Nie tylko Wiedźmin – Marcin Kosman

nie tylko wiedzminTen związek trwa już od ponad dwudziestu lat, a uczucie, które nas łączy jest tak samo silne, jak na początku lat 90. tylko może bardziej dojrzałe oraz niekoniecznie tak bezwarunkowe i ślepe. Początków miłości mógłbym szukać w licznych wypadach do lokali, które w tamtym czasie nazywało się dumnie salonami gier, choć zwykle były to ciemne, bo bezokienne zaplecza sklepów spożywczych, gdzie wstawiano kilka jakimś cudem zdobytych amerykańskich automatów z bajecznie kolorową grafiką. Istny obłęd, prawdziwa Arkadia, gdzie całymi dniami można było wypalać sobie gałki oczne od wściekle migających ekranów. I co z tego, że więcej się patrzyło jak inni grają, niż grało samemu. Było doskonale. Potem udało się tę miłość przenieść w zacisze rodzinnego domu i choć najpopularniejszy w tamtych czasach Pegasus znacznie ustępował w możliwościach maszynom z salonu, to był prywatny i ograniczony w dostępie jedynie przez goniących do nauki rodziców. O tamtych szalonych czasach każdy z graczy mógłby napisać bardzo osobistą książkę, podobnie jak o pierwszym PlayStation, które szturmem zawładnęło polskimi realiami, bo taka jakość rozgrywki i tego rodzaju standard grafiki 3D był dotychczas najzwyczajniej w świecie niedostępny dla naszego kraju. Myślę, że mężczyzna tak naprawdę nigdy nie wyrasta z gier, jedynie zaczyna brakować mu na nie czasu. Ale nie o tym, bo ja tu o książce i to książce o grach. Polskich grach w dodatku. Mogę się mylić (choć wątpię), ale chyba niewiele mamy takich publikacji. Pewnie aż jedną, o której właśnie będzie mowa.

Podtytuł książki Marcina „Koso” Kosmana mówi wszystko, ale gdyby ktoś miał problemy ze wzrokiem to informuję, że widnieje tam Historia polskich gier komputerowych. Bo o święcącym triumfy na całym świecie Wiedźminie mówią nawet w Wiadomościach i to nie tylko dlatego, że kiedyś od Donalda Tuska swoją kopię gry otrzymał Barack Obama (który to dar został później uznany za jeden z najmniej udanych prezentów i w ogóle amerykańscy dziennikarze mieli ubaw po pachy). To po prostu świetna, stojąca na najwyższym światowym poziomie gra. Ale przecież polska branża gier komputerowych nie narodziła się wczoraj – ma na swoim koncie znacznie więcej osiągnięć i właśnie do początków jej dziejów zapragnął nas zabrać autor, byśmy wraz z nim mogli obserwować jak się rozwijała. Jak raczkowała i stawiała pierwsze niepewne kroki; jak niezdarnie sobie radziła na początku i często potykała; jak pewniej stanęła na nogach i potrafiła wreszcie podążać w świadomie obranym kierunku; jak obecnie z dumą kroczy po ubitym gruncie, ramię w ramię z największymi kozakami.

Trafnie ktoś ujął, że ta książka w równej mierze co o grach, opowiada o ludziach, którzy za nimi stoją. Czasem była to raptem jedna osoba: jeden śmiałek, który po lekcjach w szkole zasiadał do komputera i tworzył coś od początku do końca własnego. A potem szedł ze swoim dziełem na giełdę komputerową i dzielił się nim z innymi fascynatami. W książce Kosa pełno jest tego rodzaju historii, zwykle datowanych na lata 80-te i wczesne 90-te, gdy gry tworzono w garażu, bądź na strychu, a rozwój wypadków często dążył w nieprzewidywalnym kierunku. To właśnie wtedy nagrywając na kasetę audycję radiową (złożoną z szumów i trzasków) zyskiwało się grę oraz rysowało się na kartce własne mapy do gier, albo spisywało japońskie hasła do kolejnych poziomów. Piękne, natchnione czasy, okraszone wieloma anegdotami z cyklu „Polak potrafi”. Wyobrażam sobie jak trudno autorowi było dotrzeć do niektórych twórców sprzed trzydziestu lat: do tych wszystkich ludzi, którzy poświęcali się swojemu dziełu i jeśli szło ono na dno, to razem z nimi, co potrafiło skutkować nawet bezdomnością. To stare dzieje, które ze zrozumiałych przyczyn nie są tak hojnie udokumentowane i są opisane przez Marcina Kosmana w nieco bardziej kronikarskim stylu, co nie znaczy, że nudnym, o nie.

