Płyń z tonącymi – Lars Mytting

plyn-z-tonacymiLars Mytting ubiega się o tytuł naczelnego drwala literatury, bo uwielbia dłubać w drewnie. Ja wiem, że każda tradycyjna książka to w jakimś sensie drewno, ale to autorowi Płyń z tonącymi najwyraźniej nie wystarcza. Jego poprzednie dzieło, które ukazało się także w polskim przekładzie nosi tytuł Porąb i spal: wszystko, co mężczyzna powinien wiedzieć o drewnie i jeśli wierzyć prasowym notkom, to jakiś rodzaj poradnika, w którym Mytting z gawędziarską swadą przytacza liczne historie związane z drewnem i nie da się w tym wszystkim ukryć, że autor drewno kocha, tak jak Gepetto kochał Pinokia. Natomiast Płyń z tonącymi dźwięczy już bardziej fikcyjną i oderwaną od rzeczywistości nutą, bo jest powieścią o naturze przygodowo-kryminalnej, choć nadal to właśnie drewno pozostaje w niej szalenie istotne, wręcz niezastąpione. Cóż, zawsze to jakiś charakterystyczny oraz rozpoznawalny element, bo chyba miło, gdy pisarz ma jakąś pasję poza spacerowaniem z notatnikiem i spisywaniem w nim inspiracji na kolejną książkę.
No dobrze, ustaliliśmy już, że nikt nie odbierze Myttingowi tytułu konesera drewna, ale jak u niego z wymyślaniem intryg, prowadzeniem historii, a przede wszystkim pisaniem w ogóle? Być może będzie to dla kogoś zaskoczeniem i niech mi się siekiera w dłoni omsknie jeśli się mylę, ale ten pisarz o naturze drwala wyjątkowo sprawnie sprostał wyzwaniu, które sam sobie postawił.

Czytaj dalej „Płyń z tonącymi – Lars Mytting”

Dziwna myśl w mej głowie – Orhan Pamuk

Dziwna-myslKiedyś podczas prywatki miałem okazję rozmawiać z pewnym Turkiem. Chociaż „rozmawiać” to chyba mało precyzyjne określenie, bo o ile jego angielski był na przyzwoitym poziomie, tak mojemu brakowało nieco obycia, treningu i umiejętności odnalezienia w pamięci niezbędnych aktualnie słów. No ale dogadywaliśmy się, bo spożyty alkohol już nie takie bariery społeczne przełamywał. I tak jakoś temat zszedł akurat na Pamuka, bo wtenczas byłem pod sporym wrażeniem jego Nazywam się Czerwień. Cmokając z uznaniem i stosując uniwersalny gest kciuka w górę próbowałem przekazać mojemu rozmówcy, że Pamuk to klawy koleś i fajnie mu wyszła powieść, na co mój gość zrobił skwaszoną minę i mówi coś w rodzaju: pisarz z niego dobry, ale miałem okazję z nim porozmawiać i okazał się mało sympatycznym arogantem. Pomijając już kwestię na ile opinia tego akurat Turka przekładała się na rzeczywistość, to początkowo byłem niemile zaskoczony, że Pamuk mógłby być bucem. Ale potem naszła mnie refleksja, że przecież nie na byciu miłym polega misja pisarza i nie za bycie sympatycznym go cenimy, bo większość z nas pozna go wyłącznie z jego dzieł. Pewnie: trochę niefajnie, że Pamuk jest burakiem, ale to w zasadzie nie mój problem, bo do łóżka nie zamierzam go zapraszać. Jakiś czas potem zaliczyłem nieudane podejście do lektury Śniegu. Nie. Ono nie było nieudane – to była katastrofa, bo Śnieg dołączył do niechlubnego grona powieści, których nie dokończyłem. Na długi czas Pamuk był dla mnie martwy literacko i wypadł z kręgu moich zainteresowań, a teraz uznałem, że pora dać mu kolejną szansę, bo przecież kiedyś spędziliśmy wspólnie kilka miłych wieczorów zabarwionych czerwienią. Okazja trafiła się dogodna, bo nie tak dawno temu ukazała się jego nowa powieść, więc sprawdźmy, co ten rzekomy gbur ma tym razem do przekazania czytelnikom.

