Matka Makryna – Jacek Dehnel

matka makrynaA była taka zakonnica, o której poematy pisał Juliusz Słowacki i o spotkanie z którą zabiegał sam Adam Mickiewicz. Była, była – w połowie XIX wieku i to ponoć najprawdziwsza prawda. Makryna Mieczysławska się zwała i piastowała stanowisko przełożonej w mińskim klasztorze bazylianek. Ale pewnego dnia przyszedł zły Rosjanin (prawosławny biskup konkretnie) zlikwidował ten katolicki kurnik i nakazał Makrynie oraz jej podwładnym siostrom zaprzeć się swojej wiary. Ponoć prawosławie lepsze i to jedyna droga do zbawienia, więc albo jesteś z nami, albo cię skujemy kajdanami i zmusimy. Makrynie – jak przystało na kobietę – pomyliło się „nie” z „tak” no i rozpoczął się festiwal upokorzeń. Przy okazji bazylianki okazały się się twardymi sztukami, które pomimo niedoli porównywalnej z późniejszymi łagrami, swojej wiary się nie wyrzekły. Umierały z przemęczenia i umierały od mrozu, doświadczały wymyślnych tortur, były głodzone, oślepiane, schorowane. Ale kiedy udało im się przeżyć kolejny dzień i spędzały noc w mroźnym lochu swojego klasztoru, to ogrzewała je myśl o Jezusie – jego miłość dodawała im sił, a wiara w niego sprawiała, że rany natychmiast się goiły. Takie rzeczy. Osobiście go nie znam, ale ten cały Jezus brzmi na spoko kolesia. Aż pewnej nocy nadarza się okazja i uciemiężona Makryna wraz z paroma siostrami ucieka z niewoli, po czym natychmiast rusza w stronę Rzymu, by się poskarżyć panu papieżowi. Czeka ją kawał drogi, więc zdąży jeszcze zaliczyć tournée po Europie i niczym dziewiętnastowieczna gwiazda popu opowiedzieć wszystkim zainteresowanym o swoim męczeństwie. Atencja przede wszystkim i gdyby miała taką możliwość, to pewnie pisałaby o tym bloga. Albo chociaż tweetowała.

Nie będzie wielkim nietaktem jeśli zdradzę, że Makryna Mieczysławska wiele lat po swojej śmierci została zdemaskowana, a całe jej męczeństwo okazało się sprawnie wymyśloną i wiarygodnie opowiedzianą bujdą. Mówi o tym już pierwsze zdanie blurba na tylnej okładce powieści, więc czuję się usprawiedliwiony. Zresztą, nie oszukujmy się – od tego obrotu sprawy zależy cała siła tej powieści i wszystko co w niej rzeczywiście interesującego. Bez tego byłoby nudno, powtarzalnie i z Bogiem odmienianym przez wszystkie przypadki. A tak mamy okazję poznać alternatywną historię Ireny Wińczowej alias Makryny, największej hochsztaplerki wśród zakonnic i piszę „alternatywną” a nie „prawdziwą”, bo jej stuprocentowej autentyczności nie jesteśmy w stanie zweryfikować. Jacek Dehnel co prawda miał do dyspozycji kilka faktów, w których mógł zakotwiczyć swoją powieść, ale wszystko co pomiędzy jest jego literackim domysłem i autorskim uzupełnieniem luk. Nie zmienia to jednak faktu, że na ile fikcyjna historia Ireny Wińczowej by nie była, to i tak jest prawdziwsza od wersji Makryny Mieczysławskiej.

I znacznie ciekawsza. Oto Irena – żona pijaka, damskiego boksera, hulaki i oficera rosyjskiego. Koniecznie w tej kolejności. Wińczowa jest przez niego poniżana, bita, gwałcona (koledzy też są zaproszeni), dość powiedzieć, że nie mają jej czego zazdrościć nawet największe fanki życia w stylu Greya. Potem traci dach nad głową i rozpoczyna się jej żebracza tułaczka, a ponieważ Irenie przebiegłości nie brakuje, to szybko zauważa, że dobrze spreparowany mit o własnej przeszłości jest kluczem do miłosiernych serc dobrych ludzi, którzy dadzą schronienie oraz pożywienie. Gdzieś słyszy o prześladowaniach zakonnic i – tadam! – w ten sposób rodzi się Makryna, której męczeńskie koleje losu puchną z każdym kolejnym spektakularnym kłamstwem, który wymyśla Irena. A potem już z górki, bo na wycofanie się z łgarstwa było za późno: Poznań, Lyon, Paryż, Rzym, Słowacki, Krasiński, Mickiewicz, Norwid, książę Czartoryski, dwóch papieżów. Jej fejsbuk pękałby w szwach od prominentnych znajomych.