Nieco inaczej sprawa prezentuje się z czasami bliższymi współczesności, bo historiom powstawania nowszych gier towarzyszy mnóstwo cytatów i ciekawostek, ale zanika też gdzieś ten partyzancki urok niekonwencjonalnych (nawet jeśli nietrafionych) pomysłów i wymyślanych na kolanie metod. Nasza (i nie tylko nasza) branża siłą rzeczy się usamodzielniała, dorastała i w nieunikniony sposób dryfowała w stronę rzemieślnictwa, braku zaskoczeń, ale też zminimalizowanego ryzyka. To oczywiście żaden zarzut w kierunku autora (bo to nie jego wina), jednak udało mu się w doskonały sposób unaocznić rozwój polskiego dewelopingu gier i przy okazji odwalić ogrom solidnej pracy przy zbieraniu materiałów, przy – jak to się ładnie i nie po polsku  mówi – riserczingu. Solidne przygotowanie u podstaw, brak nadęcia i sprawna klawiatura autora sprawiają, że książkę czyta się bez pojedynczego zgrzytnięcia zębami, nawet jeśli chwilami nieco kuleje chronologia zdarzeń, co wynika z dylematu w rodzaju „skończyć wątek danego twórcy/studia i wybiec niedaleko w przyszłość, czy wrócić do tego w swoim czasie?”. Koso zwykle stosuje tę pierwszą metodę i według mojej oceny – tę lepszą.

Zasadnicze pytanie brzmi: dla kogo jest ta książka? Marcina Kosmana większość graczy kojarzy, bo od wielu lat aktywnie udziela się on w prasie branżowej, a aktualnie jest redaktorem naczelnym jednego z internetowych serwisów, więc to nie jest autor wyciągnięty z kapelusza i pojęcie w temacie ma. Mimo wszystko da się zauważyć, że chciał w jakiś sposób poszerzyć zakres potencjalnych odbiorców, ale mam wrażenie, że zabrakło przy tym nieco konsekwencji, bo choć tłumaczy on laikom pojęcia w rodzaju motion capture, to za chwilę w ramach porównania czy inspiracji dla omawianej gry przytacza zagraniczne tytuły, które temu samemu laikowi absolutnie nic nie mówią. Bo jakże to tak: nie kojarzysz co to mocap, ale Another World i Deus Ex już bez problemu? To w zasadzie jedyna wątpliwość i uwaga, jaka mi przyszła do głowy podczas lektury, bo z książką spędziłem kilka miłych, a nawet pasjonujących wieczorów pełnych odżywających wspomnień (Teenagent!) i polecam ją przede wszystkim czytelnikowi od lat zaznajomionemu z grami. Pewien zakres wiedzy w temacie znacznie uprzyjemnia odbiór treści i czyni ją wręcz instynktowną, co pozwala się skupić na opowiadanych historiach, zamiast stale potykać się na branżowych definicjach oraz obcych tytułach. No i nie muszę chyba dodawać, że z mojej perspektywy za samą inicjatywę napisania tego rodzaju książki należała się Kosowi pochwała, a kupno własnego egzemplarza było pierwszym sposobem, jaki przyszedł mi do głowy.