Czytaj dalej „Dziwna myśl w mej głowie – Orhan Pamuk”

Pierwszych piętnaście żywotów Harry’ego Augusta – Claire North

pierwszych pietnascie zywotowA co by było, gdyby nasza śmierć nie niosła dla nas samych żadnych konsekwencji? W sensie: jak w grze, w której skucha i strata życia skutkuje jedynie rozpoczęciem zabawy od początku poziomu, z tą przewagą, że tym razem jesteśmy w stanie wyciągnąć wnioski z własnych błędów i nie popełnić ich ponownie. Jak to mówią: życie ciężka plansza, ale trzeba ją przejść i nieograniczona ilość prób byłaby znacznym ułatwieniem. Zresztą dyskusja o śmierci zawsze pełna jest przypuszczeń oraz pobożnych życzeń i jeśli dobrze się przyjrzeć to nasz zgon rzeczywiście nie niesie dla nas samych żadnych konsekwencji, bo trudno martwić się o rzeczy przyziemne będąc zakopanym na wieki pod ziemią (niezdzieralna klasyka pogrzebów, bo co z oczu – to z serca), albo będąc zredukowanym do roli pyłu (nowoczesna i coraz popularniejsza opcja – przynajmniej w tej odmianie). Skutków naszej śmierci nie odczujemy my sami, lecz nasza rodzina i bliscy, więc w jakimś sensie klawo jest być egoistą i samotnikiem, bo takim zapewne łatwiej umierać bez żalu. Naturalnie mogę się mylić w tych swoich nie do końca poważnych rozważaniach, ale jedynie opinia kogoś, kto umarł – najlepiej wielokrotnie i w różnym stylu, by miał porównanie – przekona mnie w stu procentach do zmiany opinii. Takim kimś zdecydowanie byłby Harry August, więc zobaczmy co ma nam do powiedzenia.

Czytaj dalej „Pierwszych piętnaście żywotów Harry’ego Augusta – Claire North”

Matka Makryna – Jacek Dehnel

matka makrynaA była taka zakonnica, o której poematy pisał Juliusz Słowacki i o spotkanie z którą zabiegał sam Adam Mickiewicz. Była, była – w połowie XIX wieku i to ponoć najprawdziwsza prawda. Makryna Mieczysławska się zwała i piastowała stanowisko przełożonej w mińskim klasztorze bazylianek. Ale pewnego dnia przyszedł zły Rosjanin (prawosławny biskup konkretnie) zlikwidował ten katolicki kurnik i nakazał Makrynie oraz jej podwładnym siostrom zaprzeć się swojej wiary. Ponoć prawosławie lepsze i to jedyna droga do zbawienia, więc albo jesteś z nami, albo cię skujemy kajdanami i zmusimy. Makrynie – jak przystało na kobietę – pomyliło się „nie” z „tak” no i rozpoczął się festiwal upokorzeń. Przy okazji bazylianki okazały się się twardymi sztukami, które pomimo niedoli porównywalnej z późniejszymi łagrami, swojej wiary się nie wyrzekły. Umierały z przemęczenia i umierały od mrozu, doświadczały wymyślnych tortur, były głodzone, oślepiane, schorowane. Ale kiedy udało im się przeżyć kolejny dzień i spędzały noc w mroźnym lochu swojego klasztoru, to ogrzewała je myśl o Jezusie – jego miłość dodawała im sił, a wiara w niego sprawiała, że rany natychmiast się goiły. Takie rzeczy. Osobiście go nie znam, ale ten cały Jezus brzmi na spoko kolesia. Aż pewnej nocy nadarza się okazja i uciemiężona Makryna wraz z paroma siostrami ucieka z niewoli, po czym natychmiast rusza w stronę Rzymu, by się poskarżyć panu papieżowi. Czeka ją kawał drogi, więc zdąży jeszcze zaliczyć tournée po Europie i niczym dziewiętnastowieczna gwiazda popu opowiedzieć wszystkim zainteresowanym o swoim męczeństwie. Atencja przede wszystkim i gdyby miała taką możliwość, to pewnie pisałaby o tym bloga. Albo chociaż tweetowała.

