Witajcie w Ciężkich Czasach – E.L. Doctorow

witajcie w ciezkich czasachWszyscy kojarzymy, jak to zwykle bywa w westernach, kiedy do spokojnego dotychczas miasteczka przybywa banda zbirów, którzy nie potrafią się zachować jak na dżentelmenów przystało. Zarośnięci jak agrest, śmierdzą gorzej od własnych koni, przesiadują w knajpie podszczypując prostytutki i pijąc whisky, a z płacenia za obie te przyjemności zamierzają wykręcić się poprzez wymachiwanie rewolwerem. Ostatecznie robią rozróbę, kogoś zranią, coś zniszczą, wsiądą na własne (albo nie) konie, oddadzą kilka strzałów na wiwat i krzycząc coś w stylu „hija!” pogalopują w siną dal. Albo nie. Albo w międzyczasie w knajpie pojawi się śmiałek z błyszczącą gwiazdą szeryfa na piersi, ze wsparciem kilku uzbrojonych w strzelby mieszkańców miasteczka. Szeryf opanowanym tonem wyjaśni bandytom, jak bardzo nie odpowiada mu ich obecność oraz zachowanie, każe im zapłacić za kobiety, whisky i wynosić się pod kamień, spod którego wypełzli. Panowie nagle odnajdą w sobie głęboko ukrytą szarmanckość oraz dobre wychowanie, po czym spełnią prośbę szeryfa, uchylą zakurzone od preriowego piasku kapelusze i grzecznie się oddalą na własnych koniach, odprowadzani wzrokiem dumnych z szeryfa mieszkańców. Albo nie. Albo łobuzy odpowiedzą temu cieciowi z gwiazdką, by odbył stosunek płciowy z własnym koniem, a potem z samym sobą, po czym wyciągną rewolwery i oddadzą kilka ostrzegawczych strzałów w kierunku głowy szeryfa oraz pozostałych obrońców. Wywiąże się strzelanina, pęknie mnóstwo butelek z dobrym alkoholem, z głowy pospadają kapelusze, a w trociny wysypane na podłodze knajpy zacznie wsiąkać krew. Scena z gatunku: klasyka Dzikiego Zachodu, ale możecie o niej zapomnieć. Powieść Doctorowa pozbawiona jest klasycznych scen i już piszę, co dostaniemy w zamian.

Do małego, ubogiego miasteczka gdzieś w Dakocie przybywa nie grupa łachmytów i bandziorów, ale aż jeden człowiek. To wystarcza, by mieszkańcy mieli pełne gacie ze strachu, bo nieproszonym gościem jest Zły Człowiek z Bodie. Tak na niego mówią, bo nawet nie wiedzą, jak się nazywa. I nie interesuje ich to. Obok czego jednak mieszkańcy nie potrafią przejść obojętnie, to fakt, że Zły Człowiek z Bodie jest istnym wcieleniem zła (a to zaskoczenie). Nie jest przeciętnym łobuzem szukającym bitki i wypitki. Jest milczącym i bezwzględnym brutalem, gotowym bez żadnego powodu posunąć się najgorszych czynów. Panoszy się po miasteczku, a sparaliżowani strachem mieszkańcy biernie się temu przyglądają. Nie wychodzą z ukrycia nawet wtedy, gdy odwagą postanawia popisać się cieśla i uzbrojony w śmiercionośną deskę rusza na Złego Człowieka. Odważny, ale głupi ruch i od tamtej chwili w miasteczku zwalnia się etat cieśli. A taki fachowiec miałby pełne ręce roboty, bo intruz – zanim odjedzie na kradzionym koniu w stronę obowiązkowo zachodzącego słońca – wywołuje pożar i do rana z mieściny pozostają zaledwie zgliszcza. Kilkoro mieszkańców, którym udało się przeżyć stają przed dylematem: odejść w poszukiwaniu nowego domu czy pozostać i deska po desce własnymi siłami odbudować miasteczko.

