Statek – Stefán Máni

statekJeśli się nie mylę, to będzie najpewniej debiut literatury islandzkiej w moich rękach a zarazem tutaj. Nie żeby to był powód do szczególnego świętowania, czy też informacja warta zapamiętania. Ot, zwykła ciekawostka, że kolejny obszar na mapie świata mogę odhaczyć jako literacko odwiedzony. Choć trzeba przyznać, że przy okazji obyło się bez większych emocji, bo styl Mániego (uznajmy dla wygody, że tak się to odmienia) nieodzownie przywołuje skojarzenia z literaturą skandynawską, kryminałami konkretnie. Chociaż nie, bo z pewnością brakuje tutaj zblazowanego policjanta czy też detektywa z jakimś nałogiem, który mógłby z uporem prowadzić śledztwo. I dobrze, bo ta klisza powinna już męczyć każdego, kto miał styczność z gatunkiem. Statku nie wypada nawet określać kryminałem, bo zdecydowanie bliżej mu do thrillera, więc chyba pora byśmy porzucili te coraz częściej krzywdzące porównania. Zignorujemy nawet fakt, że powieść Mániego była nominowana do Glasnyckeln (w sensie: do Szklanego Klucza), a tego zaszczytu dostępują ponoć jedynie kryminały z krajów nordyckich. Do diabła, Máni! Ja próbuję cię tutaj bronić i nadać krztyny oryginalności, ale najwyraźniej wszystko się sprzysięgło przeciw nam. Będziemy jednak szli w zaparte i ustalmy: Statek jest thrillerem z własną, islandzką tożsamością i raczej nie pomylicie go z tabunem bliźniaczo podobnych do siebie skandynawskich kryminałów, spośród których coraz trudniej wyłowić jakąś perełkę.

Czytaj dalej „Statek – Stefán Máni”

Reklamy

World War Z – Max Brooks

World-War-ZBudzę się w środku nocy i słyszę gdzieś w drugim pokoju ciche, ale wyraźne szuranie po parkiecie. Szuuur, szuuur. Moja pierwsza myśl, jeszcze chyba nie do końca oderwana od abstrakcyjnej natury snów, to „w mieszkaniu są zombie!” (no co?). Po chwili w umyśle mi jaśnieje i przypominam sobie, że to będący w świątecznych odwiedzinach ojciec wybiera się na papierosa, a jego gościnne laczki, nie nadążając za kocimi ruchami właściciela, ciągną się z szelestem po podłodze. Kiedy po kilku minutach doszło do procedury zgniatania puszki po piwie, miałem już pewność, że to nie zombie. Przypominam sobie też, że chyba nawet poczułem gorycz rozczarowania. Skąd w mojej głowie pomysł, że źródłem tajemniczych, nocnych dźwięków są ulubieni bohaterowie horrorów klasy B, te gnijące ciała z apetytem na ciepłe mózgi? Przyczyna jest prozaiczna: to wynik chwilowego zauroczenia i ilości spędzonego z nimi ostatnio czasu – przede wszystkim z marką Walking Dead (pełny głupot, ale wciągający serial i uroczy komiks), ale też powieścią Maxa Brooksa oraz (niezłym) filmem pod tym samym tytułem, choć tak naprawdę poruszającym zgoła inne wątki. Takie natężenie zombie bombardujące moją codzienność musiało odcisnąć znaczące piętno nawet na tak silnej psychice, jak moja. I były efekty, ale obecnie jest już lepiej, dziękuję za troskę, więc bez obaw o nawrót lęków mogę podjąć temat.

Czytaj dalej „World War Z – Max Brooks”