Czytaj dalej „Matka Makryna – Jacek Dehnel”

Michael Jordan. Życie – Roland Lazenby

jordan zycieDruga połowa lat 90. to czas mojej fascynacji NBA. Okres, kiedy na amerykańskich parkietach brylował Jordan z ekipą Byków był niezwykle motywujący, bo to właśnie wtedy z własnej inicjatywy nauczyłem się podstaw gry w koszykówkę. Kupiłem piłkę, jak również podręcznik wyjaśniający zasady gry oraz technikę najważniejszych jej elementów, bo wcześniej nie potrafiłem nawet kozłować w ruchu, a dwutakt był tylko czymś, z czego dostawałem jedynki na wuefie. W pokoju powiesiłem mini kosz, do którego rzucałem mini piłką zamiast odrabiać lekcje. Co rano włączałem TV, by sprawdzić na Telegazecie (jakie czasy, taki Internet) wyniki nocnych spotkań, w szkole przeglądałem czasopisma w rodzaju „Magic Basketball”, a po lekcjach paradowałem w koszulce Jordana, którą kupiłem za wybłagane od rodziców pieniądze. Nieważne, że była o kilka numerów za duża, sięgała do kolan i wisiała na mnie jak na cmentarnym krzyżu – tylko taką mieli i wymarzyłem ją sobie. Była za to zaskakująco dobrze wykonana – mam ją do dzisiaj, zachowaną w całkiem niezłym stanie i wreszcie nie jest za duża. Potem nadeszły niezapomniane finały Byków z Utah Jazz, którymi się ekscytowałem jak pomyleniec, ale tuż po ich zakończeniu i wraz z rozpadem niesamowitej drużyny z Chicago także moja motywacja osłabła. Nadal lubiłem porzucać, ale koszykarzem już być nie chciałem, bo życie jest jak partia szachów i nie każdy może być czarny. Jednak mam do Jordana ogromny sentyment i gdybym musiał wybierać sportowca, który najmocniej wpłynął na moje życie, to byłby nim właśnie on. A jeśli się mocniej zastanowię, to okazuje się, że innych w ogóle nie było.

Czytaj dalej „Michael Jordan. Życie – Roland Lazenby”

Drach – Szczepan Twardoch

drachSłowniki podpowiadają, że drach jest regionalizmem znaczącym tyle, co latawiec, tudzież łobuz. Brzmi mało imponująco, to prawda, ale kiedy zagłębimy się w etymologię, zaczyna nabierać większego sensu i zdecydowanie większych rozmiarów. Wywodzące się z języka niemieckiego słowo Drache budzi już bowiem należny szacunek, bo trudno, żeby smok nie robił wrażenia. I w tych legendarnych stworzeń upatrywałbym genezy tytułu powieści Twardocha, o czym dosyć jednoznacznie wspomina stary mistyk i szaman Pindur w jednej ze swoich natchnionych przemów. Przywołany wprost z proroctw smok jest bowiem wszystkim i niczym jednocześnie: jest doskonałym obserwatorem (grecki drakan znaczy bystrooki), jest żywiołem oraz ziemią, po której stąpają bohaterowie i w której ostatecznie zostają pochowani. To doskonałe ucieleśnienie wszystkowiedzącego, bezstronnego narratora i taką też rolę spełnia w powieści, przemawiając najczęściej z perspektywy oraz głosem śląskiej ziemi nieustannie drążonej i rozsadzanej kopalnianymi szybami – ziemi wielokrotnie w historii dzielonej granicami państwowymi, zaś jeszcze częściej przecinanej torem lotu licznych pocisków oraz ostrzami bagnetów. A przecież mówimy tutaj raptem o niewielkim skrawku terenu w okolicach dzisiejszych Gliwic i Rybnika – rodzinnych stronach autora. Jeśli ktoś w związku z ciasnotą przestrzeni martwi się o stagnację i brak urozmaicenia, to uspokajam: Twardoch jako pisarz ma na swoich usługach coś znacznie potężniejszego, niż zwykłe pole powierzchni. Ma czas. Ma wszystkie te lata i dekady burzliwych dziejów, które łączy jedno miejsce: śląska ziemia właśnie. Nie będę dalej gmatwał, bo za chwilę sam się pogubię we własnym przekazie.

