To nie jest kraj dla starych ludzi – Cormac McCarthy

To-nie-jest-kraj-dla-starych-ludziMcCarthy to mój filar i ostoja literacka, bo za każdym razem, gdy zaczynam odczuwać swego rodzaju przesyt przeciętnością lektur, chwytam za grzbiet Cormaca i przełamuję nim szarą serię. To taka pewna i zaufana inwestycja, defibrylator na zwalniające swe bicie serce czytelnika. Jest jak szklanka zimnej wody w upalny dzień, jak pierwszy lajk na fejsbuku, jak zastrzyk gotówki dla pogrążonego w długach człowieka, jak prawdziwy (udany) seks z drugą osobą po miesiącach przedłużającej się masturbacji. Krótko mówiąc: sprawia, że chce się jeszcze te kilka dni dłużej pożyć. Wiem, że wyolbrzymiam, ale to jest takie śmieszne, takie dobre, że zostawię. Akurat ta powieść McCarthy’ego miała już kilka lat temu swoją polską premierę, jednak jakość tamtego przekładu – delikatnie mówiąc – pozostawiała wiele do życzenia. Będąc już mniej subtelnym dodam, że pierwsze tłumaczenie ssało po całej linii i pozostanie wielką tajemnicą, czy ktoś w ogóle próbował to ze zrozumieniem przeczytać przed wydaniem. Wstyd, hańba, skandal i schabowe bez panierki. Piszę o tym w ramach przestrogi, bo osobiście wolałbym przyłożyć twarz do rozpędzonego śmigła, niż czytać tamten przekład, w którym nawet dialogi były wyróżnione myślnikiem, a każdy fan McCarthy’ego wie, jak bezczelna to profanacja wobec oryginału. Skruszone wydawnictwo pochyliło głowę, wzięło się w garść i wydało To nie jest kraj dla starych ludzi ponownie, tym razem jak należy. A ja, również jak należy, dodałem książkę do swojej kolekcji.

W ciszy żyje bóg, który wyszorował tę rozległą ziemię piaskiem i popiołem.*

A wspomniana ziemia jest znajoma, bo tak jak w całej Trylogii Pogranicza, znów trafiamy na tereny graniczne między Stanami a Meksykiem. To okolica bardzo wolno poddająca się postępowi (a mamy już rok 1980), pełna bezdroży, które można pokonać jedynie konno, wielkich połaci ziemi w kolorach pomarańczy, ochry i rdzy, a także stale szalejącymi gdzieś na horyzoncie piorunami. Llewelyn Moss oprócz w dechę imienia ma również mnóstwo szczęścia, kiedy na środku pustyni przypadkowo odnajduje aktówkę z dwoma milionami dolarów. I co z tego, że w pobliżu aktówki leży dostawa heroiny, a wokół rozrzuconych jest kilka uzbrojonych trupów – otoczenie narkotyków i broni nigdy jakoś szczególnie nie służyło długości życia, a tutaj mieliśmy kumulację i najwyraźniej chłopaki się nie dogadali. Uznając się za parszywego, ale obrzydliwie bogatego farciarza, Moss rekwiruje aktówkę i biegnie do swojej pięknej żony, jednak ludzie, do których pieniądze należały nie są z tych łatwo godzących się ze stratą. Tropem Mossa rusza Anton Chigurh, a tak świetnie wykreowany czarny charakter, to tylko u McCarthy’ego.