Trylogia husycka – Andrzej Sapkowski

Jejku, jejku, jak mnie urzekły realia tej trylogii. Mocno i zdecydowanie osadzone w niezwykle burzliwym okresie historycznym, o którym jednak niewiele udało mi się do tej pory słyszeć. A teraz, po zamknięciu ostatniego tomu, jestem znów ciut-ciut mądrzejszy (choć nadal zbyt mało, by startować w „Jednym z dziesięciu”, nad czym mocno ubolewam), bo to najprzyjemniejszy sposób nauki – lektura powieści wciągającej fabularnie i mimochodem przemycającej w treści znaczny strumień wiedzy historycznej, ale z cyklu tej nieoklepanej i rzeczywiście świeżej, pomimo wieków na karku (akcja rozgrywa się w latach 1420-1436). Wdzięczny jestem Andrzejowi Sapkowskiemu, bo warstwa edukacyjna znacznie podniosła atrakcyjność cyklu jako całości i każdego tomu z osobna.
Mam w pamięci wytłoczony obraz kolegi z wojska, leżącego na skrzypiącej pryczy naprzeciwko, zatopionego w lekturze „Narrenturm” i beznadziejnie szukającego dłońmi włosów na głowie. Aż chciało się krzyknąć „ej, zostały u koszarowej fryzjerki, nie ma ich, pogódź się z tym chłopie!”, ale nie chciało się wyrządzać mu okropności. Tak, jak bohater trylogii nie chciał rozczarować pewnej atrakcyjnej szlachcianki, domagającej się intensywnego stosunku pod nieobecność męża. Przecież człowiek nie jest taki, by odmówił. Problemami z tego wynikającymi będzie martwił się później.

Czytaj dalej „Trylogia husycka – Andrzej Sapkowski”

Traktat o łuskaniu fasoli – Wiesław Myśliwski

To był mój codzienny taniec z łopatą przy kopaniu mało istotnego rowu. Czasem rumba, czasem walc wiedeński, czasem przytulany – w zależności, czy ktoś patrzył. Partnerka mało wymagająca, toteż przymykała sękate oko na moje niedociągnięcia i drobne potknięcia, włącznie z ustawicznym deptaniem jej po pantoflu. Nasz związek był zgrany i może zbyt romantycznie do niego podchodziłem, bo kiedy ona pękła w trzonku, majster wręczył mi nową – dziewiczą blondynę – której chłodne drewniane ciało musiałem poznawać dłońmi od nowa. Wtedy zdałem sobie sprawę, że niepotrzebnie się angażuję, bo ta jasnowłosa również w końcu odejdzie (wszystkie odchodzą), a moja pasja tylko utrudni nam rozstanie. Cóż, taka praca – bezstresowa i regularnie opłacana, ale bez miejsca na wrażliwe zrywy.
Wtem obok, przez jedyny na wiosce trotuar przy którym miałem zaszczyt pracować, przechodził staruszek w zimie swojego życia. Powiedziałbym nawet, że dobiegającej końca zimie. W marcu swojego życia. Zagaił rozmowę. Odburknąłem coś i pomyślałem sobie „nie chce mi się z tobą gadać, ty stary rupieciu” (ech, ta dzisiejsza młodzież). Problem polegał na tym, że on nie chciał dialogu, bo jak sam przyznał, był trochę przygłuchy i prędzej zdołałby coś odczytać z ruchu moich ust, niż cokolwiek usłyszeć. Rozejrzałem się kontrolnie, uznałem, że przerwa dobrze mi zrobi, oparłem spracowane dłonie na łopacie i zacząłem słuchać staruszka. Ten opowiadał mi swoje życie. W ogóle i w szczególe. Gdzie był w czasie wojny, jak rzucano go z jednostki do jednostki. Jak z nostalgią słuchał nielegalnych audycji radiowych. O tym, jak powodzie zalewały mu regularnie rodzinny dom, jak boso i z trzewikami w dłoni szedł przez wodę do szkoły, bo miał tylko jedną parę butów. Jak przeżył synów i wnuków. Obdarzyłem staruszka sympatią i z coraz większym zaciekawieniem słuchałem jego swobodnie snutej historii, skromnej i pozbawionej patosu. Kiedy po blisko godzinie powróciłem do pracy, wciąż myślami byłem gdzieś poza rowem. Wielokrotnie czytałem różnego rodzaju wspomnienia tych sławnych i tych anonimowych osób, ale nic nie odda tej magii bycia jedynym słuchaczem, dla którego ktoś całkiem obcy otwiera serce, wytęża pamięć i opowiada. Opowiada, wygłaszając zachwycający monolog, a my możemy skupić się na jego reakcjach, grymasach, gestach i dopełniających całości starczych zanikach pamięci, próbach przypomnienia sobie jakiegoś szczegółu, szklących się oczach.
Ja byłem oczarowany, a smutkiem napełniła mnie dopiero zasłyszana niecały miesiąc później informacja, że staruszek umarł. Nadal lubię o sobie myśleć, że być może byłem ostatnią osobą, przed którą mógł się na tyle otworzyć.
Dlaczego o tym piszę? Bo lektura „Traktatu o łuskaniu fasoli” jak żywo przywołała w moich wspomnieniach obraz i opowieść tamtego staruszka.

