Diuna – Frank Herbert

Niby nie lubię sci-fi, ale jednak wciąż masochistycznie grzebię w tym gatunku i regularnie podejmuję się kolejnych wyzwań w postaci lektury jego reprezentantów. A może tylko próbuję sobie wmówić, że go nie lubię? Trudno ocenić, bo poezji tez nie lubię i jakoś potrafię bez niej żyć, więc może rzeczywiście powinienem zrewidować swoje preferencje. „Diuna” Herberta (Franka, nie Zbigniewa, żeby nie było) jest uznawana za ambasadorkę gatunku, więc stwierdziłem, że jeśli ona mi nie podejdzie, to… w zasadzie nie wiem co wtedy, ale pewnie świat by mi się nie zawalił, a i rozczarowania boleśniejsze już przechodziłem. Po prostu odpuściłbym sobie sci-fi na dłuższy czas.
Z odpuszczania najwyraźniej nici, bo zanim jeszcze skończyłem pierwszy tom Kronik Diuny, to już się zaopatrzyłem w kolejny. I choć w owym momencie nie byłem jakoś szczególnie oczarowany czy zafascynowany lekturą, to jednak ta pobudziła mój apetyt na tyle, że długo się nie zastanawiałem. Teraz – już po zakończeniu pierwszego tomu – mogę jedynie sobie przyklasnąć, przybić piątkę i zacierać łapki na myśl o stojącej na półce kontynuacji powieści, o której wraz z upływem czasu myślę z coraz większym uczuciem. Ba!, przyznaję nawet, że „Diuna” była jedną z niewielu powieści, której wyobrażenie fragmentów naszło mnie podczas snu. Tak! Najnormalniej w świecie śniła mi się, w postaci poszarpanych kadrów, starannie przez mój umysł wyselekcjonowanych z lektury, według tylko jemu znanego klucza. Później śniły mi się jeszcze różne ciekawe rzeczy, o których wstydzę się tutaj pisać, poza tym nie znam tej kobiety. Ale chętnie bym poznał.

Jestem pod wrażeniem uniwersum, które Herbert rozwija na naszych oczach podczas lektury. Trudno wskazać jakikolwiek aspekt funkcjonowania tego świata, którego autor nie poruszył i nie przedstawił czytelnikowi. Historia, edukacja, religia, ekonomia, a nawet ekologia (a może przede wszystkim ekologia) Arrakis, pustynnej planety zwanej Diuną, potrafi zachwycić i zmusić do pokręcenia z aprobatą głową na myśl o trudzie włożonym w nadanie jej namacalności. Aż czuć piasek miedzy zębami.
Zasadnicze pytanie brzmi: kto chciałby władać taką planetą, zasypaną złocistym piaskiem, gdzie woda jest na tyle cennym dobrem, że jej rdzenni mieszkańcy nie pozwalają sobie nawet na płacz, bo to powoduje niepotrzebne odwodnienie organizmu? Jak się jednak okazuje, chętnych na takie lenno nie brakuje, a to za sprawą melanżu – przyprawy o cudownych właściwościach, substancji zapewniającej dłuższe życie i natężenie proroczych wizji, a która wydobywana jest właśnie z przepastnych piasków Diuny. Arrakis, dotychczas własność rodu Harkonnenów, zostaje przekazana pod rządy księcia Leto Atrydy, ale oczywiście możemy się spodziewać, że źli i nikczemni Harkonnenowie mają plan awaryjny, bezlitosny i niehonorowy jak oni sami, bo jakże to tak? Leto Atryda trafia do niewoli, a jego konkubina i syn Paul lądują na środku pustyni i ścigani przez ludzi Harkonnenów odnajdują schronienie pośród Fremenów – ludzi pustyni, czujących się w piasku, jak ryba w wodzie, choć to porównanie byłoby dla nich niezrozumiałe. To właśnie między nimi dojrzewa Paul, a wraz z nim rozwija się pragnienie wendetty na odpowiedzialnych za klęskę ojca.

