erotycznymi opowiadaniami własnego autorstwa (tak, nie było wtedy porno w sieci). Nie zabraknie również retrospekcji, rzucających nieco światła na okoliczności, w których każdy z bohaterów znalazł się w szkole wojskowej.

Llosa nie trzyma się stałego tempa narracji. Kombinuje, kluczy, przyspiesza, zwalnia, chaotycznie miesza, niezapowiedzianie podporządkowując rozdziały kolejnym bohaterom. Początkowo czytelnikowi trudno się w tym połapać, ale z czasem bezbłędnie wiedziałem, kto jest autorem danego fragmentu. Naiwna i ułożona narracja jest dziełem Niewolnika, nieokrzesana, charakteryzująca się pierwszoosobowym słowotokiem to zapewne Boa, a ta o zmiennym nastroju, ale i zauważalnie kunsztowna stylistycznie, najprawdopodobniej wyszła spod pióra Poety. To jednak nie wszyscy, więc bądź czujny.

„Miasto i psy” obnaża instytucją wojskową w każdym aspekcie i pomyli się ten, kto uzna, że dotyczy to tylko wojska peruwiańskiego. Coś, co miało wpoić w młodych ludzi dyscyplinę i moralność, potęguje jedynie brutalne zachowania i napędzane nudą, niekoniecznie godne pochwały rozrywki. Wszak na osiem godzin zajęć, reszta doby przypada tam na twórczą nudę, ale trudno piętnować młodych ludzi za wyobraźnię i inicjatywę. Śmiem twierdzić, że z lektury powieści znacznie większą przyjemność będą czerpać ci, którzy z wojskiem mieli styczność. Ja bawiłem się wyśmienicie, a Llosa nieświadomie wyciągnął ze studni moich wspomnień kilka fragmentów, za które jestem mu osobiście wdzięczny.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s