Jaśnie pan – Jaume Cabré

jasnie panPana Cabré już znamy. To znaczy: ja znam. Nie wiem skąd we mnie ten nawyk wypowiadania się za innych, ale faktycznie istnieje spore prawdopodobieństwo, a nawet pewność, że nie tylko ja jestem z tym pisarzem zaznajomiony. Jego Wyznaję, które ukazało się w polskim przekładzie kilka lat temu, zrobiło wrażenie na czytelnikach (tak, na mnie również), więc nie powinno szczególnie dziwić, że wydawnictwo Marginesy poszło za ciosem i zaczęło wygrzebywać z szuflady wcześniejsze dzieła Cabré. Bo późniejszych póki co nie ma. I jeśli się zastanowić, to dosyć znamienne, że gdyby nie sukces Wyznaję to omawianego tutaj Jaśnie pana po raz pierwszy wydanego w 1991 roku prawdopodobnie nigdy byśmy nie mieli okazji po polsku przeczytać. Taka dola pisarzy, że mogą oni tworzyć coś latami, a dopiero któraś z kolei próba i dzieło oddalone od dzisiaj o kilkadziesiąt lat otworzy im szerzej drzwi sławy i sprawi, że ktoś zainteresuje się wcześniejszą twórczością, choćby słabą. Nie chcę tutaj przeceniać siły rodzimego czytelnictwa i nie wiem, jak to jest z rozpoznawalnością Cabré w innych krajach, ale chyba rozumiecie, co mam na myśli: jedna powieść może ożywić już w pewnym sensie uśmierconą twórczość autora. I świetnie, bo Wyznaję było z pewnością godne zainteresowania, a jak jest z powstałym dwadzieścia lat wcześniej Jaśnie panem?

(…) leżała teraz na łożu wykrwawiona. Ani pokrojona na kawałki, ani poćwiartowana. Nawet jej nie odcięto dekapitacji. Jedna czysta rana zadana nożem na wysokości serca i przerażające cięcie na szyi – niczym ponury uśmiech – jakby ktoś próbował wyszarpać jej struny głosowe. Don Rafel westchnął z ulgą. Nie było to aż tak straszne. A na dodatek przyjemnie się oglądało obnażoną kobietę, co się będziemy oszukiwać.[1]

Mamy 1799 rok i witamy czytelników w deszczowej Barcelonie, wciąż brzmiącej echem licznych kościelnych dzwonów, bo te tarabanią tam co chwila, chyba bym szału dostał, ale ponoć to kwestia przyzwyczajenia. W Barcelonie – mieście arystokracji, gdzie w dobrym tonie było się tytułować baronem, hrabią, markizem czy donem i nosić perukę, no wiecie – taką z kategorii tych absurdalnych, najlepiej białowłosą z warkoczami i kędziorami jak sprężynki (jeden z tych trendów, za którym prawdopodobnie nikt nie tęskni, nawet łysiejący mężczyźni). W Barcelonie – mieście zbrodni, bo to morderstwo słynnej śpiewaczki francuskiej, o popełnienie którego oskarża się (najwyraźniej niesłusznie) egzaltowanego poetę Andreu  nadaje tempo opowieści Jaume Cabré.

Ale to nie oskarżony jest głównym bohaterem Jaśnie pana, lecz oskarżający. Don Rafel jest cywilnym prezesem Trybunału Królewskiego i najwyraźniej to jemu najbardziej zależy, by młody poeta został skazany na śmierć. Skąd ten upór prezesa, jego święte przekonanie o winności oskarżonego i ciągłe ignorowanie zeznań działających na korzyść Andreu? Tego spróbujemy się domyślić w trakcie lektury, albo pozwolimy, by autor nam to osobiście wyjaśnił w miarę rozwoju fabuły. Jak kto woli. Co warto jednak odnotować, to fakt, że don Rafel należy do tego grona literackich bohaterów, których doprawdy trudno jest obdarzyć choćby krztyną sympatii. To wręcz antybohater: człowiek o podwójnej moralności, egoista i dwulicowy do końca pyszałek. Choć u niektórych czytelników może on wzbudzić nieco litości, to nie dajcie się zwieść – na równie miłosierne traktowanie z jego strony nie moglibyście liczyć.