 Niczego nie obiecuję, odparł. Obietnice to najlepszy sposób, żeby samemu sobie zrobić krzywdę.**

Piąte przykazanie każdego dresiarza mówi, że jeśli ktoś na ciebie spojrzy, to prosi się o śmierć. Przed tym wzrokiem najlepszą obroną jest staropolska riposta „co się, kurwa, lampisz, chcesz w ryj?”. Anton Chigurh nie jest tak porywczy, ale filozofię wyznaje podobną. To inteligentny, acz małomówny morderca, który bez większego powodu zabija swoje ofiary przy pomocy pistoletu do ogłuszania bydła (doskonała definicja słowa humanitaryzm). Człowiek całkowicie pozbawiony poczucia humoru, bezwzględny, bezlitosny, ale również niezwykle honorowy – jeśli obieca, że cię zabije, to z pewnością tak się stanie. Milczący psychopata, a jego milczenie potrafi wywołać takie napięcie, że kiedy Chigurh wreszcie się odezwie to odczuwamy wyraźną ulgę i wypuszczamy wstrzymane w płucach powietrze. W następnej chwili żałujemy, że Anton jednak się odezwał, bo jego słowa nie są tymi, które chcielibyśmy usłyszeć, by poczuć się bezpieczniej. Jeśli kiedyś powstanie plebiscyt Viva Najbardziej Źli w Prozie, to Anton Chigurh będzie w gronie murowanych faworytów.

Wyjęła papierosy, zapaliła jednego, odwróciła twarz i wydmuchała dym na salę. Bell ją obserwował. Jak twoim zdaniem to się skończy?
Nie wiem. Nie wiem, jak cokolwiek się skończy. A pan wie?
Wiem, jak się nie skończy.
Nie będą żyli długo i szczęśliwie?
Coś w tym rodzaju.***

Forma i styl jakimi posługuje się McCarthy są tak samo charakterystyczne, co niezmienne. Narracyjna suchość oraz beznamiętność autora, jego spokój, równowaga i nikła wylewność to dla mnie znaki rozpoznawcze i wielkie zalety. Wspaniała prostota, choć niektórzy pewnie dostrzegą w tym prostactwo, ale mają takie prawo. Uwielbiam te drobiazgowe i rzeczowe opisy kolejnych, sumiennie wykonywanych przez bohaterów banalnych czynności. Uwielbiam też ten brak dostępu do ich psychiki, ich obaw i sposobu rozumowania; tę przestrzeń pozostawioną czytelnikowi, by sam wywnioskował myśli bohaterów na podstawie podejmowanych przez nich działań. Jest w tym jakaś ufność w inteligencję odbiorcy.
W końcu uwielbiam te ciągłe zmaganie się autora z magią oraz mitem Dzikiego Zachodu (którego wartości reprezentuje w tym przypadku szeryf Bell): z jednej strony przebrzmiałym, ale gdyby się głębiej zastanowić, to wcale nie tak odległym, szczególnie na pograniczach.

To podniecająco dobra powieść, ale czy mogło być inaczej? Być może jest minimalnie za długa, choć niekoniecznie. Ludzie narzekają, że McCarthy nie opisał i nie przedstawił kluczowych dla przebiegu historii wydarzeń (a przynajmniej jednego), ale dla mnie to genialne autorskie posunięcie, które sprawia, że kiedy już docierają do nas pewne informacje, to są piorunująco pobudzające i w pełni zaskakują. No i czuję się zobowiązany wspomnieć o świetnej ekranizacji w reżyserii braci Coen.

A McCarthy ma u mnie prywatnego Nobla. Tak zadecydowałem.

* Cormac McCarthy, To nie jest kraj dla starych ludzi, tłum. Robert Sudół, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2014, str. 50
** Tamże, str. 71
*** Tamże, str. 135

Advertisements

9 uwag do wpisu “To nie jest kraj dla starych ludzi – Cormac McCarthy

  1. Mam za sobą 3 książki Cormaca – Drogę, Południk i Boże dziecię. Ogromnie lubię, ale nie mogę go czytać jednym ciągiem – każda jego książka robi mi „pozamiatane” w głowie i muszę robić reset czymś lżejszym.
    Przed „Krajem” dopiero jestem, ale trochę mnie zniechęca fakt, że już widziałam film (podobał mi się, ale wolę coś przeczytać a potem oglądać; IMHO, ma ten autor szczęście do adaptacji filmowych).
    Niedopowiedzenia narracyjne mi nie przeszkadzają, styl McCarthy’ego ma taki sznyt, że czytanie jest prawdziwą przyjemnością, tylko jedno mnie strasznie denerwuje – brak zaznaczonych dialogów. Dopiero po kilkunastu stronach się z tym oswajam, ale do teraz nie czaję czemu to służy…

