Śnieżka musi umrzeć – Nele Neuhaus

sniezka_musi_umrzec01Akurat kryminałów nie brakuje, ale to jeszcze nie znaczy, że łatwo pośród nich wyłowić te rzeczywiście udane. Bo ustalmy coś między sobą: większość z nich opiera się na podobnych zasadach, operuje bliźniaczym i niczym się niewyróżniającym językiem, a coś, co w jednym z nich było oryginalnym zabiegiem szybko staje się sztampowe, gdy jest wykorzystywane po raz trzeci i czwarty. Bo tylko kolonoskopia się nie nudzi i dostarcza równie wiele emocji zarówno za pierwszym, jak każdym kolejnym razem. Ale wszyscy chcą pisać kryminały (i piszą) toteż zakres pomysłów i pole manewru zawęża się w zastraszającym tempie, szczególnie gdy pisarz bądź pisarka poza niepowtarzalnym pomysłem na poprowadzenie intrygi (przynajmniej w swojej ocenie) nie posiada warsztatu, który wyróżniłby ich pisaninę między tysiącami innych kryminałów. Efekt? Dzieło takie rzadko kiedy daje rzeczywistą przyjemność z samego obcowania z literaturą i jest zaledwie formą, w której przekazuje się jakąś historię – formą prostą, pozbawioną ozdobników i tożsamości, aby broń Boże czytelnik się nie zniechęcił jakimś niebanalnym zagraniem, dygresją czy rozdzieleniem wątków. Nie twierdzę, że prostota jest zła, ale im więcej czytam w miarę współczesnych kryminałów, tym częściej mam wrażenie, że pisane są one w zbliżonej, bardzo do siebie podobnej, nieskomplikowanej manierze. Problem z tą ich prostotą zaczyna się wtedy, gdy nie wciągnie mnie wątek fabularny, bo bez angażującej czytelnika intrygi te kryminały nie mają nic, czym mogłyby wynagrodzić czas im poświęcony. Żadnego ciekawego zabiegu stylistycznego, żadnej „złotej myśli”, żadnej przyjemności z lektury, która – owszem – płynie wartko, ale zarazem nie pozostawia nic po sobie.

Czytaj dalej „Śnieżka musi umrzeć – Nele Neuhaus”

Baśnie braci Grimm – Philip Pullman

basnie-braci-grimm-dla-doroslych-i-mlodziezy-bez-cenzuryPanuje mylne przekonanie, że bracia Grimm byli autorami tych baśni. To ma sens, bo skoro coś jest nazywane baśniami braci Grimm, to sugestia jest wyraźna. Otóż nie. Może kogoś tym zaskoczę, ale bracia nie wymyślali tych historii. Oni jedynie je zebrali do kupy i wydali. Więc kto je wymyślał? Okazuje się, że lud. Najhojniejszymi dostarczycielkami materiałów było kilka kobiet, które chętnie dzieliły się opowieściami z braćmi Grimm, a jedną z nich Wilhelm nawet poślubił, pewnie w ramach rozliczenia. Jednak owe kobiety również trudno określić autorkami, bo one same zasłyszały te historie od znajomych, służby, chłopów. Czyli tak naprawdę nie sposób wskazać prawdziwych twórców baśni, bo krążyły one wśród ludności od wielu lat, dekad, wieków i poddawane były różnorakim modyfikacjom, a fragmenty raz znikały, to znowu były dodawane w nieco zmienionej formie. Samych braci wypadałoby więc określać bardziej redaktorami, niż autorami, choć niektórzy woleliby ich nazywać złodziejami, jednak prawda jest taka, że Grimmowie nigdy nie przypisywali sobie na własność tych baśni i nie jest ich winą, że zaszło tego rodzaju nieporozumienie. W takim razie co tutaj robi Philip Pullman? Cóż, w sporym skrócie wygląda na to, że zebrał on baśnie zebrane przez braci Grimm, jakkolwiek to nie brzmi. Ale nie tylko, bo każdą z pięćdziesięciu opowieści okrasił on dodatkowo krótkim posłowiem, w którym wyjaśnia genezę danej baśni, jej inspiracje i odniesienia do innych bajkopisarzy oraz ciekawostki natury ogólnej. Należy dodać, że Pullman unikał ingerencji w treść i wybrane przez niego opowieści podane są w dosyć surowej, pierwotnej formie – pozbawione poetycznych ozdobników, dynamiczne narracyjnie, oczyszczone z osobistych interpretacji. I nawet jeśli komuś się wydaje, że świetnie zna daną baśń, to ostrzegam, że jest kilka sporych zaskoczeń.

