Na Zachodzie bez zmian – Erich Maria Remarque

na-zachodzie-bez-zmianPo cichu obiecywałem sobie, że przez dłuższy czas nie podejdę do lektury powieści traktującej o II Wojnie Światowej. Temat (przynajmniej dla mnie) mocno zdarty, wysłużony, szturchany z każdej strony i nie chcę napisać, że wyczerpany, ale w tej studni inspiracji wyraźnie widać już muliste dno. Wtedy zagrałem w Valiant Hearts (tak, gram w gry i co mi zrobisz?) uświadamiając sobie, jak niewiele wiem o Wielkiej Wojnie, bardziej znanej tu i tam jako I Wojna Światowa. Powody takiego stanu rzeczy są dla mnie tylko po części niezrozumiałe, bo w porównaniu do swojej młodszej i bardziej – nazwijmy to – medialnej siostry, Wielka Wojna nie robi takiego imponującego wrażenia (choć tylko pozornie), a dodatkowo nie dotknęła nas (w sensie narodu) tak bezpośrednio. I Wojna Światowa była i już, choć zapytaj kogoś na ulicy o lata jej trwania, to istnieje spora szansa, że ten ktoś nie trafi z odpowiedzią, a jeśli przy okazji nosi stereotypowy dres i ma łysą głowę, to prawdopodobnie zechce cię pobić za skompromitowanie jego wiedzy historycznej, więc zrywaj boki dopiero po odpowiednim oddaleniu się od delikwenta. Wracając jednak do Valiant Hearts, to świetny przykład gry, która niesie ze sobą odpowiednie wartości edukacyjne i artystyczne (jest śliczna). Dlatego lubię przeplatać ze sobą dobra kulturalne: książkę uzupełnić filmem, film grą, a grę książką – to bardzo inspirujące oraz motywujące i nikt mi nie wmówi, że gry to niedojrzała Muza. Młoda tak, ale coraz częściej przyciąga uwagę swoją dojrzałością. Zapragnąłem więc czegoś w klimatach Wielkiej Wojny, by uzupełnić doznania płynące z gry i mój mało wyszukany wybór padł rzecz jasna na Remarque’a.

Nie ma w powieści żadnego drugiego dna i pisze o tym w razie, gdyby ktokolwiek się go spodziewał. Na Zachodzie bez zmian opowiada o grupce niemieckich żołnierzy rzuconych na błotnisty front wojny i to wszystko. Jak na mój gust, to w zupełności wystarczy. Krążą oni między pierwszą linią, zapleczem konfliktu i polowymi szpitalami, jeśli zajdzie taka potrzeba (a z pewnością zajdzie). To w większości przypadków jeszcze nastolatkowie, których wyrwano ze szkolnej ławy do spełnienia patriotycznego obowiązku wobec ojczyzny. W ogóle może to kogoś zaskoczy, ale rozpoczęciu Wielkiej Wojny towarzyszyła ogromna ekscytacja – wręcz świętowano – a żołnierze szli do walki z niecierpliwością i ze śpiewem na ustach, jakby nie spodziewając się, co ich tam czeka. Czas brutalnie zweryfikował entuzjastyczne oczekiwania na temat wojny, a po wielu miesiącach okrucieństw, w samym środku konfliktu my także dołączamy do dziewiętnastoletniego Paula Baumera i jego kilku kolegów z okopów, wokół których od bomb oraz pocisków dudni ziemia. Łatwo się domyślić, że nie jest to ani miła wizyta, ani przyjemny widok i nikt dla nas czerwonego dywanu nie rozwinie.

Z Kroppa natomiast jest myśliciel. Proponuje, żeby wypowiedzenie wojny odbywało się w ramach swego rodzaju festynu ludowego z biletami wstępu i muzyką jak podczas walk byków. Na arenie musieliby się naparzać ministrowie i generałowie obu krajów w kąpielówkach, uzbrojeni tylko w pałki. A zwyciężyłby kraj tego, kto by się ostał na placu boju. Byłoby to na pewno prostsze i lepsze niż to, co się dzieje tutaj, gdzie walczą ze sobą niewłaściwi ludzie.*