Paula trudno polubić. Dumni, wyniośli, zadzierający nosa, chwilami nawet aroganccy nastolatkowie rzadko kiedy budzą sympatię i młody książę Atryda nie jest tutaj jakimś szczególnym wyjątkiem. Ma to najwyraźniej po matce.  Oczywiście trudno uznać to za wadę powieści, bo nieskazitelnie pozytywnych bohaterów mamy w szkolnych czytankach o kocie Oli i „Idiocie” Dostojewskiego, a Herbert dość nienachalnie i z wyczuciem kreuje obraz Paula, o którym czytelnik chwilami myśli w kategoriach „kurde, w sumie morowy chłopak, ale mógłby przestać czasami być takim burakiem i bucem”. Koniec końców, dobrze, że nie przestaje, bo po cholerę nam kolejny mało wyrazisty fircyk z mieczykiem i bezdyskusyjnie prawym charakterem. Autora w ogóle należałoby pochwalić za grono niejednoznacznych bohaterów, których motywacje i postępowanie łatwiej zrozumieć, niż ocenić.

Ale to Diuna jest główną bohaterką powieści. Bezkresna pustynia, źródło melanżu, gniazdo pułapek, ojczyzna Fremenów, którzy nauczyli się żyć pośród wydm, drążąc w nich tunele i ujeżdżając gigantyczne pustynne czerwie. W tym miejscu wypada mi się zatrzymać, by oddać Herbertowi pokłon za ten kapitalny element, bo czerwie oprócz tego, że budzą szacunek, trwogę i są zwiastunami zguby, to jednocześnie sceny z ich udziałem porażają efektowną monumentalnością. Inicjacja Paula w ujeżdżaniu „praszczura pustyni” wbija się skutecznie w pamięć czytelnika i jest jedną z tych scen w literaturze, która cudownie oddaje magię wymyślonego świata. A ten – jak już wspominałem – jest misternie i cierpliwie stworzony od podstaw, a jego gałęzie sięgają praktycznie każdej dziedziny niezbędnej do sensownego i wiarygodnego funkcjonowania życia.

„Diunę” oceniam i cenię wysoko, w dużej mierze przez wzgląd na potencjał do dalszego rozwoju i zaskakiwania czytelnika rozwiązaniami, bo przecież to zaledwie pierwszy tom (na którym z czystym sumieniem można poprzestać, gdyby się nie miało ochoty na więcej). O ile pierwsze dwie księgi czytałem ze zmiennym nastawieniem, tak trzecia zafrapowała mnie całkowicie, nie dając sposobności zwątpieniu i podsycając z każdą stroną zaangażowanie w lekturę. Natomiast samą książkę, w pojęciu fizycznym, coraz przyjemniej było czule dotykać palcami, dźwigać w dłoniach i z namaszczeniem otwierać. Cóż począć, pewnego uroku i dostojeństwa trudno jej odmówić. Nawet gdy stoi na półce i się kurzy.

Reklamy

4 uwagi do wpisu “Diuna – Frank Herbert

  1. cóż, klasyka gatunku. Z drugiej strony, jakby się nad tym głębiej zastanowić, to jest to ten rodzaj klasyki, z którego wybujać mogły różne new age’owe, new weird’owe i ogólnie inne new-new’owe nurty sci-fi.

    Ja do Diuny dotarłem od dupy strony (za przeproszeniem). Najpierw była… gra komputerowa (odpalałem ją na cudzie ówczesnej techniki: IBM 386dx z 4 MB RAM… łezka się w oku kręci). Później był film Lyncha. Książka przyszła na gotowe i stosunkowo późno. Swoją drogą, nie bez przyczyny właśnie Diuna wyprzedziła peleton w dziedzinie opowieści zmultimediowanych – w tej historii jest potencjał, że aż furczy. Kolejne tomy… niby są ok, niby trzymają klimat, ale brakuje im tego niezwykłego czegoś, co Herbert ukrył pomiędzy stronicami pierwszej „Diuny”…

  2. Och, tak, Diuna fascynuje. Coś się kryje na tych pustyniach, wśród czerwi, Fremenów (nb, jak można było przełożyć „Fremeni” na „Wolanie”?!). Z tym, że mnie pierwsza część zafascynowała nie tyle, że bardzo długo nie mogłam się zabrać za dalsze. Nie chciałam tego dobrego wrażenia po tomie numer jeden zniszczyć. Niemniej przeczytałam w końcu „Mesjasza” i… nie. Po prostu nie pasowało. Chyba jednak trzeba było pozwolić sobie na dryfowanie wyobraźni i przypuszczanie, co się mogło stać dalej…

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s