Frankenstein – Mary Shelley

frankensteinBędąc jeszcze małym zasmarkańcem grałem na poczciwym Pegasusie w grę Frankenstein. Było to dzieło, które dzisiaj z powodzeniem uciągnąłby każdy kalkulator – tak zaawansowany poziom w dziedzinie grafiki i skomplikowania rozgrywki prezentowało. Strasznie kapuściarska gra, ale wtedy jedna z niewielu w moim zasięgu, więc grałem uparcie. Irytowałem się stale, a mój bohater umierał raz za razem, ale jednocześnie działała na mnie magia tytułu, jego groza (a gra była w jakimś stopniu przerażająca i rozpalała wyobraźnię dziecka). Koniecznie pragnąłem uratować tę dziewczynę porwaną przez Frankensteina, jednak nigdy mi się to nie udało. Kiedy dzisiaj uruchamiam tę grę na emulatorze, albo z nostalgią oglądam jej fragmenty na filmikach, to widzę, że było to wręcz niemożliwe (przynajmniej dla mnie). Co jednak najciekawsze i tym razem dotyczy już dzieła Mary Shelley to fakt, że twórcy gry powielili często spotykany nawet dzisiaj błąd – nazwali potwora Frankensteinem. Zresztą mam przeczucie, że nie było tam nikogo, kto w ogóle przeczytałby tę klasyczną powieść. Efekt był taki, że nasz skoczny chłopek zanim poskromił potwora musiał po drodze posiekać swoim mieczykiem m.in. Meduzę i hrabiego Drakulę. Wspomniany błąd w nazewnictwie jest tak powszechny, że prawie nikt nie zwraca już na niego uwagi i czy to w ramach skrótu myślowego, czy też wygody przyjęło się potwora określać nazwiskiem jego stwórcy. Ale ja przeczytałem powieść Mary Shelley i ruszam z krucjatą, by Wiktor Frankenstein odzyskał swoje nazwisko, a potwór sczezł bez imienia!

Czytaj dalej „Frankenstein – Mary Shelley”