Frankenstein – Mary Shelley

frankensteinBędąc jeszcze małym zasmarkańcem grałem na poczciwym Pegasusie w grę Frankenstein. Było to dzieło, które dzisiaj z powodzeniem uciągnąłby każdy kalkulator – tak zaawansowany poziom w dziedzinie grafiki i skomplikowania rozgrywki prezentowało. Strasznie kapuściarska gra, ale wtedy jedna z niewielu w moim zasięgu, więc grałem uparcie. Irytowałem się stale, a mój bohater umierał raz za razem, ale jednocześnie działała na mnie magia tytułu, jego groza (a gra była w jakimś stopniu przerażająca i rozpalała wyobraźnię dziecka). Koniecznie pragnąłem uratować tę dziewczynę porwaną przez Frankensteina, jednak nigdy mi się to nie udało. Kiedy dzisiaj uruchamiam tę grę na emulatorze, albo z nostalgią oglądam jej fragmenty na filmikach, to widzę, że było to wręcz niemożliwe (przynajmniej dla mnie). Co jednak najciekawsze i tym razem dotyczy już dzieła Mary Shelley to fakt, że twórcy gry powielili często spotykany nawet dzisiaj błąd – nazwali potwora Frankensteinem. Zresztą mam przeczucie, że nie było tam nikogo, kto w ogóle przeczytałby tę klasyczną powieść. Efekt był taki, że nasz skoczny chłopek zanim poskromił potwora musiał po drodze posiekać swoim mieczykiem m.in. Meduzę i hrabiego Drakulę. Wspomniany błąd w nazewnictwie jest tak powszechny, że prawie nikt nie zwraca już na niego uwagi i czy to w ramach skrótu myślowego, czy też wygody przyjęło się potwora określać nazwiskiem jego stwórcy. Ale ja przeczytałem powieść Mary Shelley i ruszam z krucjatą, by Wiktor Frankenstein odzyskał swoje nazwisko, a potwór sczezł bez imienia!

Powieść, jak powieść, ale okoliczności jej powstania również obrosły własną legendą. Może już wiecie (a może nie), że Frankenstein jest efektem niewinnej zabawy literackiej, której pomysłodawcą był sam lord Byron. Spędzał on wyjątkowo deszczowe lato 1816 w willi nad Jeziorem Genewskim, a towarzyszył mu jego przyjaciel Percy Shelley i jeszcze jakiś chłop, którego nazwisko jest w tej chwili nieistotne. Panowie dyskutowali żywo, a wszystkiemu przysłuchiwała się osiemnastoletnia Mary wtedy-jeszcze-Wollstonecraft, która również jakimś cudem zaplątała się w to nobliwe towarzystwo. Jestem dżentelmenem, więc nie będę zgadywał jaką rolę tam pełniła. Ponure wieczory lord Byron i jego koledzy urozmaicali sobie opowieściami grozy, aż w końcu padła propozycja, by każdy obecny napisał własne przerażające opowiadanie. Wychodzi więc na to, że najambitniej do sprawy podeszła nastoletnia Mary, a w efekcie jej zaangażowania już dwa lata później po raz pierwszy ukazał się Frankenstein (jeszcze anonimowego autorstwa) i jest z nami do dziś. A Ty co robiłeś/robiłaś mając osiemnaście lat?

Trzon historii zna chyba każdy, chociaż (po zastanowieniu) niektórzy byli wstanie wepchać tam epizody z Drakulą i Meduzą, więc najwyraźniej jednak nie każdy. No to dla porządku: akcja powieści ma miejsce gdzieś w osiemnastym wieku w okolicach Genewy, a głównym bohaterem jest niejaki Wiktor Frankenstein, młody i ambitny naukowiec. Można powiedzieć, że zbyt ambitny, bo pewnego razu ponosi go fantazja i tworzy… cóż, w zamyśle chciał stworzyć nowego człowieka, ale wyszedł mu potwór. Jak to mówią: pierwsze koty za płoty, czy też śliwki robaczywki. Problem w tym, że monstrum ucieka, a ponieważ nie wygląda jak model z żurnala, toteż żyć mu niełatwo. Ot – tam go wieśniacy rzucą kamieniem, tam do niego z czegoś wystrzelą, dźgną widłami i uciekną z wrzaskiem. No i potwór po jakimś czasie zaczyna żałować, że żyje, więc obraca swoją nienawiść w kierunku stwórcy (to takie w stylu zbuntowanych nastolatków). Rozpoczyna się zemsta monstrum.

