Zbrodniarz i dziewczyna – Michał Witkowski

zbrodniarz-i-dziewczyna-Bombowa ciekawostka: kiedy na pełnym spontanie czytałem swoją pierwszą powieść autorstwa Witkowskiego (Drwal) jeszcze nie zdawałem sobie sprawy, że jest on gejem (Witkowski, nie drwal). Niby w treści wiele było akcentów homo, ale przecież równie dobrze mogła to być jedynie taka kreacja, więc nie przykładałem do tego uwagi. Koniec ciekawostki.
Wróble ćwierkają, że gej wyczuje innego geja natychmiast gdy ten się pojawi w pobliżu, a to dzięki czemuś w rodzaju pajęczego zmysłu Spider-Mana, który w chwili zagrożenia doświadcza charakterystycznego mrowienia i wie, że powinien być czujny. Geje mają taki własny homo zmysł czy też gej radar, ale ja go nie posiadam, więc pewność co do orientacji seksualnej Witkowskiego miałbym dopiero, gdyby ten usiadł mi na kolanach, zaczął smyrać mnie palcami za uchem i opowiadać przeróżne świństewka. Nie żeby kwestia takiej czy innej orientacji była jakoś szczególnie istotna w kontekście literatury (proza jest uniseks, homo, bi, hetero), ale chyba chciałem się pożalić jak to uśpiono moją zajęczą czujność. O Drwalu wspominam też z istotniejszego powodu, bo Zbrodniarz i dziewczyna jest nijako kontynuacją poprzedniej powieści, tymczasem stare ludowe porzekadło mówi, że zanim połasisz się na drugą część, warto poznać pierwszą. Ale kim ja jestem, by mówić komukolwiek co ma robić? Co ja sobie w ogóle wyobrażam? Lepiej bym coś wreszcie o samej książce napisał, a nie.

Nie jestem w stu procentach pewny, ale Witkowski pozostając w klimatach kryminalnych (bo tak to trzeba nazwać) chyba sam sobie wyrządził szkodę. Początkowo nic na to nie wskazuje, bo pierwsza cześć książki jest dobra. Nie jakoś nadzwyczajnie dobra, ale dobra. Tempo nakręcania mechanizmu intrygi wydaje się odpowiednie, kolejne wydarzenia układają się nieśpiesznie w miarę logiczne (z przymrużeniem) i zazębiające się wątki. Potem autorowi udaje się nawet zmrozić nam nieco krew w żyłach, kiedy odnajdywane są kolejne ofiary grasującego we Wrocławiu Przedwojennego Mordercy, którego kręcą przebieranki. I nagle gładko do tej pory kręcące się koła zębate całego układu zaczynają zgrzytać. Z nieprzyjemnym chrzęstem zwalniają, gdy udajemy się wraz z bohaterami do Międzyzdrojów, bo w mojej opinii ten fragment jest całkowicie zbędny, bez sensu i wydaje się wciśnięty jedynie z racji sentymentu autora do tamtych okolic. Co najmniej głupie posunięcie, nielogiczne i co gorsza, rozbijające pewną spójność nastroju Wrocławia. Tak jakby w głowie Witkowskiego najpierw powstał pomysł by udać się do Międzyzdrojów, a dopiero potem zaczął kombinować po co wysłać tam bohaterów. Z perspektywy czytelnika to jak piasek w trybach: przepadło i nie jest wstanie maszynerii na nowo rozruszać nawet późniejszy powrót do Wrocławia z wyróżniającym się na Rynku Pręgierzem, który kiedyś był areną widowiskowych kaźni, a obecnie jest miejscem spotkań zakochanych par (jeśli akurat nie jest oblegany przez robiących wszystkiemu zdjęcia niemieckich emerytów i japońskich turystów).

I kiedy już myślimy jedynie o tym, by bez emocji doczołgać się jakoś do końca, nagle coś brzdęka, jęczy, stuka i cały mechanizm rozpada się z hukiem, a wylatujące z niego pojedyncze elementy wybijają nam szybę w oknie, dziurawią obrus na stole, przekrzywiają abażur na lampce i, rykoszetując, tłuką żarówki w żyrandolu. Bo oto autor postanowił zakończyć powieść i tym samym dokumentnie zabić w czytelniku miłe wspomnienia z lektury. Ja nadal nie wierzę, że można było w tak beznadziejny sposób zamknąć historię. Co to w ogóle? Byłem w tak ciężkim szoku, że jeszcze przez chwilę szukałem dalszych stron, bo przecież muszą gdzieś być, może nie wydrukowali, może wypadły. Zdecydowana czołówka najbardziej skasztanionych finałów, nawet zakładając, że kiedyś powstanie ciąg dalszy. O rany, musiałem ostrzec.