Leżałam. Na wznak leżałam, z oczami otwartymi, i nie wiedziałam, gdzie wzrok podziać. Nade mną powała niska, ciemna, brudna, dokoła klitka moja, pokoik jak cela, w nim wszystko, co najskromniejsze: twardy siennik, wygnieciony jak końska derka, stoliczek mały, zydelek najpodlejszy, co go z kuchni przyniosłam, bo ostatnie lepsze krzesło na moim grzbiecie połamał Wińcz, mąż mój przed Bogiem poślubiony, ale od dyjabła dany, dalej świecznik z kawałeczka deski z wbitym od spodu gwoździem i krzyżyk jeszcze, z dwóch drewienek związanych, na dwóch kamyczkach wsparty, com go dawno temu od jednego księdza dostała. Oto i całe było moje gospodarstwo, całe bogactwo moje.*

Jacek Dehnel przez jakiś czas równolegle przedstawia nam dwie spowiedzi: jedną matki Makryny, drugą Ireny Wińczowej. Doznania jednej przekładają się na wydarzenia, których doświadcza druga, a niedola małżonki oficera staje się inspiracją dla męczeńskiej codzienności przełożonej klasztoru oraz jej sióstr. I to się sprawdza aż do chwili, gdy opowieści ulegają swoistemu zapętleniu, a Makryna na stałe osiada w Rzymie. Mam wrażenie, że właśnie wtedy impet opowieści znacznie maleje, a dotychczasowo w jakimś sensie hipnotyzująca treść traci na jakości, niepotrzebnie popadając w politykowanie i szachy na kościelnych stołkach. Daleki jestem od obwiniania autora o taką kolej rzeczy, bo rozumiem, że tak musiało być i faktów należy się trzymać. Ale jednocześnie przyznaję otwarcie, że fragmentami okrutnie się męczyłem z treścią, w której niewiele się działo. Zapewne to zależy od osobistych preferencji czytelnika oraz jego cierpliwości, ale boję się, że każdego w pewnym momencie dopadnie takie uczucie i zaistnieje problem, by powieść w ogóle ukończyć.

A i zacząć nie jest wcale łatwiej, bo niektórych spowiedź Makryny/Ireny może odrzucić archaizmami. Choć to właśnie one na dłuższy dystans okazują się uroczą zaletą stylu powieści, podobnie jak nieumyślne literówki bohaterki i jej fonetyczne upraszczanie zagranicznych nazwisk. Wychodzi jej to całkiem naturalnie i wiarygodnie, bo przecież specjalnie oczytaną kobietą to ona nie była, a i pamięć do detali w wymyślanych i za każdym razem wyolbrzymianych kłamstwach często ją zawodzi. Jednak Matka Makryna to przede wszystkim zadziwiająca historia o tym, jak zwykłej mitomance udało się „czmut w oczy puskać” tak inteligentnym nazwiskom, jakie zdążyłem już wymienić. Co prawda Rosjanie zaprzeczali wszystkim zarzutom i oskarżeniom, jakie przypisywała im Mieczysławska, ale czy ktoś kiedykolwiek wierzył Rosjanom? Tym razem najwyraźniej było warto.

Natomiast czy warto przeczytać najnowszą powieść Jacka Dehnela? Napiszę dyplomatycznie, że nie będzie wielką stratą, jeśli się ją przegapi na liście lektur. I żeby uniknąć nieporozumień: to umiejętnie napisana i sumiennie opracowana autorsko historia, tylko w pewnym momencie dopadają ją bolesne dłużyzny, a przez to traci na wyrazistości. Koniec końców trochę mi stanęła grzbietem w gardle, a szkoda, bo stale mam w pamięci rewelacyjnie burzliwego Saturna i wiem, że Jacek Dehnel potrafi. Tam chciało się więcej, tutaj – mniej. Najwyraźniej trudno mi dogodzić.