    1. Kwestia nieoznaczonych dialogów może zaskoczyć nowego czytelnika, ale szybko doszedłem do wniosku, że odnajduję się pośród nich całkowicie instynktownie i już po kilku pierwszych stronach nie mam z nimi żadnego problemu, a wręcz je uwielbiam. Zapewniają jakąś płynność narracji, naturalność w snuciu opowieści, są po prostu świetne, ale potrafię sobie wyobrazić, że ktoś może mieć problemy z przekonaniem się do nich. McCarthy’ego nie czytaj jednym ciągiem – jego się trzyma na nagłe przypadki – w takiej czerwonej skrzynce z młoteczkiem na ścianie i napisem „Zbij szybkę w razie kryzysu”.

  2. „McCarthy to mój filar i ostoja literacka, bo za każdym razem, gdy zaczynam odczuwać swego rodzaju przesyt przeciętnością lektur, chwytam za grzbiet Cormaca i przełamuję nim szarą serię. ” – nic dodać, nic ująć. Ale dodam :) Cormaca uwielbiam, chyba najbardziej „Krwawy południk” i „W ciemność”, ale każda jego powieść to wspaniała uczta. Aż chyba sobie po coś Cormaca sięgnę niedługo, bo jeszcze kilka tytułów przede mną :D

  3. „Krwawy południk”, niczym koktajl Mołotowa rozpalił we mnie uczucie do McCarthy’ego i przymierzam się do ponownej lektury, tym bardziej, że w powoli kończą mi się powieści Cormaca, których jeszcze nie czytałem. W zasadzie pozostało mi „Dziecię boże”, ale trochę obawiam się pokaleczonego przekładu. Takiej potworności jak przy pierwszym tłumaczeniu „To nie jest kraj…” bym nie zniósł (http://booklips.pl/premiery-i-zapowiedzi/nowe-wierne-tlumaczenie-powiesci-to-nie-jest-kraj-dla-starych-ludzi-cormaca-mccarthyego/). Poza tym nie jest dostępna w twardej oprawie i nie pasowałaby mi do kolekcji :P
    Liczę na ponowne wydanie.

    1. A nie pokusiłbyś się o poczytanie w oryginale? „Dziecię Boże” czytałam właśnie po angielsku i czyta się cudownie, a historia jest wspaniale intensywna :) Ja mam jeszcze cztery tytuły do nadrobienia – zacznę od ostatniego tomu Trylogii Pogranicza :)

      1. Rozumiem, ale chyba nie czuję się wystarczająco mocny i swobody w angielskim (choć znam w zadowalającym stopniu), poza tym czytam również z powodu uwielbienia dla języka polskiego – w poszukiwaniu nowych sformułowań, słów, metafor, taplając się w tym bogactwie języka. Nie – zostawię sobie zapobiegawczo „Dziecię boże” w zanadrzu, na gorsze chwile.

    1. Trudno powiedzieć. Sam kilka lat temu oglądałem film, teraz przeczytałem książkę i po lekturze obejrzałem film ponownie. To bardzo wierna ekranizacja, ale powieść zawiera jednak kilkanaście fragmentów pominiętych przez braci Coen. To jest chyba tak, że książkę czyta się dobrze niezależnie od znajomości filmu, bo to po prostu świetna literatura. Ale jeśli pytasz, czy powieść może czymś zaskoczyć kogoś, kto obejrzał film, to odpowiedź brzmi: nieszczególnie. Poszerza wątki, pojawiają się dodatkowi bohaterowie, ale główna historia przebiega tak samo.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s