Wielka szkoda tego fabularnego kwasu, bo w szerokim spojrzeniu podoba mi się styl Michaśki Witkowskiego. Jego dyskusje z Paulą zawsze w jakimś stopniu mnie bawią i jednocześnie trochę zbijają z tropu, gdy sfrustrowany mężczyzna (Paula jest nauczycielem polskiego, więc trudno się dziwić) w typowo męski i wypełniony wulgaryzmami sposób opowiada o swoim dniu, stosując przy tym żeńską końcówkę rodzajową. Nawet teraz nie wiem, czy pisać o nim w sensie kolegi czy koleżanki, ale kiedy zaczyna się on żalić o przerabianym na lekcji Przedwiośniu to mimowolnie się uśmiecham. Niby polonista, a wyraża się w taki swojski, bezlitośnie speluniarski sposób.

Wczoraj miałam robić Przedwiośnie. Oczywiście kurwy nie przeczytały i musiałam całe opowiadać. Już myślałam, że się porzygam. Cezary Baryka urodził się w dalekim Baku, a czy wy wiecie, dziewczynki, gdzie teraz leży dalekie Baku? Gdzie, kurwa, leży piękne Baku?! One patrzą, jakbym im ojca i matkę zabiła. W Azerbejdżanie leży piękne Baku. A gdzie leży piękny Azerbejdżan? (Cisza. Lęk). A w Montevideo, jakbyście się pytały, leży daleki Azerbejdżan! One na poważnie to wszystko biorą i jedna nawet zanotowała. W Montevideo nad rzeką Wołgą leży piękne Baku, gdzie baki samochodowe produkuje się od niepamiętnych czasów. Notują.

One słuchają i jedna wyciąga kuferek, stawia na ławce, otwiera i tam ma patyczki do uszu, różne przybory do makijażu. No i się bezczelnie maluje. Ja już, żeby je zainteresować, myślę sobie, jakieś śmieszne momenty wyeksponuję, o tych quasi-szyjach. Dawniejsze klasy, sprzed dziesięciu lat, toby już leżały na ziemi ze śmiechu. Patrzę, a one jak na pogrzebie słuchają, obrażone. Taka się teraz zrobiła młodzież.*

I przez większość czasu Witkowski pisarsko trzyma fason, a jego proza jest oczywiście niepozbawiona specyficznego humoru: zdystansowanego, ironicznego, czarnego i samokrytycznego. Michaśka na ścianie ma zdjęcie Elfriede Jelinek i w przypływie zazdrości rzuca w nie strzałkami, bo „suka tak fajnie pisze”. W sprawach wątpliwych językowo zwraca się on do swojej redaktorki, a robi to bezpośrednio w treści książki i wtrętom tym nie sposób odmówić uroku (żal, że w drugiej połowie powieści ten element zanika). W pewnym momencie ciężar dowcipów niebezpiecznie dryfuje w niesmacznym kierunku i ten swoisty mariaż ironii i humoru z flakami, jelitami i gnijącymi ciałami nie każdemu przypasuje. Mój próg wrażliwości na tego rodzaju atrakcje jest wysoki i choć zniesmaczenia nie odczułem, to jednak śmiechów jakoś mniej. Udało się nawet osiągnąć coś w rodzaju odwrotnego skutku, gdy fragment, który w zamierzeniu miał poruszyć swoim zezwierzęceniem rozbawił mnie pewną pokracznością. Jakby był wyrwany z powieści o całkowicie innym wydźwięku i kompozycji.

Mam uczucie, że im bardziej Witkowski próbuje fabularyzować swoją prozę, tym gorzej mu wychodzi. Drwala chwaliłem, choć wtedy nie wiedziałem, czego po autorze się spodziewać. Lubiewo było świetne, pełne humoru, anegdot i pierwszorzędnych dialogów. Na ich tle Zbrodniarz i dziewczyna prezentuje się jak zbiór niewykorzystanych do tej pory wątków, spiętych na szybko klamrą banalnej do bólu fabuły. Jak trzecia z kolei siostra nosząca sprane ubrania po starszym rodzeństwie. Słabo.