— Prawda jest taka: jeśli nie zrujnuje człowieka susza albo wichura, to przyjedzie pijany diabeł z rewolwerem w szponach i go wykończy.*

Głównym bohaterem i zarazem narratorem jest Blue – człowiek w podeszłym wieku, który przed tragicznymi wydarzeniami był uznawany przez mieszkańców za kogoś w rodzaju burmistrza, a w trakcie wizyty Złego Człowieka wykazał się wybitnym tchórzostwem. Ale to właśnie Blue postanawia za wszelką cenę odbudować swoje dawne życie, co może się okazać karkołomnym zadaniem zważywszy, że do pomocy ma byłą prostytutkę Molly, kilkunastoletniego dzieciaka i Indianina niemowę, Johna Niedźwiedzia. Nie jest to budowniczy dream team, więc sprawy rozwijają się mało obiecująco. Jednak kiedy okazuje się, że w pobliskiej kopalni prawdopodobnie jest złoto w okolice zaczynają zjeżdżać osadnicy (m.in. Rosjanin z grupą rozmaitych prostytutek), a Blue zaczyna wierzyć w powodzenie swojej misji i nawet oficjalnie nadaje nazwę miasteczku: Ciężkie Czasy. Ponoć dobra nazwa to połowa sukcesu.

Choć powieść Doctorowa nadal trzeba określać westernem, to stanowi ona coś w rodzaju jego kompletnego przeciwieństwa. Jest całkowicie obdarta z klasycznego mitu Dzikiego Zachodu, a wszystkie wartości, które on ze sobą niósł nie mają w Ciężkich Czasach prawa bytu. Już samo obsadzenie w głównej roli takiego wymoczka i tchórza jakim jest Blue, wiele mówi o wydźwięku powieści. Byli mieszkańcy wciąż drżą na myśl o Złym Człowieku, a cały proces odbudowy miasteczka naznaczony jest racjonalną obawą – czy ktoś odważy się stawić Mu czoła, gdy pojawi się ponownie? Witajcie w Ciężkich Czasach to historia mocno kameralna, skrojona pod zaledwie garstkę bohaterów, wśród których próżno szukać tak wspaniałych cech jak odwaga, poświęcenie, empatia. Fundamentami, na których Blue próbuje odbudować mieścinę jest troska mieszkańców o własną skórę, chęć zysku, interesowność i osobista nienawiść (Molly stale nie potrafi bohaterowi wybaczyć tchórzostwa). Doctorow wyraźnie zrywa z klasycznymi tradycjami westernu, kojarzącym się także z raczej ciepłymi, wręcz pustynnymi klimatami. Tymczasem Blue i reszta będą musieli przetrwać srogą zimę ukryci w ziemiankach (Dakota to nie Teksas), a ich największym wrogiem będzie głód.

(…) Ale nie myśl, szanowny czytelniku, że z racji tych wszystkich wspaniałości jesteś lepszym kowalem własnego losu niż ja. Czy czytając moją historię bardzo się gorszysz? No cóż, dałbym wiele za to, żeby znać twoją. Czyny twojego ojca tkwią w tobie, podobnie jak czyny jego ojca tkwiły w nim, nikt z nas nie zaczyna od początku, dźwigamy na sobie brzemię pokoleń; nic się nie mnoży oprócz kłopotów, kolejne klęski są po prostu coraz większe, to wszystko.**

Takie przedstawienie sytuacji przez autora sprawia, że Witajcie w Ciężkich Czasach otwiera się również na czytelników, którzy gatunkowych powieści być może nie trawią. Co prawda nie czyni to jeszcze z dzieła Doktorowa jakiegoś wybitnego studium ludzkich zachowań i głębokiej psychologicznie historii, ale z pewnością poszerza grono ewentualnych czytelników zainteresowanych lekturą. A fani westernów? Cóż, oni powinni być świadomi, że nie uświadczą tutaj żadnej wielkiej, ani małej wyprawy w kierunku przygody. Nawet na moment nie opuszczą mieściny, nie wyjrzą poza horyzont, nie wsiądą na konia, bo te głodujące chabety prawdopodobnie nie byłyby w stanie unieść człowieka i nieistotne, że również wychudzonego. Witajcie w Ciężkich Czasach to nieustanna szarpanina bohaterów z przykrą codziennością, walka o byt, godność oraz spokój istnienia. Lektura warta polecenia nie tyle zwolennikom Dzikiego Zachodu w tej najbardziej rozpowszechnionej formie, co miłośnikom danej epoki i jej różnych odcieni. W zasadzie zamykanie w gatunkowej szufladzie tej powieści czyni jej krzywdę i boję się, że sam to w jakimś stopniu zrobiłem, choć bardzo nie chciałem.

Podsumowując. Jeśli przypadkiem szukasz westernu, ale go nie lubisz w klasycznym sosie – jeśli szukasz antywesternu – to gratuluję.

* E.L. Doctorow, Witajcie w Ciężkich Czasach, tłum. Mira Michałowska, Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 1984, str. 28
** Tamże, str. 150

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s