Remarque sam był weteranem wojennym, więc zakładam, że jakiś pogląd o rzeczach miał. Z całości powieści mocno do myślenia daje problematyka straconego pokolenia, nad którym bardzo ubolewa autor. Pokolenia młodych chłopaków na rozdrożu i u progu dorosłości, którzy nim zdążyli nadać swojemu życiu kierunek zostali wypchnięci na wojnę. To była ich szkoła, ich nauka, ich piętno i stale powtarza się pytanie, jak poradzą sobie w powrocie do normalności, gdy po wielu latach starć znów zapanuje pokój. Optymistycznie zakładając, że w ogóle uda im się powrócić. Póki co żyją i na swój młodzieńczy sposób zmagają się z hałaśliwie niepewną codziennością. Toczą luźne pogawędki we wspólnej latrynie, urywają się do pobliskiej wioski, gdzie za garść żołnierskiego wiktu kochają się z młodymi Francuzkami, a w drodze powrotnej kradną komuś gęś, którą pieką i zjadają z niewyobrażalnym apetytem. Mają również okazję wziąć odwet na swoich byłych nauczycielach i wychowawcach, którzy z takim zapałem przekonywali ich do patriotycznego zaciągnięcia się do armii, a którzy w dalszym etapie wojny w obliczu braków kadrowych sami byli zmuszeni ruszyć do okopów. Poniżeni uczniowie są pamiętliwi jak nikt.

Brzmi prawie jak sielanka i kolonia szkolna, ale nie brakuje też w Na Zachodzie bez zmian mocniejszych fragmentów, bo chłopcy parę razy lądują w samym centrum działań wojennych. Widokówki, których są świadkami nie należą do miłych obrazów, a okrucieństwo niektórych scen potrafi przytłoczyć. Wiadomo, że to nic nowego i po literaturze wojennej należałoby się tego rodzaju atrakcji spodziewać, ale mimo wszystko… W pamięci zapada przede wszystkim atak gazowy na cmentarzu (czy może być lepsze miejsce do masowego umierania?), szaleństwo rekrutów podczas bombardowań bunkrów, a także każdy z odwiedzanych przez bohaterów lazaretów – wszystkie bez wyjątku pełne ludzkich wraków. Wiele dni mija żołnierzom na wyniszczającej wojnie pozycyjnej, która ani o krok nie przybliża żadnej ze stron do zwycięstwa, za to regularnie powiększa się stos bezsensownych ofiar. Dla smaku dodajmy też urocze i trafne spostrzeżenia w rodzaju tego o wyższości saperki nad bagnetem, który ma tendencję do problematycznego grzęźnięcia w żebrach ofiary, skąd niełatwo go wyszarpać. No proszę, warto zapamiętać i kupić jakąś poręczną saperkę w ogrodniczym, czy coś.

Widzimy ludzi, którzy żyją, mimo że nie mają czaszki; widzimy żołnierzy, którzy chodzą, mimo że urwało im obie stopy; jakoś docierają na potrzaskanych kikutach nóg do następnej dziury; jeden gefrajter czołga się na rękach dwa kilometry, wlokąc za sobą nogi ze zmiażdżonymi pociskiem kolanami; inny, idąc do punktu opatrunkowego, trzyma w rękach wypływające z brzucha jelita; widzimy ludzi bez ust, bez dolnej szczęki, bez twarzy; odnajdujemy kogoś, kto przez dwie godziny zaciskał zębami tętnicę ramienia, żeby się nie wykrwawić, wschodzi słońce, nastaje noc, gwiżdżą granaty, życie się skończyło.**

Oblicze Wielkiej Wojny nie różni się aż tak znacząco od tego, czego ludzkość doświadczyła podczas późniejszej II Wojny Światowej. Przynajmniej nie z perspektywy okopów i licznych lejów po bombach, w których zmuszeni są leżeć żołnierze. Czujne oko czytelnika wyłapie jednak wiele subtelności (jeśli mogę użyć takiego słowa mało pasującego do tematyki), choć to nadal bardzo podobne w wydźwięku i rodzaju przeżyć etapy historii. Powieść Remarque’a zyskuje w moich oczach tematyką tej mniej wyeksploatowanej wojny, ale to wyłącznie na zasadzie osobistego nastawienia, bo tak naprawdę przebieg obu konfliktów w pewnych kwestiach jest bliźniaczo podobny i niektórzy pewnie nawet nie zauważyliby różnicy. Choć skoro czytamy o walczących Francuzach, to przecież nie może być II Wojna Światowa, podczas której postanowili pobić rekord błyskawicznej kapitulacji. Na Zachodzie bez zmian opisuje zaledwie urywek działań frontowych i gdyby cały obraz Wielkiej Wojny poszatkować jak puzzle, na tysiąc kawałków, to powieść Remarque’a objęłaby swoją treścią raptem kilka z nich. To proza wojenna w bardziej w ujęciu lokalnym i jednostkowym, niż globalnym i masowym. Warto przeczytać jeśli czujemy, że bunkier naszej wrażliwości wytrzyma tego rodzaju bombardowanie.