Czytaj dalej „Traktat o łuskaniu fasoli – Wiesław Myśliwski”

Millennium (trylogia) – Stieg Larsson

Serii Millennium chyba nie trzeba przedstawiać. W związku z tym, Larssona również. Tak, tego, który w 2008 roku był podobno najlepiej sprzedającym się autorem w Polsce, zaraz po Khaledzie Hosseinim, o którego prozie wypowiedziałem się już przy okazji wrażeń z lektury „Chłopca z latawcem”. Larsson ma nad Hoseinim przewagę w fakcie, że zdążył umrzeć przed publikacją pierwszej powieści swojego autorstwa. Śmierć zawsze pomaga w napędzaniu zainteresowania. Opatrzność nad Larssonem czuwała, bo ten najwyraźniej wcale nie miał zamiaru poprzestawać na trzech tomach i najprawdopodobniej prędzej czy później spuściłby z tonu. Nieco by mnie to zniesmaczyło. A tak jest elegancko, piszę o tym od razu. Całość i każdy tom z osobna po prostu pożera czytelnika, wywołując syndrom „jeszcze jednego rozdziału”. Kolejne setki stron pochłania się czysto rozrywkowo, bo trylogia nie aspiruje do tytułu powieści z głębokim przesłaniem, potrójnym dnem i filozoficzną mamałygą. Fabuła jest wartka, wciągająca, niewymagająca i cholernie dobrze się przyswaja. Ostatnio tak niezobowiązująco i wyśmienicie bawiłem się przy lekturze „Kodu Leonarda Da Vinci” z całą jego kontrowersją i traktowaniem czytelnika jak idiotę, który sam nie domyśli się niczego. Tutaj jest podobnie, bo parokrotnie samodzielnie skojarzyłem fakty, łącząc zgrabnie zdarzenia, ale autor nie pozwolił mi długo być dumnym z siebie, wykładając w następnym akapicie łopatą ustalenia, żeby, nie daj Boże, czytelnik się nie pogubił i nadążył. Pal licho, najwyraźniej to przepis na sukces, ale takie książki też są potrzebne. Początkowo miałem zamiar opisać wrażenia z każdego tomu osobno, ale mądrzejszy po lekturze stwierdziłem, że nie będę się wygłupiał i wrzucę wszystkie go jednego wora, co nie?

Czytaj dalej „Millennium (trylogia) – Stieg Larsson”

Droga – Cormac McCarthy

Nie trawię okładek książki, które nawiązują do jej ekranizacji. W jakiś przykry sposób ujmują one pola do popisu dla wyobraźni, narzucając nam ten jedyny słuszny obraz bohatera, czy bohaterów. Trochę się to nie kalkuluje z założeniami literatury, ale z marketingiem nie wygrasz i dupa blada. Ale może to jedynie problem mojej wrażliwej duszyczki. Dodatkowo nie jestem też fanem tematyki apokaliptycznej, destrukcji świata, zagłady ludzkości i kolesi z obfitą brodą. A to wszystko mamy w Drodze. Więc co mnie skłoniło do lektury? Siostrzenica wręczająca mi egzemplarz z komentarzem „musisz przeczytać”. Książka nie przeraża przepychem. Jest skromnie, oszczędnie w słowach, zwięźle, bezpośrednio. Bo i opisywać nie ma czego. Świat po bliżej nieokreślonej katastrofie, najprawdopodobniej spopielony serią pożarów, wyczerpane zapasy pożywienia, nic nie znaczące zaludnienie. I gdzieś w tym wszystkim mężczyzna, będący w tytułowej drodze, drodze w poszukiwaniu ciepła, jedzenia, butów, puszki Coca Coli. Mężczyzna w beznadziejnej walce o życie swoje i swojego syna, odwlekający jak najdłużej dzień, w którym najprawdopodobniej będzie musiał się poddać i spojrzeć synowi w oczy po raz ostatni.

Czytaj dalej „Droga – Cormac McCarthy”