*Michał Witkowski, Zbrodniarz i dziewczyna, wyd. Świat Książki, Warszawa 2014, str. 76

Advertisements

5 uwag do wpisu “Zbrodniarz i dziewczyna – Michał Witkowski

  1. Też lubię Witkowskiego, ta książka jest teraz w kolejce. Gejem nie jestem, ale gejowatość Witkowskiego wali IMHO pomiędzy słowami mocno („Lubiewo” jest też w wersji audio, czytanej przez autora tym jego stylizowanym głosem i jest to dla jednych odrażające, dla drugich znaczące – a ja miałam świetną zabawę przy myciu garów).
    Łóżkowy Raczka (nie pamiętam nazwiska, ten od „Berka” chyba) też pisze, ale w porównaniu z Witkowskim wypada strasznie groteskowo i nieporęcznie – choć wrzucanie Witkowskiego do szuflady „pisarzy gejowskich” jest mocno krzywdzące, bo facet naprawdę dobrze pisze – w sumie nie ważne „o czym” tylko „jak” jest istotne.
    Cytat z książki sprawił, że chyba ciepnę tym co teraz meczę i wezmę się za „Zbrodniarza i dziewczynę” :)

  2. Oj, wiem, że gejowatość autora wali miedzy słowami mocno, ale najwyraźniej przy Drwalu miałem jakieś zaćmienie, a może blokadę umysłową i dopiero po jakimś czasie dopuściłem do myśli ewentualność „hej, a może Witkowski jest naprawdę gejem?”. Przy Lubiewie nie miałbym już wątpliwości i może wszystko rozbija się o kolejność z jaką podchodziłem do powieści.
    Z jednej strony nie można klasyfikować Witkowskiego jedynie jako „pisarza gejowskiego”, ale z drugiej strony jego proza jest mocno nasycona homoseksualizmem, więc mimo wszystko to „pisarz gejowski”, choć na tym określeniu się nie kończy i wypadałoby to jakoś oprócz tego rozszerzyć.
    I też podoba mi się „jak” Witkowski pisze, ale jeśli kolejna powieść będzie kontynuacją, albo „duchową następczynią” Drwala i Zbrodniarza i dziewczyny, to dwa, a nawet trzy razy się zastanowię, zanim podejmę decyzję o przeczytaniu.

    1. Mnie właśnie „Drwal” ominął – „Lubiewo” było pierwsze, potem „Barbara Radziwiłłówna ze Szczakowej” czy jakoś tak, a potem nic:) Zachęciłeś mnie tym cytatem, choć trochę fukasz w ogóle na tę książkę :] Ale mniejsza o to – ja lubię czytać „gejowych” głównie z przekory (bo społeczeństwo fuka ostrrro, bynajmniej z powodów literackich) i z chęci odkrywania, czy w literaturze jest jeszcze coś, co mnie zszokuje – a tu Witkowski miło zaskoczył, bo oprócz peregrynacji gejostwem po polskich szlakach, pokazał, że litery potrafi stawiać i to nawet zacnie. I tak szukanie szoku zmieniło się w czytanie „po prostu”.
      No dobrze, wracając do wora z „literaturą gejowską” to Witkowski jest chyba jedynym ujawnionym gejem w Polszy współczesnej, co pisać potrafi – ale przyznaję się do ogromnej ignorancji w tym temacie – czytałam może ze 3 polskich autorów, których tak marketingowo napiętnowali analem wydawcy, i jest słabo w tym worku. Dlatego nie lubię takiej klasyfikacji, bo w mojej pobieżnej praktyce wygląda to tak, że to orientacja autora czyni go pisarzem, dopiero potem tematyka, a na końcu – talent. Przesz kurczę nie ma czegoś takiego jak „literatura heteroseksualna” dla przeciwwagi, więc dodatkowo pojawia się pytanie czy to jest kino gatunkowe czy autorskie? :>

  3. No tak, ale jeśli ominął Cię „Drwal”, to jednak proponowałbym go nadrobić, zanim zaczniesz „Zbrodniarza i dziewczynę”. Bo wracają postaci, wracają wątki i choć znajomość „Drwala” nie jest obowiązkowa, to jednak pozwala nadążyć za autorem. Pomijając już fakt, że jest zwyczajnie lepszą powieścią.
    I trzeba było się skarżyć, że filtr spamowy nie chciał puścić Twojego komentarza, bo czasem to robi. Pozwoliłem sobie zmienić autorstwo Twoich wpisów na łatwiej dla mnie rozpoznawalny duet Kota i jego Ani.

    1. Filtr się nie objawił jako filtr – po prostu komentarze się rozpływały w nicości bez słowa wyjaśnienia. Winiłam za to raczej fochy wordpressa i moich skryptów blokujących, stąd zmiana.
      Zacznę Drwalem.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s