* Erich Maria Remarque, Na Zachodzie bez zmian, tłum. Ryszard Wojnakowski, Dom Wydawniczy Rebis, Poznań 2014, str. 33
** Tamże, str. 90

Advertisements

9 uwag do wpisu “Na Zachodzie bez zmian – Erich Maria Remarque

    1. A widzisz, dziękuję i jak tylko znowu nabiorę ochoty na klimaty wojennej zawieruchy to już wiem, w którą stronę patrzeć. Prezentuje się zachęcająco.

  1. Borys pisze:

    Ja zmieniając medium polecę z kolei ekranizację Remarque’a, ale niekoniecznie tę dobrą z 1979 r., tylko tę wybitną z 1930 r. Niech nikogo nie odstraszy wiek filmu. Ja sam nie jestem miłośnikiem czarno-białych produkcji sprzed stu lat, ale akurat tamten naprawdę daje radę. Z okazji okrągłej rocznicy złapałem zresztą małego bakcyla Pierwszej Wojny Światowej i popełniłem u siebie kilka notek (historycznych) na jej temat:
    https://blogrys.wordpress.com/tag/pierwsza-wojna-swiatowa/

    @Bibliomisiek: Interesująca polecanka, nigdy nie słyszałem o tej książce.

    1. No sam nie wiem, ostatnio jak podjąłem się seansu „Sokoła maltańskiego” (z 1941 roku) to już miałem duże opory i kłopoty z trawieniem, a tu polecasz coś blisko dekadę starszego i nie wiem JAK oraz CZY to zniosę ;) Jednak będę miał to na uwadze, bo czasem bierze mnie masochistyczna chęć sponiewierania się filmowym antykiem. Będzie w sam raz.

      1. Borys pisze:

        „Sokoła maltańskiego” kiedyś widziałem i gwarantuję, że „Na Zachodzie bez zmian” zestarzało się dużo lepiej. :)

  2. Pamiętam, jak bardzo podobało mi się „Na Zachodzie bez zmian” za pierwszym razem, podobnie zresztą jak „Łuk triumfalny” i „Czarny obelisk” ale po latach mój entuzjazm bardzo osłabł. Teraz pierwsze miejsce przyznałbym Jungerowi i Rembekowi (chociaż ten pisał o wojnie z bolszewikami).

    1. Coś w tym jest, bo obawiam się, że również w moim przypadku wraz z kolejnymi latami entuzjazm do powieści będzie tylko malał, a przecież już nie jest jakiś ogromny. Temat Rembeka wraca, więc najwyraźniej będę musiał osobiście się przekonać, czy on rzeczywiście tak niesłusznie zapomniany wśród mniej zorientowanych w temacie.

  3. O Wielkiej Wojnie najwięcej chyba napisali Brytyjczycy, bo nimi niezwykle te cztery lata wstrząsnęły. Powstały dziesiątki powieści pisane z tak zwanego doświadczenia wojny (m.in. Roberta Graves’a „Do widzenia wszystkiemu”), ale są też niesamowite powieści pisane współcześnie przez osoby znające I wojnę z książek. Moja ulubiona to trylogia Pat Barker. Pierwsza część została przetłumaczona na polski jako „Odrodzenie.” Pozostałych nie przetłumaczono. Pisze o tym, bo mnie I wojna zawsze bardzo porusza i chciałabym się tym poruszeniem dzielić ;-) A „Odrodzenie” dzieje się głównie w szpitalu psychiatrycznym dla oficerów z zespołem stresu pourazowego. Czytałam trzy razy i czuję się osobiście związana z kilkoma głównymi bohaterami, a zwłaszcza z jednym.

    1. W ostatnich latach Wielka Wojna jest w literaturze jakoś bardziej widoczna, choć być może to wyłącznie moje wrażenie. Setna rocznica jej wybuchu mogła w tym wyraźnie pomóc, bo ludzie sobie jakby przypomnieli o tym konflikcie. Ostatnio czytałem „Wojna i terpentyna” oraz „Płyń z tonącymi” – obie w dość istotnych wątkach i fragmentach nawiązują do historii IWŚ, a ta pierwsza wręcz czerpie inspirację z Remarque’a. Też lubię czytać o Wielkiej Wojnie, więc każdą polecaną przez innych tu i tam lekturę skrzętnie notuję. Dzięki.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s