Zbrodniarz i dziewczyna – Michał Witkowski

zbrodniarz-i-dziewczyna-Bombowa ciekawostka: kiedy na pełnym spontanie czytałem swoją pierwszą powieść autorstwa Witkowskiego (Drwal) jeszcze nie zdawałem sobie sprawy, że jest on gejem (Witkowski, nie drwal). Niby w treści wiele było akcentów homo, ale przecież równie dobrze mogła to być jedynie taka kreacja, więc nie przykładałem do tego uwagi. Koniec ciekawostki.
Wróble ćwierkają, że gej wyczuje innego geja natychmiast gdy ten się pojawi w pobliżu, a to dzięki czemuś w rodzaju pajęczego zmysłu Spider-Mana, który w chwili zagrożenia doświadcza charakterystycznego mrowienia i wie, że powinien być czujny. Geje mają taki własny homo zmysł czy też gej radar, ale ja go nie posiadam, więc pewność co do orientacji seksualnej Witkowskiego miałbym dopiero, gdyby ten usiadł mi na kolanach, zaczął smyrać mnie palcami za uchem i opowiadać przeróżne świństewka. Nie żeby kwestia takiej czy innej orientacji była jakoś szczególnie istotna w kontekście literatury (proza jest uniseks, homo, bi, hetero), ale chyba chciałem się pożalić jak to uśpiono moją zajęczą czujność. O Drwalu wspominam też z istotniejszego powodu, bo Zbrodniarz i dziewczyna jest nijako kontynuacją poprzedniej powieści, tymczasem stare ludowe porzekadło mówi, że zanim połasisz się na drugą część, warto poznać pierwszą. Ale kim ja jestem, by mówić komukolwiek co ma robić? Co ja sobie w ogóle wyobrażam? Lepiej bym coś wreszcie o samej książce napisał, a nie.

Czytaj dalej „Zbrodniarz i dziewczyna – Michał Witkowski”

Lubiewo bez cenzury – Michał Witkowski

lubiewoA pamiętasz tamten sklepik przy podstawówce, na każdej przerwie oblegany przez rozentuzjazmowanych chłopców w za dużych t-shirtach i z plecakami U.S. Army zarzuconymi po łobuzersku na jedno ramię? Pamiętasz, jakim powodzeniem cieszyły się zakupione w nim i jedzone na sucho zupki chińskie, ówczesny substytut czipsów? Otóż tego sklepiku już nie ma. W jego miejscu stoi śliczny, ale pusty skwer z dwiema ławkami naznaczonymi przypaleniami po papierosach. A przypominasz sobie przyszkolne podwórko i zawieszone na łańcuchach opony, na których huśtaliśmy się przy okazji każdej międzylekcyjnej przerwy, a nasze śmiechy doprowadzały do szaleństwa mieszkańców pobliskiego bloku? Miałem tam swoją pierwszą rozczarowującą „solówkę” (zapewne z jakiegoś błahego powodu), która bardziej przypominała homoseksualne macanko pijanych anorektyków, niż twardą, męską wymianę argumentów. W miejscu opon stoi obecnie domek z drewna o cukierkowych barwach, ale w zasięgu wzroku nie widać żadnego dziecka. Chyba nie zapomniałeś też „Zielonej sali” – obszaru boiska szkolnego z oficjalnym zakazem wstępu dla wszystkich uczniów, a to ze względu na nieprzyzwoicie wysokie drabinki, sięgające na wysokość czterech, może pięciu metrów. Wspiąć się na nie i stanąć wyprostowanym – to był prawdziwy akt odwagi. Ich też już nie zobaczysz, a na samym boisku sztuczna trawa zastąpiła betonową nawierzchnię, która kilkanaście lat temu zdarła setki kolan i dłoni. Furtka w szkolnym ogrodzeniu, przez którą tysiące razy przechodziliśmy została zaspawana, natomiast przez lata wydeptane naszymi identycznymi trampkami (bo wyboru w sklepie nie było) zabłocone dróżki już nie istnieją, bądź bezdusznie je zabrukowano. Wraz z upływem czasu nasza selektywna pamięć wypiera złe wspomnienia, a uwypukla te miłe, wywołujące coś w rodzaju wzruszenia. Często są one związane z miejscami, a po chwili przypominamy sobie osoby i niektóre wydarzenia, które potrafimy opisać z zaskakującą nas samych szczegółowością. „Lubiewo” Michała Witkowskiego to przede wszystkim zbiór sentymentalnych historii, anegdotek i postaci z przeszłości. Ciotowskich historii, anegdot i postaci, należałoby uściślić. Dostrzegasz potencjał? Dobrze.

Czytaj dalej „Lubiewo bez cenzury – Michał Witkowski”

Drwal – Michał Witkowski

Mając lat kilka, które przepoczwarzyły się następnie w lat kilkanaście, znałem pewnego Michała Witkowskiego. Grał z nami w kapsle oraz zbierał puste puszki po piwie, by następnie z dumą prezentować je na meblościance, przy okazji zasłaniając swoją kolekcją braki w tapecie – takie były wtenczas trendy. Włosy początkowo ścinał na grzybka (niektórzy mówili, że „od garnka”), potem zaczesywał do tyłu na wodę z cukrem, a jego podwórkowy pseudonim brzmiał Spieprzaj. Poważnie – lubił się tak ordynarnie wyrażać, a nam zabrakło inwencji twórczej, więc Michał został oficjalnie Spieprzajem i nie wydawał się tym faktem urażony. Nie sądzę jednak, by Michał Witkowski, autor „Drwala”, był tym samym Michałem Witkowskim, który pożyczał ode mnie kartridże do Pegasusa. Szkoda, bo moje szanse na egzemplarz książki z autografem znacznie by wzrosły. Tymczasem przeczytałem „Drwala” i muszę przyznać, że jestem nieco skonfundowany. Nie wiem, na ile ta powieść jest oparta na autentycznych wydarzeniach, a ile w tym wszystkim zgrywy (moja intuicja podpowiada mi, że mnóstwo), ale wygodniej dla wszystkich będzie, jeśli potraktujemy „Drwala” jak najmniej poważnie. Wówczas można przy lekturze wyśmienicie się bawić i mrużąc oczy – raz jedno, raz drugie, czasem oba jednocześnie – wyławiać z treści umyślnie osadzone stereotypy, brawurową autoironię Witkowskiego, niesamowite zbiegi okoliczności i w większości kapitalne żarty. Bo choć „Drwal” został oficjalnie sklasyfikowany jako kryminał, to mam wrażenie, że nawet w tym autor widzi psotę.

Czytaj dalej „Drwal – Michał Witkowski”