Czytaj dalej „Baśnie braci Grimm – Philip Pullman”

Na Zachodzie bez zmian – Erich Maria Remarque

na-zachodzie-bez-zmianPo cichu obiecywałem sobie, że przez dłuższy czas nie podejdę do lektury powieści traktującej o II Wojnie Światowej. Temat (przynajmniej dla mnie) mocno zdarty, wysłużony, szturchany z każdej strony i nie chcę napisać, że wyczerpany, ale w tej studni inspiracji wyraźnie widać już muliste dno. Wtedy zagrałem w Valiant Hearts (tak, gram w gry i co mi zrobisz?) uświadamiając sobie, jak niewiele wiem o Wielkiej Wojnie, bardziej znanej tu i tam jako I Wojna Światowa. Powody takiego stanu rzeczy są dla mnie tylko po części niezrozumiałe, bo w porównaniu do swojej młodszej i bardziej – nazwijmy to – medialnej siostry, Wielka Wojna nie robi takiego imponującego wrażenia (choć tylko pozornie), a dodatkowo nie dotknęła nas (w sensie narodu) tak bezpośrednio. I Wojna Światowa była i już, choć zapytaj kogoś na ulicy o lata jej trwania, to istnieje spora szansa, że ten ktoś nie trafi z odpowiedzią, a jeśli przy okazji nosi stereotypowy dres i ma łysą głowę, to prawdopodobnie zechce cię pobić za skompromitowanie jego wiedzy historycznej, więc zrywaj boki dopiero po odpowiednim oddaleniu się od delikwenta. Wracając jednak do Valiant Hearts, to świetny przykład gry, która niesie ze sobą odpowiednie wartości edukacyjne i artystyczne (jest śliczna). Dlatego lubię przeplatać ze sobą dobra kulturalne: książkę uzupełnić filmem, film grą, a grę książką – to bardzo inspirujące oraz motywujące i nikt mi nie wmówi, że gry to niedojrzała Muza. Młoda tak, ale coraz częściej przyciąga uwagę swoją dojrzałością. Zapragnąłem więc czegoś w klimatach Wielkiej Wojny, by uzupełnić doznania płynące z gry i mój mało wyszukany wybór padł rzecz jasna na Remarque’a.

Czytaj dalej „Na Zachodzie bez zmian – Erich Maria Remarque”

Miasto Śniących Książek – Walter Moers

miasto-sniacych-ksiazekKsiążkoholicy są w różnym stopniu zachwyceni, bo Miasto Śniących Książek jest przeuroczym hołdem dla ich uzależnienia. I nawet jeśli nie są gotowi dla tej książki zabić, ani choćby zgwałcić, to zawsze doceniają sam pomysł na nią. Ale po kolei, bo trochę z rozpędu wyskoczyłem przed szereg i najwyraźniej zdradziłem zbyt wiele i zbyt szybko. Zacznijmy od wyjaśnienia, że choć Walter Moers dumnie figuruje jako autor powieści, to jednak szybko okazuje się, iż jest on wyłącznie pierwszym tłumaczem, który z poświęceniem przełożył dla nas opowieść z języka camońskiego (nie pytajcie) i opatrzył ją dodatkowo ilustracjami. Natomiast jedynym słusznym autorem Miasta Śniących Książek jest Hildegunst Rzeźbiarz Mitów – bohater i zarazem narrator historii, reprezentant rzadko u nas spotykanego gatunku pokojowo nastawionego ni to smoka, ni dinozaura. Gdybyśmy chcieli go poznać, musielibyśmy udać się czym prędzej do Camonii, fantastycznej krainy, która znajduje się gdzieś TAM. Czyli nie ma co liczyć na autorskie spotkanie w Empiku. No, mam nadzieję, że nadążacie. W momencie kiedy mamy okazję go poznać, Hildegunst jest początkującym poetą i jak każdy początkujący poeta ma nadzieję kiedyś awansować na słynnego poetę, a być może nawet legendarnego poetę. Tymczasem w jego pazury wpada pewien anonimowy rękopis zawierający próbkę literatury tak dobrej, że wręcz idealnej. Hildegunst (i nie tylko on) na przemian płacze oraz śmieje się podczas lektury, żywo gestykuluje, emocjonuje się i w pełnym uniesieniu postanawia odszukać tajemniczego autora rękopisu – prawdopodobnie najwspanialszego poetę w Camonii. Trop wiedzie do Księgogrodu.