Nawet jeśli ktoś nie czytał dzieła Mary Shelley, to pewnie i tak kojarzy znajomą scenę (np. z filmu), na której szalony naukowiec podczas burzy z potężnymi piorunami powołuje do życia monstrum. Potwór najczęściej jest poskładany z pojedynczych elementów (niczym z klocków Lego), niezgrabnie pozszywany w całość, z nieproporcjonalnie wielką, walcowatą głową. I mówi coś w stylu „mhrrRRaar”. Ale niestety – to wszystko wytwór wyobraźni znacznie późniejszych twórców, którzy przetwarzali dzieło Mary Shelley na własną modłę. Bo autorka nie wspomina nic o metodach stosowanych przez Wiktora Frankensteina przy jego pracy, choć uważny czytelnik wychwyci w treści fascynację naukowca nieposkromioną elektrycznością (w ówczesnych dysputach często uznawana ona była za „iskrę życia”) oraz grasowaniem po cmentarzach. Wnioski w mniej, lub bardziej oczywisty sposób nasuwają się same, jednak nie ma tutaj mowy o spektakularnym pokazie żywych piorunochronów – u Shelley stworzenie przebiega w kameralnych warunkach. Funkcjonujące obecnie w kulturze wyobrażenie potwora również nie do końca koresponduje z literackim wzorem. Potwór według Shelley przypominał raczej sporych rozmiarów dzikie zwierzę – niezwykle szybki, gibki oraz silny. Późniejsi twórcy przetworzyli go na powolnego i niezgrabnego gbura i… tak już się ogólnie przyjęło. Jedyne co pozostało wspólne, to że zawsze i bez wyjątku jest brzydki.

Była już godzina pierwsza. Deszcz bębnił smętnie o szyby, a świeca wypaliła się niemal do cna, gdy w przygasłym świetle ujrzałem, jak stwór otwiera tępe, żółte ślepie; po chwili westchnął ciężko, a przez jego członki przebiegło konwulsyjne drgnienie.*

Wychodzi na to, że Frankensteina warto przeczytać, nawet jeśli komuś się wydaje, że zna tę historię. Można się poczuć zaskoczonym. Żadnym zaskoczeniem nie jest natomiast stylistyka powieści, wierna ówczesnym trendom (tak mi się wydaje), czyli zachowująca wielce szlachetny język opowiadania, czasem popadający nawet w poetyzm, pełny górnolotnych oracji i deklamacji. Padają tutaj m.in. tak cudaczne słowa jak: wykrzeszże, niebosiężny i rozżagwia. To jest wspaniałe w tych klasykach wśród klasyków, że w przypadku wiernego przekładu dodatkowo otwierają nam oczy na bogactwo i kombinacyjne możliwości języka polskiego. Tutaj nawet potwór zadziwia inteligencją i erudycją, a przez to jest jeszcze bardziej przerażający. Jest też wyjątkowo ludzki i godny współczucia, gdy prosi Wiktora Frankensteina o stworzenie mu potwora-partnerki. Swój chłop, do kobiet go ciągnie.