Nazywał się Jerónimo Manuel Cascal de los Rosales y Cortés de Setúbal, co jego podwładni skrócili do Leches – Chuj. Był ciemnowłosym mężczyzną, skończonym skurwysynem, który znał portugalski i uważał, że kataloński i portugalski to to samo. Ciągle cedził przez zęby não me lixes, nie wkurzaj mnie. Uważał się za świetnego karciarza i zawsze chętnie brał w łapę, w końcu po to przybył do Barcelony, żeby zrobić karierę.[2]

A co robi don Rafel między skazywaniem kolejnych najwyraźniej niewinnych młodzieńców na śmierć? Otóż interesuje się on astronomią i w jego ogrodzie (a czasem w gabinecie) stoi imponujący teleskop, jednak coraz częściej nie jest on skierowany w gwiazdy, lecz okna sąsiednich budynków. Na przykład okno młodej baronówny, która zwykła się po swoim pokoju przechadzać jak kotka, albo wylegiwać na łożu, aż podglądający ją zza firany don Rafel zacznie się pocić pod peruką. Na poceniu się zresztą nie poprzestanie, bo oprócz sztucznych włosów głowa prezesa będzie musiała unieść również wszystkie zbereźne myśli, które się w niej kłębią. Wszak Barcelona w powieści Cabré to także miasto rogaczy i arystokracji zepsutej cudzołóstwem, gdzie niewierność jest tak powszechna, że wręcz w dobrym tonie. Piersi hrabin i baronówien są elementem ciągłych zachwytów don Rafela i wielokrotnie nie zawaha się on podzielić z czytelnikami swoimi bezwstydnymi, czasem obscenicznymi myślami. Autorski zabieg, który nadaje bohaterowi dodatkowego wymiaru i kolejnego powodu dla antypatii. No dobrze, niektórzy go za to polubią, ale z pewnością nie pochwalą, prawda?

Sytuację łatwo dało się streścić w sposób następujący: markiza de Sentmenat, nienasycona dama z całkiem apetycznym ciałem, miała dwóch kochanków, z którymi przyprawiała rogi markizowi; oficjalnym był młody hrabia de Perelada, a potajemnie spotykała się z doktorem Ballbém, słynnym lekarzem, przyjacielem hrabiów i baronów z powodu ich problemów łóżkowych. Ale markiz de Sentmenat nie pozostawał jej dłużny i utrzymywał bardzo atrakcyjny związek z Eulàlią Junyent i de Vargós, hrabiną de Planella. To mu całkowicie wystarczało, bo, jak rozpowiadał w zaufaniu, hrabina miała nielichą ssawkę między nogami.[3]

Jaśnie pan to powieść o uroku klasyków, ale pozbawiona tej ich erotycznej pruderii, która często zniechęca współczesnego czytelnika. Tutaj instynkty postaci są najczęściej wyrażone bezpośrednio, czasem wręcz zwierzęcym językiem. Wątek kryminalny – bo tak trzeba nazwać kwestię morderstwa śpiewaczki – z perspektywy czasu nieco rozczarowuje, bo wydaje się, że jego impet z każdą chwilą maleje, by ostatecznie przebrzmieć niczym te przeklęte dzwony. Ciężar holowania powieści spada wtedy w całości na barki don Rafela i mam poczucie, że sprostał on wyzwaniu. Skoro sympatia czytelnika mu się nie należy, to może chociaż ukłon za dobrze wypełnioną rolę?

Nie będzie chyba zaskoczeniem, jeśli napiszę, że omawiany tytuł jest dziełem słabszym niż kapitalne Wyznaję. Jaśnie pan nie potrafi tak bardzo zaimponować urozmaiceniem formy oraz ciężarem emocji. To powieść znacznie prostsza w odbiorze i języku, pozbawiona eksperymentów stylistycznych, choć oczywiście zdaję sobie sprawę, że nie dla każdego będzie to wadą. Bo słabsza nie znaczy jeszcze, że słaba, a to wciąż wciągająca i dająca sporo satysfakcji opowieść, podczas lektury której nie powinno się zaznać poczucia nudy. Przynajmniej teoretycznie, ale wiadomo jak z tym bywa.


[1] Jaume Cabré, Jaśnie pan, tłum. Anna Sawicka, wyd. Marginesy, Warszawa 2015, str. 70
[2] Tamże, str. 116
[3] Tamże, str. 143

Advertisements

3 uwagi do wpisu “Jaśnie pan – Jaume Cabré

      1. Anonim pisze:

        Nic nie ryzykujesz :). Wczoraj stwierdziłam, że wyrażenie swojego uwielbienia to doskonały wstęp do szantażu emocjonalnego: wincyj!

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s