Czytaj dalej „Drach – Szczepan Twardoch”

Księgi Jakubowe – Olga Tokarczuk

Tokarczuk_KsiegiJakubowe_m„Gdyby ludzie umieli zachować swoją wiedzę o świecie, gdyby potrafili ją wyryć w skale, w kryształach, w diamencie i przekazywać w ten sposób swoim następcom, może świat wyglądałby zupełnie inaczej. Cóż nam z tak kruchego tworzywa jak papier? Cóż nam z pisania książek!?[1]”

To są najpiękniejsze momenty w życiu czytelnika. Mam na myśli chwile, kiedy uświadamia on sobie, że trafił na kolejną perłę wśród powieści. Bo na tym to wszak polega: na stałym i niestrudzonym poszukiwaniu kolejnych wspaniałych książek; na syceniu tego niezaspokojonego głodu wielkiej literatury, kiedy po skończonej uczcie z literek klepiemy się z zadowoleniem po brzuszku, jednocześnie zdając sobie sprawę, że uczucie przepełnienia z czasem minie i znów ruszymy na poszukiwanie czegoś wielkiego do skonsumowania. I szukamy, i przebijamy się przez przeciętność, przez wysoki, ale nie wybitny poziom, aż docieramy do kolejnej pod jakimś względem wspaniałej powieści, uzależniającej, pochłaniającej. Procedura się powtarza, książka się kończy, ale w nas na zawsze pozostaje jakiś ślad po niej – sentyment, skojarzenie, cytat, resztka. Po jakimś czasie niby przypadkiem natrafiamy wzrokiem na jej grzbiet pyszniący się na półce i wspomnienia odżywają – cicho, ale uparcie strzelając nam w głowie niczym ugniatana palcami folia bąbelkowa. Po to czytamy, po to też zostawiamy pod ręką najlepsze książki i nie chcemy się z nimi rozstawać. Być może trochę naciągam swoje wrażenia, bo nadal nie jestem w stu procentach przekonany, czy Księgi Jakubowe są dla mnie tym, czym się w tej chwili wydają: powieścią, którą na stałe wpiszę w kanon swoich najważniejszych lektur. Czuję się nią trochę zmęczony, wymiętolony jak dół koszuli włożony w spodnie, przeżyłem w jej towarzystwie ciężkie czytelniczo chwile: fragmentami z mozołem czołgałem się przez treść, charcząc, dysząc i przysypiając ze zmęczenia pośród liter idących wolno jak na pogrzeb. Z drugiej strony miałem świadomość, że jawną niesprawiedliwością byłoby odpuszczenie lektury i zlekceważenie sześciu lat pracy autorki. Ostatecznie zawdzięczam Księgom Jakubowym niełatwe, ale też niezwykle wyraziste chwile spędzone przy czytaniu, stąd moje rozchwianie i niejednoznaczne uczucia. Mam za sobą trudny literacko romans, jestem rozstrojony, więc należy mi się chyba jakaś taryfa ulgowa?

Czytaj dalej „Księgi Jakubowe – Olga Tokarczuk”