Pod Mocnym Aniołem – Jerzy Pilch

pod-mocnym-aniolemPrzyznaję, że gdyby nie zapowiedziana ekranizacja „Pod Mocnym Aniołem”, to Pilcha bym nie ściągnął z księgarnianej półki. Przynajmniej jeszcze nie teraz, a jeśli już, to mój wybór ukierunkowałbym raczej w stronę „Spisu cudzołożnic”, bo trzeba przyznać, że to zachęcający i obiecująco brzmiący tytuł. Może kiedyś. Wróćmy jednak do wspomnianej adaptacji, za którą odpowiada nie kto inny, jak Wojtek „Robię W Polsce Najlepsze Filmy Z Alkoholem W Roli Głównej” Smarzowski. Nie znasz? Nie szkodzi – ta wiedza nie jest wymagana do dalszej lektury. Niemniej jestem przekonany, iż to był ostatni moment, by desperacko sięgnąć po „Pod Mocnym Aniołem”, zanim księgarnie zostaną zapewne zasypane wydaniami z zapitą mordą Więckiewicza na okładce. Być może czytanie powieści tylko dlatego, że zbliża się film na jej podstawie nie należy do charakternych i buntowniczo indywidualnych posunięć, ale kiedy mam zamiar obejrzeć autorską adaptację dzieła literackiego, to lubię znać jej pierwowzór, by mieć porównanie. Ot, cała tajemnica. A sformułowania „zapita morda Więckiewicza” użyłem nie bez powodu (więc proszę mnie nie podawać do sądu), bo po pierwsze – główną rolę zagra w filmie Więckiewicz. Również nie znasz? Ponownie nie szkodzi, choć sam aktor pewnie poczułby się urażony. Po drugie – powieść jest o piciu. Chlaniu. Spożywaniu alkoholu często i w dużych ilościach, bądź rzadziej i w mniejszych, jeśli środki finansowe akurat są ograniczone. Jednego można być pewnym – w treści „Pod Mocnym Aniołem”, jak na polskim weselu – wódki raczej nie zabraknie.

Czytaj dalej „Pod Mocnym Aniołem – Jerzy Pilch”

Pióropusz – Marian Pilot

Wychodzę z założenia, że choćbym nie wiem jak mocno sceptycznie był nastawiony do wszelakich nagród i wyróżnień w dziedzinie literatury, to są one mimo wszystko pewnym wyznacznikiem i alegorycznym neonowym, oczojebnym kierunkowskazem „zwróć na to uwagę”. Przy takiej postawie niewiele mam do stracenia, bo zachodzi tutaj klasyczna sytuacja zwana naukowo „tak czy srak – ja wygrywam”. Wszak jeśli powieść mi się spodoba, to zyskuję udaną lekturę, na którą nigdy nie żałuję wzroku. Natomiast jeśli buńczucznie nagradzany kawałek prozy okaże się, w moim skromnym mniemaniu, padliną literacką to zyskuję kolejny argument, by pogardzać wyróżnieniami, a mój sceptycyzm i cynizm syci się jakże kaloryczną pożywką. Marian Pilot jest świeżo usmażonym laureatem nagrody Nike, co zapewnia mu towarzystwo takich osobistości jak Czesław Miłosz, Wiesław Myśliwski, Tadeusz Różewicz, czy Olga Tokarczuk między innymi, kolejność alfabetyczna, żeby nie było, że kobiety przodem nie puściłem. Grono zacne i zobowiązujące, ale pan Marian prezentuje się ze swoim „Pióropuszem” całkiem atrakcyjnie i na pewno nie ma się czego wstydzić.

Czytaj dalej „Pióropusz – Marian Pilot”