Reklamy

5 uwag do wpisu “Nie tylko Wiedźmin – Marcin Kosman

  1. „Myślę, że mężczyzna tak naprawdę nigdy nie wyrasta z gier, jedynie zaczyna brakować mu na nie czasu.”

    Też tak do niedawna myślałem. :) Latem miałem naprawdę dużo czasu i spróbowałem pograć w jeden z dodatków do GTA4 (a serię tę uwielbiam). Nie wciągnęło mnie w ogóle. Stwierdziłem, że lepiej byłoby przeznaczyć ten czas na „Sons of Anarchy”. Potem odpaliłem jedną z części „Civilization” (a serię tę również uwielbiam) i… no owszem, fajnie, ale ile można budować tę cywilizację, eksploracja, rozbudowa, kolonizacja, wojna, i w koło Macieju. Lepiej poczytać coś z zakresu historii powszechnej. :)

    1. E, nie. Jeszcze rok, dwa lata temu mogłem napisać komentarz podobny w wydźwięku do Twojego. Ja też jakiś czas temu zwątpiłem i mimo że miałem mnóstwo możliwości, to jakoś nie ciągnęło mnie do gry na żadnym ze sprzętów, a mam ich kilka. Próbowałem, ale bezskutecznie. Ale potem jakoś wróciło, tylko cała kwestia rozbija się o to, by znaleźć odpowiedni tytuł i z autopsji wiem, że rzadko jest to któraś z szeroko reklamowanych i kojarzonych gier. Człowiek zrobił się wybredny i zwykle jedna na pięć gier „iskrzy”, ale one tam są, tylko trzeba dać im szansę. Ostatnio grałem w La-Mulana EX, na pierwszy rzut oka pierdółkowatą, aczkolwiek trudną retro gierkę a la Indiana Jones, ale to właśnie ona sprawiła, że znowu rysowałem odręczne mapy plądrowanych godzinami ruin. Nie żałowałem ani minuty, bo choć zjadłem trochę nerwów to i satysfakcji było niemało. I musiałem przyznać przed samym sobą, że chyba jednak nie wyrosłem. Laski na to nie lecą, ale trudno – będzie więcej czasu na granie! ;)

      1. Borys pisze:

        Tak, pewnie masz rację. W końcu w GTA gram od lat siedemnastu, a w „Civa” od przeszło dwudziestu. To, że wyrosłem z nich, nie musi oznaczać, że wyrosłem z gier w ogóle. :)

  2. Kurczę, przypomniałem sobie z jakim nabożeństwem wsadzałem do „pieca” pierwszą kartę 3D i odpalałem Quake (czy tam Turoka) z wygładzonymi teksturami :D A z tym iskrzeniem jest jak piszesz. Gram zrywami. Raz na kwartał coś mnie porywa (Ostatnio „Army of Two”) i jest jak za młodego, nocki zarwane. Ale też jest tak, że włączę 360tkę przejrzę gry na dysku i idę poczytać :) No i nie lubię padów, bo kilkanaście lat WSAD i myszy robi swoje :P

    1. Ja to właściwie jestem graczem konsolowym, choć miałem w swoim życiu parę świadomych epizodów PeCetowych, w zasadzie nie wiem dlaczego i z jakich powodów. Jakoś tak się zeszło. Na komputerze dużo za to grałem za smarkacza, w każdy weekend gnając do siostry, by nocami obserwować jak szwagier gra w HoMM-a, albo pierwszego Tomb Raidera. W przypadku tej drugiej gry przerastała mnie konieczność sterowania przy pomocy klawiatury, a jak wielkiej precyzji wymagała ta gra wiedzą wszyscy co grali. Nie ma co, bo takich wspomnień jest mnóstwo, ale często poza samym opowiadającym nikogo one zwykle nie interesują, bo inni mają swoje ;)
      Nocek raczej już nie zarywam, ale niektóre gry potrafią mnie zassać na długie godziny i nawet nie muszą to być pozycje najświeższe. Lubię grzebać w starociach prawie tak bardzo, jak w klasycznej literaturze.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s