Traktat o łuskaniu fasoli – Wiesław Myśliwski

To był mój codzienny taniec z łopatą przy kopaniu mało istotnego rowu. Czasem rumba, czasem walc wiedeński, czasem przytulany – w zależności, czy ktoś patrzył. Partnerka mało wymagająca, toteż przymykała sękate oko na moje niedociągnięcia i drobne potknięcia, włącznie z ustawicznym deptaniem jej po pantoflu. Nasz związek był zgrany i może zbyt romantycznie do niego podchodziłem, bo kiedy ona pękła w trzonku, majster wręczył mi nową – dziewiczą blondynę – której chłodne drewniane ciało musiałem poznawać dłońmi od nowa. Wtedy zdałem sobie sprawę, że niepotrzebnie się angażuję, bo ta jasnowłosa również w końcu odejdzie (wszystkie odchodzą), a moja pasja tylko utrudni nam rozstanie. Cóż, taka praca – bezstresowa i regularnie opłacana, ale bez miejsca na wrażliwe zrywy.
Wtem obok, przez jedyny na wiosce trotuar przy którym miałem zaszczyt pracować, przechodził staruszek w zimie swojego życia. Powiedziałbym nawet, że dobiegającej końca zimie. W marcu swojego życia. Zagaił rozmowę. Odburknąłem coś i pomyślałem sobie „nie chce mi się z tobą gadać, ty stary rupieciu” (ech, ta dzisiejsza młodzież). Problem polegał na tym, że on nie chciał dialogu, bo jak sam przyznał, był trochę przygłuchy i prędzej zdołałby coś odczytać z ruchu moich ust, niż cokolwiek usłyszeć. Rozejrzałem się kontrolnie, uznałem, że przerwa dobrze mi zrobi, oparłem spracowane dłonie na łopacie i zacząłem słuchać staruszka. Ten opowiadał mi swoje życie. W ogóle i w szczególe. Gdzie był w czasie wojny, jak rzucano go z jednostki do jednostki. Jak z nostalgią słuchał nielegalnych audycji radiowych. O tym, jak powodzie zalewały mu regularnie rodzinny dom, jak boso i z trzewikami w dłoni szedł przez wodę do szkoły, bo miał tylko jedną parę butów. Jak przeżył synów i wnuków. Obdarzyłem staruszka sympatią i z coraz większym zaciekawieniem słuchałem jego swobodnie snutej historii, skromnej i pozbawionej patosu. Kiedy po blisko godzinie powróciłem do pracy, wciąż myślami byłem gdzieś poza rowem. Wielokrotnie czytałem różnego rodzaju wspomnienia tych sławnych i tych anonimowych osób, ale nic nie odda tej magii bycia jedynym słuchaczem, dla którego ktoś całkiem obcy otwiera serce, wytęża pamięć i opowiada. Opowiada, wygłaszając zachwycający monolog, a my możemy skupić się na jego reakcjach, grymasach, gestach i dopełniających całości starczych zanikach pamięci, próbach przypomnienia sobie jakiegoś szczegółu, szklących się oczach.
Ja byłem oczarowany, a smutkiem napełniła mnie dopiero zasłyszana niecały miesiąc później informacja, że staruszek umarł. Nadal lubię o sobie myśleć, że być może byłem ostatnią osobą, przed którą mógł się na tyle otworzyć.
Dlaczego o tym piszę? Bo lektura „Traktatu o łuskaniu fasoli” jak żywo przywołała w moich wspomnieniach obraz i opowieść tamtego staruszka.