Czytaj dalej „Miasto Śniących Książek – Walter Moers”

Czik – Wolfgang Herrndorf

czikZdarzyło mi się kilka razy siedzieć w ostatniej ławce, która była niczym innym, jak symbolem wygnania i wykluczenia z grupy. Oczywiście to nie reguła, ale jeśli banda okrutnych dzieci decydowała się już kogoś odizolować ze swojego społeczeństwa, to ten ktoś pokornie siadał w ostatniej ławce i tam w samotności mógł delektować się swoim nieszczęściem. Ja najczęściej zajmowałem ją z własnej i nieprzymuszonej woli, bo wtedy wydawało mi się, że jest to superfajne i luzackie. Natomiast w jednej z pierwszych klas miałem kolegę Rafała, który z racji swojego upośledzenia umysłowego i nieprzewidywalności w zachowaniu zawsze ostatnią ławkę miał na własność, a kiedy reszta uczniów (w tym niestety ja) trudziła się nad ćwiczeniami z matematyki czy środowiska, on – ten przeklęty szczęściarz! – dostawał do zabawy klocki LEGO, kolorowanki i gry planszowe. Uważałem, że to strasznie niesprawiedliwe, żałowałem nawet, że nie jestem upośledzony i rozważałem czy opłaci mi się upośledzonego udawać. Rafał najwyraźniej w układaniu klocków nie osiągał zadowalających rezultatów, bo jeszcze przed końcem roku został deportowany do szkoły specjalnej, gdzie w spokoju oraz daleko od nienawistnych spojrzeń mógł szlifować swoje umiejętności. I Czik jest w dużej mierze opowieścią o chłopcach „z ostatniej ławki” – indywidualnościach z jakiegoś powodu wykluczonych ze zwartej grupy rówieśników; chłopców uznanych za nudziarzy, biedaków i ofermy w sporcie (w ostatniej kolejności wybieranych do drużyny na WF-ie, po czym stawianych na bramce, a następnie bezlitośnie obijanych piłką). Nie muszę tłumaczyć, bo każdy wie w czym rzecz. Czyli tematyka trudnego dojrzewania, daleka od oryginalności, wałkowana tyle razy, że jest już wręcz przezroczysta jak zbyt cienkie ciasto na pizzę, ale bez zadzierania nosa jeszcze raz podjąłem wyzwanie, licząc jeśli nie na nowatorstwo, to chociaż na kilka zabawnych fragmentów.

Czytaj dalej „Czik – Wolfgang Herrndorf”

Czarodziejska góra – Thomas Mann

Ależ ja jestem dzielny! Ależ nieustępliwy! Jaki zmotywowany! Jestem jednak przede wszystkim pełen podziwu dla samego siebie, bo kiedy w pewnym momencie, po wielodniowych trudach i znojach przekroczyłem dwusetną (czyli ćwiartkę całości) stronę „Czarodziejskiej góry” byłem zrezygnowany. Trudno zliczyć ilekroć zasnąłem przy lekturze, poważnie. Mann najwyraźniej postawił sobie za zadanie zanudzić mnie na śmierć. Każdy rozsądny człowiek szanujący swój czas i wzrok odstąpiłby w takiej sytuacji od dalszych prób czytania, bo przecież miała to być przyjemność, a tymczasem im dalej w treść „Czarodziejskiej góry”, tym zagrożenie śpiączką bądź pęknięciem twarzy od ziewania rosło. Ale tak! Ukończyłem! Dobrnąłem do ostatniej strony, zdruzgotany mentalnie, z nieco pogłębionymi od fatygi zakolami, ale za to wyspany na zapas. Czy zyskałem coś jeszcze? Tak, mam niniejszym możliwość podzielenia się publicznie opinią na temat tytułu powieści, który został przez kogoś wyjątkowego określony „ładnym”. Nie mam zamiaru dyskutować z tym bezapelacyjnym werdyktem. Od siebie dodam jedynie, iż w oryginale prezentuje się równie atrakcyjnie (Der Zauberberg), co jest nie lada wyczynem, biorąc pod uwagę fakt, że język niemiecki brzmi zazwyczaj jak garść kamieni wrzucona do blaszanego wiadra.
Że co? Że nie tego rodzaju opinii oczekiwaliście? Że kogo interesuje tytuł? Trudno, osobiście było to dla mnie na tyle ważne, by doczołgać się do końca lektury, więc trochę wyrozumiałości proszę. Skoro jednak już tutaj jestem, to nieco się poznęcam nad „Czarodziejską górą”, popisując się jednocześnie swoją ignorancją i niedojrzałością.

Czytaj dalej „Czarodziejska góra – Thomas Mann”