Pewnie, że powieść cierpi na parę ułomności i nie można odmówić racji krytykom, którzy od zawsze zarzucają Frankensteinowi kulejącą logikę działań bohaterów i zbytnie nieprawdopodobieństwa fabularne, ale skoro książka wznawiana jest do dziś, to znaczy, że nie może być aż tak źle. To powieść grozy i ma swój naiwny urok oraz atmosferę, która skutecznie udziela się czytelnikowi. A tak z nieistotnych detali, to wydaje mi się, że postać Ernesta jest tam zupełnie zbędna. Mylę się?

Szynszyle Francisco Goyi - inspiracja dla pierwszego filmowego potwora.
Szynszyle Francisco Goyi – inspiracja dla pierwszego filmowego potwora.

Jeszcze jedna rzecz jest warta wspomnienia. Frankenstein przez te wszystkie lata ukazywał się w różnych formach i nawet sama autorka w późniejszych wydaniach wprowadzała w treści spore zmiany natury religijnej oraz społeczno-moralnej. Ugrzeczniła ją po prostu, ale nie bez powodu, bo uznała, że przez powieść zawisła nad nią klątwa. Piszę o tym dlatego, że nie tak dawno temu i dopiero po raz pierwszy po polsku, Frankenstein ukazał się w wersji pierwotnej, bez wspomnianych zmian. Nie wiem na ile to prawda, ale jak dla mnie pachnie smakowitym kąskiem. Czuję się więc zobowiązany wspomnieć o tym świetnym wydaniu (Vesper, 2013), bo oprócz Frankensteina zawiera ono owoce literackiej zabawy pozostałych uczestników pamiętnego wieczoru z 1816 roku. Nie są one tak imponujące jak dzieło Mary Shelley, ale z pewnością warte rzucenia na nie okiem. Dodatkowo dostajemy obszerne i wyczerpujące posłowie Macieja Płazy (odpowiedzialnego za świetny i mam wrażenie, że wierny przekład całości), który w fascynującym stylu głębiej przedstawia nam okoliczności powstania Frankensteina, inspiracji i wszelakich zawirowań po jego ukazaniu. Czyli wszystko i wiele więcej na temat tego, co ja tutaj jedynie zasygnalizowałem. Gdyby ktoś nie poczuł się wystarczająco przekonany, to wspomnę o niesamowicie klimatycznych (i trafnie oddających atmosferę powieści) ilustracjach Lynda Warda. Aha, jest jeszcze zakładka (również z ilustracjami)! Słowem (no dobra, dwoma słowami) – wzorowe wydanie. Trzeba chwalić takie inicjatywy, bo nawet jeśli ktoś, kiedyś i gdzieś czytał Frankensteina, to teraz ma powód, by do niego na nowo wrócić.

Za tak długim żywotem powieści stoi z pewnością jej uniwersalność i głębokie możliwości interpretacyjne, co w jakimś stopniu sugeruje choćby oryginalny podtytuł powieści Frankenstein, czyli współczesny Prometeusz. To historia o tym, jak śmiały naukowiec postanowił ujarzmić siłę, która do tej pory należała jedynie do Boga i jak został za to ukarany. To opowieść o odpowiedzialności za swoje czyny, o konsekwencjach, o dążeniu do nieśmiertelności, o moralnych granicach nauki, o potrzebie bliskości, o bezwzględnej zemście, o nie wiem czym jeszcze, ale o czymś na pewno. Możesz wybrać, albo dopisać coś własnego. Ja już muszę przestać, bo za długi ten wpis.

* Mary Shelley, Frankenstein, tłum. Maciej Płaza, wyd. Vesper, Czerwonak 2013, str. 61

Advertisements

Jedna uwaga do wpisu “Frankenstein – Mary Shelley

  1. Kilka miesięcy temu spróbowałam przeczytać „Frankensteina” (w jakimś starym wydaniu i tłumaczeniu), ale nie zdzierżyłam tego stylu, poddałam się dość szybko i całkowicie zniechęciłam.

    Co do Vesper, to bardzo fajnie wydali też np. „Golema” – okładka, ilustracje, zakładka itd. Tylko przypisów mi zabrakło, ale reszta to rekompensowała.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s