* Jacek Dehnel, Matka Makryna, wyd. Grupa Wydawnicza Foksal, Warszawa 2014, str. 27

Advertisements

7 uwag do wpisu “Matka Makryna – Jacek Dehnel

  1. A nie sądzisz, że to Makryną się posłużono? Była „eksploatowana” tak długo, dopóki ci którzy ją wykorzystali mieli w tym interes, potem gdy się „zyżyła” pozwolono jej w spokoju dożyć starości. Przecież nic takiego się nie stało, nie było przełomowego momentu, w którymś ktoś nagle doznał iluminacji – „patrzcie, to oszustka!”.

  2. Szczerze mówiąc, to historia nie zainspirowała mnie na tyle, bym się głębiej nad taką możliwością zastanowił. Ale wolałbym, by nie było tak jak piszesz, bo wtedy mogłoby się okazać, że wersja Wińczowej także jest oparta na kłamstwie i tak naprawdę nie ma powodu, by powieść przeczytać. Ta książka ma sens jedynie przy założeniu, że spowiedź Ireny jest prawdziwa i nie pominięto w niej tak istotnych kwestii. Chyba że ona nawet nie zdawała sobie sprawy, że się nią posłużono, albo było jej to obojętne, póki miała dach nad głową. W każdym razie Jacek Dehnel chyba nawet tego rodzaju rzeczy nie zasugerował,a zakładam, że zgłębił i zbadał tę historię bardziej, niż my ;)
    Dzięki za komentarz „z innej perspektywy”.

  3. Jest w książce taka aluzja już w czasie pobytu M. w Rzymie, kiedy jej opiekun sugeruje jej, żeby nie podskakiwała bo skończy się jej 5 minut. Ci, którzy w całej sprawie maczali ręce z pewnością widzieli różnice jakie zachodziły w tym co mówiła do protokołu spisanego w dwa tygodnie po jej przybyciu do Poznania a tym co wynikało z relacji spisanej w Rzymie.

    Wersja Wińczowej to tak naprawdę zbeletryzowany wariant losów M., który przedstawił kiedyś ks. Urban, który zajmował się tą historią w latach międzywojennych.

    1. No dobrze, raczej nie sposób określić kto o całej sprawie wiedział na pewno i się nie wychylał, a kto nie miał w tej kwestii bladego pojęcia. Wtajemniczonych była zapewne zaledwie garstka, bo jednak szara masa ludzi przyjęła historię Makryny za bezwarunkową prawdę. Wygląda na to, że była to całkiem pilnie strzeżona tajemnica, skoro dopiero lata międzywojenne przyniosły w tym temacie jakiś przełom. A może historia po prostu nie miała większego znaczenia i zapomniano o niej wraz ze zniknięciem Makryny z oczu publiczności.
      Sezonowa sensacja ;)

      Wydaje mi się, że beletryzowanie tego rodzaju historii to spora odpowiedzialność spadająca na autora, bo pisanie z perspektywy „ja” stawia wymagania. Wypada, by wcielić się w postać, opisać jej motywacje, uczucia, lęki, całe te tzw. życie wewnętrzne. Taka perspektywa nie pozwala autorowi stać z boku i chyba należy się Jackowi Dehnelowi cyber-pochwała za podjęcie wyzwania. Nie poszło idealnie, ale fajnie, że tego rodzaju mało znane historie są nam przybliżane.

      1. Ja akurat do pochwał nie jestem taki skory :-), ale to pewnie dlatego, że znam książkę ks. Urbana „Makryna Mieczysławska w świetle prawdy”, na której się opierał. O wiele bardziej podobała mi się jego „Lala” i „Saturn” ale to oczywiście, w ostateczności zawsze rzecz gustu.

  4. Dzień dobry! „Matka Makryna” to świetna proza, ale, podobnie jak przedmówcy przyznaję, że „Saturn” również stoi wyżej (a kto wie, czy nie najwyżej) w mojej subiektywnej hierarchii książek Jacka Dehnela. A tymczasem z niecierpliwością czekam na „Dziennik roku Chrystusowego”, ma się ukazać jesienią.
    http://lezeiczytam.blogspot.com

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s