Wiesław Myśliwski nie pisze często. Ale gdy już coś napisze, to inni polscy pisarze zazwyczaj żegnają się z nagrodą Nike, a nawet jakieś europejskie wyróżnienie podobno wpadło. Nagrody jednak zostawmy krytykom i mediom, aby poczuli się ważni. My wyobraźmy sobie jesienną, leśną głuszę nad jeziorem. Stoi tam kompleks domków letniskowych, ze względu na sezon (lub raczej jego brak) opuszczonych i okrytych ciemnością. Tylko z jednego domku, z okna sączy się chwiejne światło rzucane przez samotny płomień lampy. To przy nim dwóch mężczyzn, rozmawiając, łuska nieśpiesznie fasolę. Takim oto sposobem mamy zarysowaną zarówno fabułę powieści, jak i rozwiązaną zagadkę intrygującego tytułu. Taki to ze mnie spryciarz.

A gdzie ten traktat? Otóż cała forma powieści oparta jest na monologu jednego z tych mężczyzn. Może nie brzmi to szczególnie zachęcająco, ale cóż to za opowieść, cóż za spowiedź! Swobodna, przeskakująca chyżo z wątku na wątek, lawirująca między nimi i odbiegająca jakby w boczną uliczkę, by przytoczyć pozornie mało istotną anegdotkę. Opowieść mieszająca chronologię bez jakiejkolwiek ujmy na przejrzystości i wybijania z transu czytelnika. Przedstawiająca liczne spotkania bohatera z różnego charakteru postaciami (niekoniecznie znaczącymi i jednakowo fascynującymi), ustępującymi następnie miejsca kolejnym, niczym krajobraz za oknem pędzącego piorunem pociągu PKP (cha, cha, no dobra, przesadziłem). Opowieść ciepła jak para rękawic zimą, gawędziarska, o pięknym i jednocześnie czytelnym języku. Aż ma się ochotę zakrzyknąć „przyniosę więcej strąków fasoli i opowiedz nam pan coś jeszcze!”.

Przyjemnie jest posłuchać kogoś mądrego, mającego coś ciekawego do powiedzenia. Ciekawe nie jest w tym przypadku tożsame z ważnym, zaskakującym i kontrowersyjnym, toteż nie spodziewaj się nagłych przebłysków geniuszu, otwierania trzeciego oka i sięgania do drugiego dna. Myśliwski w sposób lekki i miękki porusza tematykę całego wachlarza emocji oraz zagadnień i nawet rzeczy banalne potrafi pięknie wystroić w słowa (choć trudno ocenić na ile poglądy bohatera podziela sam autor). Od wolności, szczęścia i wojny, poprzez sny i ich znaczenie, a kończąc na saksofonie, kapeluszach oraz książkach (oczywiście ich materialny aspekt jest tutaj najmniej istotny). Jak to przy męskiej rozmowie, nie mogło też zabraknąć tematyki kobiet, pożądania, małżeństwa i kończącej wszystko zdrady. To oczywiście nie wyczerpuje tematów, ale wymienianie kolejnych mija się z celem. Wszystkim wątkom z góry przyglądają się przypadek i przeznaczenie. To dwa naczelne zagadnienia „Traktatu…”, a Myśliwski pomaga nam odróżnić jedno od drugiego. W rzeczywistości jedynie od nas zależy, czy po lekturze nie przestaniemy wierzyć w przeznaczenie, zrzucając wszystko na karb przypadku.
Albo odwrotnie.

Czytelnicy są zachwyceni „Traktatem o łuskaniu fasoli”. Tęsknią za nim, pieszczą go, trzymają pod poduszką podczas snu. To powieść, od której trudno się oderwać, choć brak tam dynamicznej akcji czy wciągającej fabuły. I pomimo faktu, że osobiście zapamiętam ją jako książkę zaledwie bardzo dobrą, to jednak cieszy mnie, iż na innych działa ona niczym błogosławieństwo, rozczula i wzrusza, otula ciepłem i poczuciem obcowania z czymś wyjątkowym.

No i stryj Jan ze swoim „O, może nawet na tym dębie”* zapadł mi szczególnie w pamięć.

* Wiesław Myśliwski, „Traktat o łuskaniu fasoli”, wyd. Znak, Kraków 2010, str. 85

Advertisements

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s