Traktat o łuskaniu fasoli – Wiesław Myśliwski

To był mój codzienny taniec z łopatą przy kopaniu mało istotnego rowu. Czasem rumba, czasem walc wiedeński, czasem przytulany – w zależności, czy ktoś patrzył. Partnerka mało wymagająca, toteż przymykała sękate oko na moje niedociągnięcia i drobne potknięcia, włącznie z ustawicznym deptaniem jej po pantoflu. Nasz związek był zgrany i może zbyt romantycznie do niego podchodziłem, bo kiedy ona pękła w trzonku, majster wręczył mi nową – dziewiczą blondynę – której chłodne drewniane ciało musiałem poznawać dłońmi od nowa. Wtedy zdałem sobie sprawę, że niepotrzebnie się angażuję, bo ta jasnowłosa również w końcu odejdzie (wszystkie odchodzą), a moja pasja tylko utrudni nam rozstanie. Cóż, taka praca – bezstresowa i regularnie opłacana, ale bez miejsca na wrażliwe zrywy.
Wtem obok, przez jedyny na wiosce trotuar przy którym miałem zaszczyt pracować, przechodził staruszek w zimie swojego życia. Powiedziałbym nawet, że dobiegającej końca zimie. W marcu swojego życia. Zagaił rozmowę. Odburknąłem coś i pomyślałem sobie „nie chce mi się z tobą gadać, ty stary rupieciu” (ech, ta dzisiejsza młodzież). Problem polegał na tym, że on nie chciał dialogu, bo jak sam przyznał, był trochę przygłuchy i prędzej zdołałby coś odczytać z ruchu moich ust, niż cokolwiek usłyszeć. Rozejrzałem się kontrolnie, uznałem, że przerwa dobrze mi zrobi, oparłem spracowane dłonie na łopacie i zacząłem słuchać staruszka. Ten opowiadał mi swoje życie. W ogóle i w szczególe. Gdzie był w czasie wojny, jak rzucano go z jednostki do jednostki. Jak z nostalgią słuchał nielegalnych audycji radiowych. O tym, jak powodzie zalewały mu regularnie rodzinny dom, jak boso i z trzewikami w dłoni szedł przez wodę do szkoły, bo miał tylko jedną parę butów. Jak przeżył synów i wnuków. Obdarzyłem staruszka sympatią i z coraz większym zaciekawieniem słuchałem jego swobodnie snutej historii, skromnej i pozbawionej patosu. Kiedy po blisko godzinie powróciłem do pracy, wciąż myślami byłem gdzieś poza rowem. Wielokrotnie czytałem różnego rodzaju wspomnienia tych sławnych i tych anonimowych osób, ale nic nie odda tej magii bycia jedynym słuchaczem, dla którego ktoś całkiem obcy otwiera serce, wytęża pamięć i opowiada. Opowiada, wygłaszając zachwycający monolog, a my możemy skupić się na jego reakcjach, grymasach, gestach i dopełniających całości starczych zanikach pamięci, próbach przypomnienia sobie jakiegoś szczegółu, szklących się oczach.
Ja byłem oczarowany, a smutkiem napełniła mnie dopiero zasłyszana niecały miesiąc później informacja, że staruszek umarł. Nadal lubię o sobie myśleć, że być może byłem ostatnią osobą, przed którą mógł się na tyle otworzyć.
Dlaczego o tym piszę? Bo lektura „Traktatu o łuskaniu fasoli” jak żywo przywołała w moich wspomnieniach obraz i opowieść tamtego staruszka.

Czytaj dalej „Traktat o łuskaniu fasoli – Wiesław Myśliwski”

Prawiek i inne czasy – Olga Tokarczuk

Uwielbiam powieści o takiej atmosferze. Nie do końca realistyczne, mocno mistyczne. Otoczone baśniową aurą, umiejętnie przeplatające i wplatające fascynujące bajania w treść twardo osadzoną w realizmie, który kontrastując nadaje im dodatkowego uroku. Tokarczuk dała mi coś, za czym podświadomie tęskniłem od dzieciństwa i lektury baśni Andersena, które niekiedy poważnie mnie poruszały swoim mrocznym klimatem. Piszę o tym z pełną świadomością, że może to niektórych zadziwić i skonsternować, ale prawdą jest, iż lektura Prawieku obudziła we mnie takie właśnie skojarzenia i wspomnienia. Możliwe, że tylko we mnie, w końcu to rzecz indywidualna, ale znów poczułem się jak ten zafrapowany brzdąc w pokoju z przyciemnionymi światłami (nomen omen tym samym co obecnie), leżący na materacu, z głową na kolanach starszej siostry i słuchający bez ruchu, niczym we śnie, jak ta czyta „Królową Śniegu”. „Prawiek i inne czasy” wrzuca te same przyjemne dreszcze na kark, choć ciężko tę powieść nazwać baśnią. Tytułowy Prawiek to wieś, mieścina, parę domów na krzyż, rzucona przez Boga gdzieś w okolicach Kielc i zapomniana. Wieś jakby zatrzymana w czasie i przestrzeni, niezdecydowana między snem a jawą. Osada, która w przekroju dwóch wojen i kilku pokoleń zmienia się jedynie nieznacznie, przynajmniej na pierwszy rzut oka. Sioło, gdzie ludzka synteza z naturą osiągnęła iście mitologiczny wydźwięk i bynajmniej nie mam tu na myśli żołnierzy kopulujących z kozami, choć i tacy się zdarzą, oczywiście. Prawiek jest w związku z tym otoczony licznymi legendami, gdzie natura gra pierwsze skrzypce, wchłaniając ludzkie istnienie, dominując ich sny, obawy oraz omamy. I nie są to bajki o Jasiu i zaczarowanej fasoli, po której wspina się on do nieba. To raczej mroczne klechdy w stylu miejscowej kurwy gwałconej przez spersonifikowaną roślinę. Określenie „zapuścić korzenia” nabiera dla mnie właśnie nowego znaczenia.

Czytaj dalej „Prawiek i inne czasy – Olga Tokarczuk”